nielubiszprawdy
14.02.10, 18:34
___________b]Droga do zatracenia[/b]______________
[i]
W 1993 roku Carter nie był debiutantem w swoich fachu. Już wcześniej
widział i fotografował niewyobrażalne okrucieństwo i cierpienie
. Od 1984 roku dokumentował wszystkie oblicza
południowoafrykańskiego apartheidu. Był pierwszym fotoreporterem,
który zrobił zdjęcia tzw. naszyjnikowania (ang. necklacing).
Wyglądało to następująco: oprawcy wciskali na klatkę i ramiona
ofiary nasączoną benzyną oponę samochodową. Następnie podpalali
gumę. Śmierć nadchodziła po około 20 minutach męki. W latach 80.
i 90. w RPA używały tej metody obie strony konfliktu.
- Byłem przerażony tym, co oni robili. Byłem przerażony tym, co ja
robiłem. Ale po jakimś czasie ludzie zaczęli rozmawiać o tych
zdjęciach... Wtedy poczułem, że to co robię może wcale nie jest
takie złe. Bycie świadkiem czegoś tak okropnego wcale nie musi
być złym czynem - powiedział potem w jednym z wywiadów.
Carter wyróżniał się spośród innych fotoreporterów nie tylko
talentem i odwagą, ale także tym, iż zawsze pokazywał problem z obu
stron. - Życie niektórych białych również jest utrudnione lub nawet
zniszczone przez apartheid - mówił swojemu szefowi Scottowi
MacLeaodowi. - Chcę pokazać także tę stronę - upierał się.
Carter zajmował się sytuacją w RPA wraz z trójką przyjaciół-
reporterów:
Kenem Oosterbroekiem, Gregiem Marinovichem i Joao Silvą.
Prasa nazywała ich grupę Bang Bang Clubem. Oosterbroek i Carter
byli sobie najbliżsi; Kevin traktował Kena jak mentora. - Byli
kompletnymi przeciwieństwami. Ken miał kochającą żonę i ułożone
życie. Carter skakał od romansu do romansu i samotnie wychowywał
nieślubną córkę - wspominał magazynowi „Time" James Natchwey,
wieloletni współpracownik Bang Bang Clubu.
W 1990 roku Marinovich otrzymał nagrodę Pulitzera. Zwiększyło
to popularność całej grupy i ilość otrzymywanych zamówień. Widzieli
i fotografowali coraz więcej.
Carter był znany w środowisku jako osoba wrażliwa i uczuciowa
. W wywiadzie dla "The New York Times" Jimmy Carter, ojciec
fotografa, powiedział, że ,,syn zawsze nosił w sobie koszmary
pracy, którą wykonywał". Znanym jest fakt, że w poradzeniu ze
stresem pomagał mu alkohol, marihuana i ,,białą fajka", popularny w
RPA, silny ,,dopalacz".
W 1993 roku Carter czuł, że musi odizolować się od ciągłego widoku
egzekucji, strzelanin, segregacji rasowej i nienawiści. W marcu
dołączył do ONZowskiej operacji „Lifeline Sudan", która zmierzała na
południe tego północnoafrykańskiego kraju, który od 1983 roku
wstrząsany był przez wojnę domową. Chciał tam jednak skupić się na
ludziach i ich codziennym życiu; unikać pól bitewnych. Liczył, że
fotografowanie innego świata pomoże mu odpocząć. Nie pomogło.
Osławione zdjęcie ukazało się na okładce ,,New York Times" 26 marca
1993 roku. Od razu wywołało ogromne poruszenie na całym świecie i
zostało przedrukowane przez wiele innych tytułów. Redakcje
otrzymywały tysiące telefonów z pytaniem o dalszy los dziewczynki
.
Po powrocie z Sudanu Carter był w coraz gorszym stanie. Jako
freelancer zaczął przygotowywać się do uwiecznienie na zdjęciach
wyborów w RPA planowanych na 1994 rok. Przedwyborcze walki stawały
się wyjątkowo brutalne. Przyjaciele Cartera cytowani przez „Time"
zwracali uwagę, że fotoreporter miał coraz więcej trudności z
pogodzeniem się z tym, co widział. Również pod względem zawodowym
szło mu gorzej. Przez błędy tracił wiele dobrych ujęć. Zaczął
popadać w kłopoty finansowe i coraz mocniejsze uzależnienie
od ,,dopalaczy". Rozpadał się jego roczny związek z nauczycielką
Cathy Davidson.
Nagroda Pulitzera mogła być „światełkiem w tunelu" dla pogrążającego
się w depresji mężczyzny. Patricia Gird Randburg, siostra Cartera, w
liście do Time napisała, że ,,nagroda była dla niego potwierdzeniem,
że jego praca jest wartościowa". Gazeta sugerowała natomiast, że
Pulitzer był przyczyną jego późniejszej śmierci, gdyż sprowadził na
niego falę krytyki za ,,nieczułość wobec losu dziewczynki".
Radość z wyróżnienia nie trwała długo. 18 marca ekipa Bang Bang Club
została zaatakowana w okolicach miasta Tokoza. Carter parę godzin
wcześniej wrócił do hotelu, gdyż tego dnia nie podobało mu się
światło. W strzelaninie zginął Ken Ooesterbroek, a Greg Marinovich
został ciężko ranny. Informacje o incydencie Kevin usłyszał w radiu.
Po tym wydarzeniu nie zdołał już się otrząsnąć.
Zawód reportera jest bardzo specyficzny. I to zarówno tego, który
pisze o sprawach drobniejszych, o tragediach ludzi ze ,,swojego
podwórka" czy wypadkach samochodowych, jak i tego opisującego krwawe
konflikty, w których giną tysiące.
Reporter obserwuje cierpienie częściej niż inni ludzie. Przedstawia
je za pomocą słów lub obrazów. Jednak czy ludzie chcą wiedzieć o
bólu innych? Czy jest to nam potrzebne, czy jest to pożyteczne? A
może w ten sposób reporter daje upust jakiejś chorej potrzebie
nachalnego epatowania przemocą i okrucieństwem.
Znany polski reportażysta, Wojciech Tochman, w tekście ,,Cali biali"
(kwietniowy Duży Format) o ludobójstwie w Rwandzie doskonale
odpowiada na te pytania:
„Ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, nie o mnie
będzie mówił. Raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię
przyjąć, brzuch mnie boli, przestań, nie ma we mnie na to miejsca".
Nie mówienie o problemach nie sprawia, że one znikają. Wręcz
przeciwnie.
Gdy zdjęcie dziewczynki i sępa zostało opublikowane, świat spojrzał
inaczej na konflikt w Sudanie. Organizacje humanitarne otrzymały
datki od tysięcy ludzi poruszonych ogromem tragedii tego kraju.
Jedno zdjęcie sprawiło, że świat na chwilę zwolnił, zreflektował
się, zapragnął pomóc. To chyba dużo jak na jedną fotografię, prawda?
Kolejnym problemem, przed którym stają reporterzy jest kwestia
dystansowania się do opisywanej historii. Gdzie przebiega linia, za
którą reporter przestaje być obserwatorem akcji i staje się jej
uczestnikiem?
Carter wielokrotnie był krytykowany za to, iż nie pomógł
dziewczynce. Że nie przepędził sępa od razu. Że nie zaprowadził do
punktu żywnościowego. Że nie adoptował i nie podarował nowego,
łatwiejszego życia...
Reporterzy są naszymi oczami na świat. W naszym imieniu są świadkami
wydarzeń, które na stałe pozostają w ich pamięci. My widzimy tylko
ułamek tragedii, które oni obserwują przez całe dnie lub tygodnie.
Oczekiwanie, że będą próbowali polepszyć życie każdej napotkanej
osoby jest najzwyklejszą niegodziwością. To tak, jakby od strażaka
wymagać, że wejdzie do pomieszczenia trawionego przez płomienie.
Reporterzy, szczególnie wojenni, i tak płacą ogromną cenę wykonując
swój zawód.
Amerykański psychiatra Anthony Feinstein w ksiązce ,,Journalists
Under Fire: The Psychological Hazards of Covering War" z 2006 roku
przedstawia wyniki badań nad psychologicznymi efektami pracy jako
reporter wojenny.
Według naukowca, ludzie relacjonujący konflikty bardzo często
cierpią na depresję, uzależnienia, napady agresji, retrospekcje
(flashbacks), nadmierną czujność (hypervigilance), problemy ze snem,
nieufność wobec innych. Mają problemy w życiu rodzinnym, poza strefą
wojny brakuje im adrenaliny i ekstremalnych doznań. Reporterzy
wojenni giną nie tylko od kul i wybuchów bomb. Niektórzy, tak jak
Carter, popełniają samobójstwo.
- To powoli odbiera Twój uśmiech - powiedział Feinstienowi Joao
Silva.
Badacz dokładnie zdiagnozował 110 mężczyzn i 30 kobiet -
doświadczonych reporterów wojennych. U 29 procent występowały
symptomy syndromu stresu pourazowego (PTSD).
- Nie łudź się myśląc, że możesz wskakiwać i wyskakiwać z wojen
innych ludzi nie będąc przez nie dotkniętym - ostrzegł Allan Little
z BBC.
Einstein notował wyznania wielu z nich. Brytyjski fotoreporter Jon
Jones