hasz0
02.12.09, 14:47
Jak zdefiniować
podatek, żeby odróżnić go od
grabieży?
Odpowiedzi na to pytanie bez trudu udzielił wielki
dziewiętnastowieczny indywidualistyczny anarchista i
specjalista w dziedzinie prawa konstytucyjnego Lysander Spooner.
Spoonerowska analiza państwa jako złodziejskiej szajki jest chyba
najbardziej demaskatorskim tekstem, jaki powstał na ten temat:
Rzeczywiście, w teorii nasza konstytucja stanowi, że podatki są
dobrowolne i że państwo jest rodzajem zakładu ubezpieczeń
wzajemnych, w których biorą udział dobrowolni uczestnicy. (...)
Jednakże teoria naszego rządu różni się zasadniczo od faktów.
W
rzeczywistości bowiem rząd, podobnie jak rozbójnik, rozkazuje
nam: „Pieniądze albo życie”. Większość podatków, jeśli nie
wszystkie, ściągana jest pod taką groźbą.
2 Franz Oppenheimer, The State (New York: Vanguard Press, 1926), s.
24–27 et passim.
3 Albert Jay Nock, On Doing the Right Thing, and Other Essays (New
York Harper & Bros , 1928), s. 145.
4 Joseph A Schumpeter, Capitalism, Socialism, and Democracy (New
York Harper & Bros , 1942), s. 198 i 1980.
34
Oczywiście rząd nie napada ludzi na pustkowiu, nie wyskakuje z
krzaków przy drodze i nie przetrząsa im kieszeni, przystawiwszy
pistolet do skroni.
Jednakże wcale nie przestaje być z tego
powodu
złodziejem i to tym bardziej podłym i godnym potępienia.Rabuś
bierze na siebie odpowiedzialność, ryzyko i konsekwencje swojego
czynu. Nie udaje, że ma jakiekolwiek prawo do twoich pieniędzy albo
że zamierza ich użyć dla twojego dobra. Nie udaje, że
nie jest złodziejem. Nie jest na tyle bezczelny, żeby oświadczyć, iż
jest tylko „obrońcą”, który pobiera opłaty od uwielbiających go
podróżnych, a w zamian zapewnia im ochronę, nawet jeśli jej nie
potrzebują lub nie życzą sobie skorzystać z jego specyficznego
systemu ochrony. Ma na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie wygłaszać
takich oświadczeń. Co więcej, zabrawszy pieniądze, zostawia cię w
spokoju. Nie depcze ci po piętach wbrew twojej woli. Nie narzuca
swojego „suwerennego” zwierzchnictwa ze względu na „ochronę”, którą
oferuje. Nie daje ci „ochrony”, każąc sobie bić pokłony i usługiwać,
polecając robić to czy tamto, to znów zabraniając czegoś. Nie napada
cię ponownie za każdym razem, kiedy potrzebuje pieniędzy lub
przyjdzie mu na to ochota. Nie nazywa cię buntownikiem, zdrajcą i
wrogiem ojczyzny, nie rozstrzeliwuje cię bez litości, jeśli próbujesz
podważyć jego autorytet albo odmawiasz mu posłuszeństwa. Jest zbyt
przyzwoity na to, żeby dopuścić się tych wszystkich oszustw, obelg i
nieprawości. Po prostu, pozbawiwszy cię pieniędzy, nie usiłuje
zrobić z ciebie głupka ani niewolnika.
Jeśli państwo jest bandą rabusiów, to kto je tworzy? Elita
rządząca składa się oczywiście z (a) pracującego w
pełnym wymiarze aparatu – królów, polityków i biurokratów, którzy
stanowią personel obsługujący państwo, oraz (b) grup, które zręczną
manipulacją zdobyły przywileje, dotacje i inne korzyści gwarantowane
przez państwo. Reszta społeczeństwa to obywatele, którymi państwo
rządzi. Jeszcze raz odwołajmy się do Johna C. Calhouna, który
doskonale rozumiał, że natura rządu sprawia, iż zawsze powstaną dwie
klasy: tych, którzy są płatnikami netto podatków, oraz tych, którzy
czerpią dochód netto z podatków („konsumentów podatków”

.
Będzie się tak działo bez względu na to, jak małe uprawnienia uzyska
rząd i jak niskie będą obciążenia podatkowe oraz jak sprawiedliwe
rozłożenie tych obciążeń. Przypuśćmy, że rząd wprowadza niski i równo
rozłożony podatek w celu sfinansowania budowy tamy. To działanie
powoduje, że pieniądze większości ludzi zaczynają płynąć
do „konsumentów podatków” netto – do biurokratów kierujących
przedsięwzięciem, do wykonawców i robotników budujących tamę itd. Im
większa jest grupa podejmująca decyzje, kontynuuje Calhoun, tym
większe będzie obciążenie podatkiem, tym bardziej się powiększy
sztuczna nierówność między tymi dwiema klasami:
Stosunkowo niewielka grupa przedstawicieli i pracowników rządu
stanowi część społeczeństwa, która ma wyłączność na otrzymywanie
dochodów z podatków. Pieniądze ściągnięte od ludzi, o ile nie
zostaną po drodze roztrwonione, trafiają do ich kieszeni w postaci
funduszy na pokrycie różnych wydatków lub nakładów. Wydatki i
podatki składają się na całą działalność fiskalną rządu. Są
wzajemnie ze sobą powiązane. To, co zostanie zabrane społeczeństwu
pod nazwą podatków, przekazywane jest tej części społeczeństwa,
która ma otrzymać pieniądze w postaci nakładów.
Ponieważ jednak otrzymujący stanowią tylko część społeczeństwa, to
gdy weźmiemy pod uwagę obie strony procesu fiskalnego jednocześnie,
zauważymy, że musi on powodować nierówność między płacącymi podatki
a otrzymującymi dochody z tych podatków. Musi tak się dziać, chyba
że to, co zostanie zebrane w postaci podatku, będzie następnie
każdemu oddane; to jednak byłoby działaniem niczego nie
zmieniającym, a więc absurdalnym. (...)
Nieuniknionym wynikiem tych niesprawiedliwych działań fiskalnych
rządu jest więc podział społeczeństwa na dwie wielkie klasy. Jedną
stanowią ci, którzy faktycznie płacą podatki i ponoszą cały
ciężar utrzymywania rządu. Drugą zaś ci, którzy otrzymują swoje
dochody jako państwowe nakłady, i którzy są w istocie utrzymywani
przez rząd. Ujmując to krócej, następuje podział na płatników
podatków i konsumentów podatków.
W rezultacie takiej polityki fiskalnej rządu pojawia się konflikt
pomiędzy owymi klasami. Im bardziej rosną podatki i wydatki, tym
większe zyski jednej klasy i straty drugiej i vice versa. (...) Każda
podwyżka oznacza więc wzbogacenie i wzmocnienie jednej oraz
pauperyzację i osłabienie drugiej6.
5 Lysander Spooner, No Treason, No. VI: The Constitution of No
Authority (1870, reprinted in Larkspur, Colo.: Pine Tree Press,
1966), s. 17.
Skoro wszystkie państwa są rządzone przez oligarchiczne stada
sępów, to jak udaje im się utrzymać władzę nad całymi
społeczeństwami?
Odpowiedź, której ponad dwieście lat temu udzielił filozof David
Hume, brzmi:
w dłuższej perspektywie czasowej każdy rząd, czy to bardziej czy
mniej dyktatorski, musi mieć poparcie większości obywateli. To nie
oznacza oczywiście, że rząd został obrany „dobrowolnie”. Samo
istnienie podatków i aparatu przymusu wskazuje na nacisk, jaki
państwo musi wywierać. Poparcie większości nie musi też być wcale
ochocze ani entuzjastyczne. Może ono polegać na zwykłym biernym
przyzwoleniu i rezygnacji. Zestawienie obecne w znanym powiedzeniu
o „śmierci i podatkach”* sugeruje bierną beznadziejną akceptację
tego, że państwo z jego podatkami jest koniecznością.
Konsumenci podatków, czyli ci, którzy odnoszą korzyści z działań
państwa, będą oczywiście bardziej pozytywnie do niego nastawieni niż
bierni uczestnicy państwowego mechanizmu. Ale oni stanowią tylko
mniejszość. W jaki więc sposób można osiągnąć uległość i
przyzwolenie mas? I tu dochodzimy do centralnego zagadnienia
filozofii politycznej – dziedziny filozofii, która zajmuje się
polityką, czyli systematyczną przemocą. Tym zagadnieniem jest
tajemnica obywatelskiego posłuszeństwa. Dlaczego ludzie
są posłuszni dekretom i dlaczego zgadzają się na grabież dokonywaną
przez elity rządzące? Konserwatywny pisarz James Burnham, o
poglądach przeciwnych libertariańskim, podszedł do zagadnienia
bardzo prosto, przyznając, że nie ma racjonalnego uzasadnienia dla
posłuszeństwa obywatelskiego. „Ani pochodzenia, ani istnienia rządu
nie da się uzasadnić w kategoriach czysto racjonalnych. (...)
Dlaczego miałbym przyjmować, że prawowita władza powinna być
dziedziczna albo demokratyczna, albo jeszcze inna?
Dlaczego większość obywateli akceptuje Państwo i intelektualiści
Dlatego, że od