Stan egzekucji prawa IIIRP Tuska Budzi Przerażenie

27.03.10, 14:15
Również nie zalazłem linka(-u)
czytał to z najnowszego tygodnika "NIE"
ten Wasz ulubieniec w radio TOK FM...z pewnoscią nie sympatyk SO ani
PiS-u.

https://bi.gazeta.pl/im/8/2021/z2021438F.jpg
Cytat Wczoraj w
Radiu TOK FM
wysłuchałam audycji, która została
zainspirowana artykułem w "Nie". Nie znalazłam linka do tego
artykułu przedstawię istotę sprawy w dużym skrócie.
Sprawa dotyczy byłego posła RP Stanisława Łyżwińskiego. Nie jest to
postać z mojej bajki ale to co zrobił polski sąd budzi przerażenie.


##################################################

prawdopodobnie wyborca PO:

Cytat
Adamiak (29395 punktów)
>> Nie słyszałem o pogrzebie.
>Jeszcze żyje, ale w stanie agonalnym. Skazała go na śmierć i długie
umieranie.

Wprawdzie nie czytałem wyroku, ale wydaje mi się mało
prawdopodobnym, by w arsenale kar polskich sądów był rak.
I to akurat prostaty.

Choć z drugiej strony patrząc, to dość adekwatna kara dla faceta
za gwałt, więc to słuszna linia Wymiaru Sprawiedliwości.

Patrząc perspektywicznie - medycyna robi postępy, a
równouprawnienie jest priorytetem, czy więc żądanie w tym względzie
parytetu dla kobiet nie byłoby zasadne?

........
rexus (967 punktów)
Przez tych braci bliźniaków, którzy nie mają żadnych
skrupułów
w zniszczeniu człowieka, niestety nieudolnie,
Łyżwiński będzie miał swój pomnik, za męczeńską śmierć. To co służby
specjalne wykombinowały by rozwalić koalicję, jest skandalem.
Nieudana prowokacja z odrolnieniem gruntów, raz. Więc
podstawienie Krawczyk musiało załatwić sprawę. Sędziowie, którzy
mieli coś wspólnego ze sprawą, powinni siedzieć.
Robienie
polityki jest ohydną sprawą. Ale gdyby Lepper miał trochę więcej
oleju w głowie, to idąc na dno, pociągnął by za sobą geja Jarka.


    • nielubiszprawdy Re: Stan egzekucji prawa IIIRP Tuska Budzi Przera 27.03.10, 14:18
      [quote]Jak lustrowano prezydenta Wałęsę

      Funkcjonariusze SB zanotowali, że TW "Bolek" przekazywał szereg
      cennych informacji, na podstawie których "założono kilka spraw". A
      także, że za to otrzymał 13 100 zł wynagrodzenia - piszą historycy

      W1996 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych w rządzie SLD - PSL
      Zbigniew Siemiątkowski - za zgodą prezydenta Aleksandra
      Kwaśniewskiego - zbadał opieczętowane pakiety, w których miały się
      znajdować dokumenty dotyczące przeszłości Lecha Wałęsy. Stwierdzono
      braki w dokumentacji wypożyczanej przez Wałęsę w czasach, gdy był
      prezydentem.

      W tej sytuacji szef UOP płk Andrzej Kapkowski pisemnie zwrócił się
      do Lecha Wałęsy o zwrot brakujących akt. Gdy nie dostał odpowiedzi,
      powiadomił organy ścigania.

      Umorzone postępowanie

      29 listopada 1996 roku rzecznik prasowy UOP wydał oficjalny
      komunikat: "Urząd Ochrony Państwa poinformował Prokuraturę
      Wojewódzką w Warszawie, że pozostające w dyspozycji prezydenta Lecha
      Wałęsy tajne dokumenty Urzędu Ochrony Państwa i Ministerstwa Spraw
      Wewnętrznych nie zostały przez niego zwrócone w całości po
      zakończeniu urzędowania do wyżej wymienionych instytucji".

      Informacje o śledztwie przedostały się do mediów. Były prezydent
      publicznie przyznał, że pismo od Kapkowskiego dostał, ale nie
      odpowiedział. - Uważałem to za śmieszne i w ogóle na ten temat nie
      dyskutowałem - stwierdził. Kiedy w mediach zaczęły pojawiać się
      sugestie, że były prezydent zabrał dokumenty na swój temat, Wałęsa
      nazwał całą sprawę "polityczną prowokacją zdominowanego przez SLD
      nowego kierownictwa MSW i UOP".

      Śledztwo w sprawie zaginionych akt (sygnatura V Ds. 177/96)
      prowadziła prokurator Małgorzata Nowak i trwało ono ponad dwa lata.
      Sprawa nie była prosta ze względu na liczne przeszkody stawiane
      przez UOP. Przede wszystkim narzucanie rozwiązań przez kierownictwo
      Ministerstwa Sprawiedliwości już za czasów rządów AWS.

      Początkowo prokurator Nowak miała ręce związane wąskim zakresem
      zwolnień z tajemnicy państwowej dla przesłuchiwanych przez nią
      świadków. Mogła przesłuchiwać w sprawie obiegu zaginionych
      dokumentów, natomiast nie wolno jej było pytać o ich treść, co
      oznaczało całkowite zablokowanie jakichkolwiek poważnych działań.

      Dopiero po długotrwałych przepychankach, interwencjach ministra
      sprawiedliwości Leszka Kubickiego i premiera Włodzimierza
      Cimoszewicza udało się wspomniane zwolnienia z tajemnicy znacząco
      rozszerzyć. Prokurator mogła pytać o wszystko z wyjątkiem spraw
      dotyczących tajnych współpracowników SB. Był to więc swego rodzaju
      lex specialis, bowiem w całej sprawie przewijał się tylko jeden były
      agent: TW "Bolek".

      W czasie śledztwa przesłuchano wszystkich głównych uczestników i
      świadków wydarzeń, począwszy od Krzysztofa Bollina i Adama Hodysza,
      którzy przesłali w 1992 roku dokumenty TW ps. Bolek do Warszawy,
      przez Antoniego Macierewicza, Piotra Naimskiego, pracowników
      Wydziału Studiów Gabinetu Szefa MSW, którzy przeprowadzali czynności
      związane z lustracją w 1992 roku, Andrzeja Milczanowskiego, Jerzego
      Koniecznego, Gromosława Czempińskiego, Wiktora Fonfarę i Konstantego
      Miodowicza, skończywszy na funkcjonariuszach otwierających w 1996
      roku paczki z dokumentami zwróconymi przez Wałęsę.

      Oprócz zeznań tych osób prokurator Małgorzata Nowak dysponowała
      wszystkimi najważniejszymi dokumentami dotyczącymi
      losów "zaginionych" archiwaliów. Wyłaniający się ze śledztwa obraz
      funkcjonowania grupy najwyższych urzędników państwowych z Lechem
      Wałęsą i Andrzejem Milczanowskim na czele nie mieścił się w żadnych
      standardach cywilizowanego państwa prawa. Ale sami podejrzani
      zupełnie inaczej oceniali problem w czasie śledztwa. Andrzej
      Milczanowski zeznał na przykład, że zachowanie byłego prezydenta
      było zgodne z prawem: "uważam, że brak jest podstaw do przyjęcia, że
      pan prezydent Lech Wałęsa w jakikolwiek nielegalny sposób postąpił z
      jakimikolwiek tajnymi dokumentami".

      Jednak opinia prokuratury znacznie różniła się od opinii byłego
      szefa MSW, toteż już na początku śledztwa jemu, Jerzemu Koniecznemu
      i Gromosławowi Czempińskiemu postawiono zarzuty "utraty materiałów
      stanowiących tajemnicę ze względu na bezpieczeństwo Rzeczypospolitej
      Polskiej".

      Po ustaleniu wszystkich najważniejszych faktów dotyczących sprawy
      prokurator Nowak w 1999 roku umorzyła postępowanie. Oficjalnie ze
      względu na to, że z kodeksu karnego zniknął artykuł
      penalizujący "nieumyślną utratę dokumentów".

      Przełożeni blokują prokuratora

      Kłopot polegał na tym, że wspomniany zarzut nie wyczerpywał
      wątpliwości, co do czynów osób objętych dochodzeniem. Nie wzięto pod
      uwagę takich działań jak przekroczenie uprawnień, niedopełnienie
      obowiązków i utrudnianie działalności wymiaru sprawiedliwości.
      Ponadto sekwencja zdarzeń (chodzi o dwukrotne wypożyczenie akt przy
      stwierdzeniu, że za pierwszym razem już usuwano i niszczono
      dokumenty) wskazywała, że zarzut "nieumyślnej" utraty dokumentów nie
      ma nic wspólnego z prawdziwym przebiegiem wydarzeń.

      Najpoważniejszym problemem, z którym przyszło się zmierzyć
      prokuraturze, była sprawa samego Lecha Wałęsy. Artykuł 145
      Konstytucji RP stanowił, że "Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej za
      naruszenie konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może
      być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu".

      Prokurator prowadząca sprawę nie mogła więc prowadzić żadnego
      postępowania w sprawie Wałęsy. Napisała więc długie umorzenie
      sprawy, które szczegółowo opisywało poszczególne wydarzenia. A w
      sprawie byłego prezydenta stwierdziła: "w zakresie przestępstwa
      opisanego [.] w nowym kodeksie karnym w artykule 276 [.] należy [.]
      stwierdzić, iż w zakresie ewentualnego popełnienia przestępstwa
      kwalifikowanego jak wyżej z uwagi na treść art. 145 Konstytucji RP
      Prokuratura nie mogła prowadzić postępowania. Wobec powyższego w tym
      zakresie postępowanie należało umorzyć".

      Treść "umorzenia sprawy" wskazywała, że to Lech Wałęsa jest
      odpowiedzialny za przestępstwo polegające na "niszczeniu,
      uszkadzaniu, czynieniu bezużytecznymi, ukrywaniu lub usuwaniu
      dokumentów, którymi nie ma prawa wyłącznie rozporządzać". Jednak w
      związku z art. 145 konstytucji gwarantującym mu immunitet nie mógł
      zostać objęty śledztwem i sądzony mógł być wyłącznie przez Trybunał
      Stanu.

      Początkowo prokurator Nowak zamierzała powiadomić marszałka Sejmu RP
      o możliwości popełnienia przestępstwa przez Wałęsę, jednak taką
      możliwość zablokowali jej przełożeni. Śledztwo było bowiem
      nadzorowane przez Prokuraturę Apelacyjną i Prokuraturę Krajową,
      które narzucały konkretne rozwiązania. Zachowane dokumenty
      archiwalne pozwalają na wysunięcie hipotezy, że celem wspomnianego
      nadzoru nad śledztwem V Ds. 177/96 było głównie utrudnienie
      wyjaśnienia wszystkich istotnych okoliczności sprawy, a w
      szczególności roli Wałęsy w usunięciu dokumentów przekazanych mu w
      latach 1992 - 1994 przez Andrzeja Milczanowskiego, Gromosława
      Czempińskiego i Jerzego Koniecznego.

      Naturalną tego konsekwencją było zapewnienie bezkarności wyżej
      wymienionym osobom, mimo zebrania dowodów pozwalających na
      skierowanie przeciwko nim aktu oskarżenia. Jednak dzięki postawie
      Prokuratury Okręgowej kopia umorzenia sprawy opisująca działania
      Wałęsy w sprawie dokumentów TW "Bolek" zapewne dotarła do ministra
      sprawiedliwości Hanny Suchockiej. Nie wywołała jednak żadnej
      reakcji. Śledztwo V Ds 177/96 skończyło się niczym. Informacje o
      jego przebiegu nie mogły przedostać się do opinii publicznej ze
      względu na fakt, że nadano im klauzulę tajności.

      Otoczenie coś wymyśli

      Ustawa lustracyjna z 11 kwietnia 1997 roku dawała każdej osobie,
      która znalazła się na liście ujawnionej w czerwcu 1992 roku przez
      ministra Antoniego Macierewicza, możliwość oczyszczenia się z
      zarzutów współpracy z SB. Lech Wałęsa z tego prawa nie skorzystał. W
      jednym z wywiadów prasowyc
      • nielubiszprawdy jaki ten Macierewicz obrzydliwy a ten Kaczor Gno 27.03.10, 14:20
        CytatOtoczenie coś wymyśli

        Ustawa lustracyjna z 11 kwietnia 1997 roku dawała każdej osobie,
        która znalazła się na liście ujawnionej w czerwcu 1992 roku przez
        ministra Antoniego Macierewicza, możliwość oczyszczenia się z
        zarzutów współpracy z SB. Lech Wałęsa z tego prawa nie skorzystał. W
        jednym z wywiadów prasowych stwierdził, że nikt nie uwierzy w
        fałszowanie przez SB dokumentów dotyczących jego osoby.

        Charakterystyczny pod tym względem jest wywiad, jakiego udzielił
        Monice Olejnik w 2000 roku: "[M. Olejnik]: Dostał pan pseudonim
        Bolek? [L. Wałęsa]: Nie. Kryptonim Bolek to jest kryptonim
        rozpracowania. Powtarzam pani - rozpracowania Wałęsy, a nie pracy
        Wałęsy. Taka jest prawda. Czy pani w to uwierzy? Nie. Wielu w to nie
        uwierzy, bo wielu jest tchórzy, nie walczyli i nie są w stanie
        wyobrazić sobie, że Lech Wałęsa walczył i pokonał bezpiekę. Nie
        uwierzy pani i wielu z was. I to jest dramat mój".

        Półtora miesiąca później były prezydent zdecydował się na
        upublicznienie posiadanego dokumentu Służby Bezpieczeństwa na swój
        temat. Była to oznaczona klauzulą "tajne specjalnego znaczenia"
        analiza sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. Bolek sporządzona w
        1982 roku przez porucznika Adama Żaczka z Departamentu V MSW. Jej
        kserokopie Lech Wałęsa dał kilku dziennikarzom. Upublicznienie
        opracowania porucznika Żaczka było dla byłego prezydenta bardzo
        korzystne: mimo że stanowiło swego rodzaju podsumowanie życiorysu i
        działalności Wałęsy, nie zawierało żadnych informacji na temat jego
        kontaktów z SB w latach 1970 - 1976.

        Istotny medialnie był tu także kryptonim sprawy omówionej w analizie
        Żaczka. Pokrywał się z pseudonimem agenturalnym, pod którym w latach
        1970 - 1976 Lech Wałęsa figurował w ewidencji operacyjnej SB.
        Wspomniana analiza znajdowała się w materiałach wypożyczonych
        Lechowi Wałęsie przez ministra Andrzeja Milczanowskiego, a potem
        zaginęła. To kolejna ważna wskazówka, kto przejął
        dokumenty "wyprowadzone" w latach 1993 - 1994 z archiwum UOP.

        Początkowo były prezydent zapowiadał, że w ogóle nie podda się
        procedurom lustracyjnym. Jako oficjalny powód podał w Radiu Zet
        przeszłość rzecznika interesu publicznego sędziego Bogusława
        Nizieńskiego, któremu "Gazeta Wyborcza" piórem pisarza Andrzeja
        Szczypiorskiego (byłego agenta SB) fałszywie przypisała
        komunistyczną przeszłość: [L. Wałęsa:] "On może wzywać swoją żonę,
        nie mnie. Już moje otoczenie coś wymyśli, żebym nie musiał stawać
        przed tym sądem".

        Jednak otoczenie byłego prezydenta nie było w stanie zmienić
        obowiązującego prawa i oświadczenie lustracyjne musiało zostać
        złożone. W dokumencie tym Wałęsa stwierdził, że nigdy nie był
        świadomym i tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa.

        Wałęsa zbity z tropu

        12 lipca 2000 roku sąd lustracyjny oficjalnie wszczął postępowanie w
        sprawie kandydata do fotela prezydenta RP Lecha Wałęsy. W wyniku
        kwerendy do sądu dotarło wiele tomów akt, z których większość
        obrazowała działalność Wałęsy jako przywódcy "Solidarności" w latach
        80.

        Wyraźnie odbiegała od tego część dokumentów przysłanych przez UOP.
        Notatka załączona do pisma dyrektora Biura Ewidencji i Archiwum UOP
        płk. Antoniego Zielińskiego informowała: "29.12.1970 roku Lech
        Wałęsa został zarejestrowany przez Wydział [III] KWMO w Gdańsku pod
        numerem 12535 w kategorii tajny współpracownik pseudonim Bolek.
        19.06.1976 roku został wyrejestrowany, akta przekazano do archiwum
        Wydziału "C", w którym nadano im sygnaturę I-14713".

        Powyższy fakt potwierdzały nieliczne dokumenty ocalałe (często tylko
        w postaci kserokopii) z "czyszczenia" dokumentów w latach 90.:
        wydruk z systemu komputerowego SB, kopia "Arkusza ewidencyjnego
        osoby podlegającej internowaniu" z 28 listopada 1980 roku, w której
        znalazła się informacja o współpracy Lecha Wałęsy z SB w latach 70.,
        oraz kopia karty ewidencyjnej E-14 podająca informacje o
        wyeliminowaniu go z sieci agenturalnej w 1976 roku z
        powodu "niechęci do współpracy".

        Na rozprawę dotarły też dwa niezwykle istotne dokumenty, które
        wcześniej nie były znane. Były to kopie notatek funkcjonariuszy SB z
        1978 roku. Pierwsza została sporządzona przez starszego szeregowego
        Marka Aftykę i stanowiła podsumowanie "akt archiwalnych nr I-14713
        dotyczących obywatela Wałęsy Lecha".

        W notatce tej Aftyka pisał m.in.: "Wymieniony do współpracy z
        organami bezpieczeństwa pozyskany został 29 XII 1970 roku jako TW
        ps. Bolek na zasadzie dobrowolności przez st. insp. [ektora]
        Wydziału II KW MO w Olsztynie kpt. [Edwarda] Graczyka. Celem
        pozyskania było rozeznanie działalności kierownictwa Komitetu
        Strajkowego oraz innych osób wrogo działających w czasie i po
        wypadkach grudniowych 1970 roku w Stoczni Gdańskiej [.] [Lech
        Wałęsa] jako TW ps. Bolek przekazywał nam szereg cennych informacji
        dot. destrukcyjnej działalności niektórych pracowników. Na podstawie
        otrzymanych materiałów założono kilka spraw. W tym czasie dał się
        poznać jako jednostka zdyscyplinowana i chętna do współpracy. Po
        ustabilizowaniu się sytuacji dało się zauważyć niechęć do dalszej
        współpracy z naszym resortem. Tłumaczył on to brakiem czasu i tym,
        że na zakładzie nic się nie dzieje. Żądał również zapłaty za
        przekazywane informacje, które nie stanowiły większej wartości
        operacyjnej. [.] Spotkania z TW "Bolek" odbywały się poza L.K. Za
        przekazane informacje był on wynagradzany i w sumie otrzymał 13 100
        zł, wynagrodzenie pobierał chętnie".

        Drugim dokumentem była kserokopia notatki z rozmowy przeprowadzonej
        z Lechem Wałęsą 6 października 1978 roku przez majora Czesława
        Wojtalika oraz majora Ryszarda Łubińskiego z SB KWMO w Gdańsku.
        Notatka dotyczyła "byłego TW ps. Bolek, aktualnie rozpracowywanego w
        sprawie krypt. Bolek". Według planu zatwierdzonego przez komendanta
        wojewódzkiego MO ds. SB pułkownika Władysława Jaworskiego celem
        rozmowy miało być "podjęcie próby ponownego pozyskania L.[echa] W.
        [ałęsy] do współpracy" (Wałęsa odmówił wówczas podjęcia współpracy).

        Oba dokumenty, okazane Lechowi Wałęsie na rozprawie lustracyjnej,
        wyraźnie zbiły go z tropu. Stwierdził m.in., że "jest zaskoczony
        istnieniem takich akt, bo, jako prezydent, oglądał swoje akta i nie
        było w nich takich dokumentów". Wyznanie to wydaje się dość istotne,
        bowiem wcześniej Wałęsa pytany o to, czy kiedykolwiek czytał dossier
        agenta "Bolka", konsekwentnie mijał się z prawdą.
        • nielubiszprawdy _________Proces w III RP......?????? 27.03.10, 14:21
          CytatProces ucięty

          Na procesie Wałęsa zaprzeczał treści wszystkich odczytywanych
          dokumentów: "Typowa agenturalna próba wrobienia mnie" -
          podsumowywał. Uważał, że archiwalia przedłożone sądowi lustracyjnemu
          są bezwartościowymi "śmieciami". Wspierająca byłego
          prezydenta "Gazeta Wyborcza" prowadziła niezwykle bezwzględną i
          brutalną nagonkę na reprezentującego rzecznika interesu publicznego
          sędziego Krzysztofa Kaubę i w fałszywy sposób przedstawiała przebieg
          procesu.

          Jego przebieg można uznać z wielu względów za niekorzystny dla
          Wałęsy. Wiarygodność przedłożonych sądowi dokumentów nie tylko nie
          została podważona, lecz nawet świadkowie - autorzy prezentowanych
          dokumentów, oficerowie SB Aftyka i Łubiński, potwierdzili ich
          autentyczność. Szczególnie istotne było to w przypadku wspomnianych
          notatek z 1978 roku zachowanych jedynie w postaci kopii.

          Przed sądem zeznawali m.in. Piotr Naimski i Antoni Macierewicz,
          którzy dokładnie opisali znane sobie aspekty sprawy. Sąd postanowił
          też przesłuchać w charakterze świadka zgłoszonego przez obronę
          byłego szefa UOP Gromosława Czempińskiego. Wychodząc z sali sądowej,
          Lech Wałęsa stwierdził, że zależy mu na zeznaniach tego świadka,
          bo "Naimski jest amatorem, a Czempiński profesjonalistą".
          Oświadczenie to, wobec roli i działań Czempińskiego w sprawie Lecha
          Wałęsy w latach 1993 - 2000, nabiera dość specyficznego znaczenia.
          Oczywiście Czempiński zeznał, że dokumenty dotyczące Wałęsy zostały
          sfabrykowane.

          Proces lustracyjny Wałęsy cieszył się ogromnym zainteresowaniem
          mediów. Szczególną rolę odgrywała tu "Gazeta Wyborcza", która
          rozpoczęła agresywny atak na rzecznika interesu publicznego,
          procedury lustracyjne i sam sens badania przeszłości Lecha Wałęsy.

          Wedle interpretacji Adama Michnika sprawa była po prostu zamachem na
          polską godność narodową i demokrację: "Oskarżenie Lecha Wałęsy
          wymierzone jest w całą tradycję "Solidarności", w całą tradycję
          demokratycznej opozycji. To "Solidarność" z sierpnia 1980 roku staje
          dziś przed sądem lustracyjnym. Dla nędznej gry politykierskiej
          poniża się i upokarza Polskę w oczach całego świata. Czego chcecie
          dowieść, panowie lustratorzy? [.] W 20. rocznicę Sierpnia ,80, który
          zrodził "Solidarność", odezwali się ludzie, którzy poniżają polską
          godność narodową i chcą przez lustrację uniemożliwić obywatelom
          naszego kraju demokratyczny wybór prezydenta".

          Przed ostatnim dniem rozprawy 11 sierpnia 2000 roku do sądu
          lustracyjnego wpłynęły dokumenty dotyczące operacji specjalnych
          Biura Studiów MSW dotyczących próby skompromitowania Lecha Wałęsy
          współpracą z SB. Treść tych dokumentów była oczywista. Mówiły one
          wprost, że w całej operacji chodziło o ""przedłużenie działalności"
          TW ps. Bolek, tj. Lecha Wałęsy, o minimum dziesięć lat".

          Do sądu wpłynęły też akta śledztwa V Ds. 177/96 prowadzonego przez
          prokurator Małgorzatę Nowak. Fakt ten miał znaczenie fundamentalne,
          bowiem dokumenty zgromadzone w śledztwie dokładnie pokazywały
          mechanizmy wyprowadzania akt TW "Bolka" z archiwum UOP oraz rolę,
          jaką w tej sprawie odegrał lustrowany. Ale po wpłynięciu
          wspomnianych akt proces został ucięty. Sąd odrzucił kolejne wnioski
          dowodowe i rozpoczęły się mowy końcowe. Zastępca rzecznika interesu
          publicznego sędzia Krzysztof Kauba wniósł o umorzenie postępowania
          ze względu na to, że procesowanie sądu de facto nie zostało
          zakończone; nie przesłuchano bowiem istotnych świadków i nie
          poczyniono istotnych ustaleń.

          Obrońcy lustrowanego wnieśli o uznanie, że oświadczenie lustracyjne
          Lecha Wałęsy jest zgodne z prawdą. Jeden z nich nazwał dokumenty
          świadczące o współpracy Wałęsy z SB "makulaturą nic nieznaczącą dla
          tego procesu": "W stosunku do laureata Nagrody Nobla i posiadacza
          ponad 100 doktoratów honoris causa znajdują się jedynie kserokopie
          jakichś dokumentów. Czy Lech Wałęsa przystępowałby do kampanii,
          gdyby wiedział, że na niego jest jakiś papier?".

          Sam Wałęsa był oburzony propozycją umorzenia postępowania: "Nie
          żartujmy, tylko tchórzom można umarzać procesy. Ja walczyłem, a nie
          bawiłem się, dlatego nie ma mowy, żeby umarzać".

          Problem pominięty milczeniem

          Sąd stwierdził, że oświadczenie lustracyjne Lecha Wałęsy jest zgodne
          z prawdą, co można interpretować jako stwierdzenie, iż wspomniany
          nigdy nie współpracował z SB. Punktem wyjścia dla orzeczenia był
          wspomniany dokument Biura Studiów SB, w którym informowano, że w
          działaniach specjalnych przeciwko Wałęsie chodziło o ""przedłużenie
          działalności" TW ps. Bolek, tj. Lecha Wałęsy, o minimum dziesięć
          lat". Cudzysłów oznaczał oczywiście, że "przedłużanie" to miało
          charakter nienaturalny, bowiem sprawa TW "Bolek" zakończyła się w
          1976 roku.

          Sąd jednak, posługując się zaskakującymi argumentami, uznał, że ów
          cudzysłów to dowód, iż Lech Wałęsa nigdy nie współpracował z SB.
          Nadto stwierdził, że autentyczna teczka "Bolka" nigdy nie istniała,
          a Antoni Macierewicz w 1992 roku dysponował dokumentami
          sfałszowanymi przez Służbę Bezpieczeństwa. Na jakiej podstawie
          wysnuł takie wnioski - nie wiadomo. Z jakością powyższych "ustaleń"
          koresponduje twierdzenie sądu, że gdyby SB w latach 80. dysponowała
          oryginałem teczki "Bolka", wytoczono by mu wtedy proces. Kłopot w
          tym, że przypadki skazywania kogokolwiek przez komunistyczny sąd za
          współpracę z SB nie są historykom znane. Płaszczyznę do tego rodzaju
          rozważań zbudowało dopiero orzecznictwo sądu lustracyjnego.

          W ten sam sposób sąd potraktował pozostałe dokumenty zgromadzone w
          sprawie. Na przykład o notatce starszego szeregowego Marka Aftyki,
          która była dokładnym opisem kontaktów Lecha Wałęsy z SB, sąd
          stwierdził: "jako notatka z przeglądu akt archiwalnych TW zawiera
          ona w istocie jedno enigmatyczne zdanie dotyczące efektów
          współpracy. Nie zawiera natomiast jakiejkolwiek informacji o
          składanych meldunkach przez TW, pobieranym wynagrodzeniu itd.".

          Warto więc powtórnie zacytować fragment wspomnianej notatki: "TW ps.
          Bolek przekazywał nam szereg cennych informacji dot. destrukcyjnej
          działalności niektórych pracowników. Na podstawie otrzymanych
          materiałów założono kilka spraw. [.] Spotkania z TW "Bolek" odbywały
          się poza L.K. Za przekazane informacje był on wynagradzany i w sumie
          otrzymał 13 100 zł, wynagrodzenie pobierał chętnie".

          Pozostawmy bez podpowiedzi pytanie, jak w takim kontekście - treści
          cytowanego dokumentu i treści orzeczenia sądu - należy ocenić
          orzecznictwo lustracyjne.

          Jednak kluczowy dla zrozumienia istoty orzeczenia w sprawie Lecha
          Wałęsy wydaje się fakt pominięcia ważnych ustaleń poczynionych w
          czasie śledztwa V Ds. 177/96 dotyczącego zaginionych dokumentów
          TW "Bolek". Sędziowie: Paweł Rysiński, Krystyna Siergiej i Zbigniew
          Kapiński, podpisani pod orzeczeniem nie spytali Wałęsy na sali
          sądowej, gdzie podziały się dokumenty "Bolka" i jaką rolę w sprawie
          odegrał sam prezydent.

          Zarówno w czasie procesu, jak i w orzeczeniu ów kluczowy problem
          pominęli całkowitym milczeniem. Natomiast na pierwszej rozprawie po
          wpłynięciu wspomnianych akt śledztwa Ds. 177/96 po prostu przerwali
          dalsze procedowanie. Jakby nie chcieli, żeby informacje na temat
          procederu "wyprowadzania" przez Wałęsę akt UOP dotarły do opinii
          publicznej.
          • nielubiszprawdy _____________"Moja" III RP póki..... myszy jemy! 27.03.10, 14:23
            CytatMoja III RP"

            Na podstawie orzeczenia sądu lustracyjnego Lech Wałęsa otrzymał od
            IPN status pokrzywdzonego, mimo wielu wątpliwości, które targały
            częścią pracowników tej instytucji. Było to nieuchronne, zważywszy
            na treść orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który nakazywał w tej
            kwestii bezwzględne respektowanie ustaleń sądu lustracyjnego. Oba
            dokumenty (i wspomniane orzeczenie, i status pokrzywdzonego) Wałęsa
            uważa za dokumenty ostatecznie zamykające jego sprawę.

            Generalnie Lech Wałęsa nie kwestionuje wiarygodności dokumentów
            archiwalnych Służby Bezpieczeństwa. W książce "Moja III RP" napisał
            na przykład: "teczki generalnie mówią prawdę. Przecież SB nie mogła
            własnych dokumentów fałszować, bo jak by mieli działać?".

            Ale w swojej sprawie uważa, że nie ma takich dokumentów, które
            świadczyłyby o tym, że współpracował z SB: "Nigdy nie
            byłem "Bolkiem" [.] Nie ma mnie w dziennikach rejestracyjnych i
            innej dokumentacji oryginalnej (.) Zostało dziesięć kartek odbitek,
            z których wyciągają wnioski absurdalne". Orzeczenie sądu
            lustracyjnego uważa za ostateczne załatwienie sprawy: "Jeszcze raz
            ja, Lech Wałęsa, oświadczam, że w moim przypadku sprawa agenturalna
            od początku do końca była robiona na zlecenie najwyższych władz PRL
            i dlatego jest nieźle przygotowana. [.] Sąd lustracyjny w swoim
            wyroku wypowiedział się jednoznacznie na temat owych podróbek".

            Pytania o TW "Bolek" przyjmuje czasem z żalem, a czasem z agresją.
            Pyta: "Czy ja zasłużyłem sobie na coś takiego? Ja, który obaliłem
            komunizm?".

            Nagabywany o rozmaite szczegóły swojej przeszłości, Wałęsa ciągle
            kluczy i udziela niewiarygodnych odpowiedzi. W sprawie
            ewentualności "wyprowadzenia" akt na swój temat z archiwum UOP
            całkiem słusznie odpowiada, że w normalnej sytuacji byłoby to
            niemożliwe: "nawet prezydentowi nie daje się z archiwum oryginałów,
            tylko kopie. A jeśli nawet oryginały się pokazuje, to siedzi
            pracownik i pilnuje, żeby ich nie zniszczyć. Ja widziałem tylko
            kopie swoich akt. Lustrowany przez sąd byłem w 2000 roku, a więc gdy
            od przeszło pięciu lat nie byłem już prezydentem. Można było
            ujawnić, że zginęły jakieś dokumenty. Nie zrobiono tego".

            Faktycznie w demokratycznym państwie prawa podobne działania
            najwyższych funkcjonariuszy państwa, służb specjalnych, prokuratury
            i sądu byłyby wykluczone. Pytanie tylko, czy te standardy odnoszą
            się do kraju, który Lech Wałęsa z nutą nostalgii nazywa: "Moja III
            RP".

            Piotr Gontarczyk, Sławomir Cenckiewicz
            Autorzy są historykami z Instytutu Pamięci Narodowej

            18.06.2008r.
            Rzeczpospolita

            • nielubiszprawdy _______________klaksonem w klęczącym przed Bogiem! 27.03.10, 14:34
              forum.gazeta.pl/forum/w,13,109261662,109296733,_Prawda_Was_wyzwoli_w_godzinie_Waszej_smierci_ita.html
              • nielubiszprawdy Hymen i po co kryłęś się przede mną, że jesteś Żyd 27.03.10, 14:35
                em...tym chazarskim ze Wschodu? Od niepana Soso Dżugaszwili?
                • nielubiszprawdy słyszałeś o hymnie polskim w USA 27.03.10, 14:50
                  Cytat
                  Za publiczne stwierdzenie że hymn polski, Mazurek Dąbrowskiego,
                  wykonuje się za pomocą odbytnicy, pozywany był przez organizacje
                  polonijne przed sąd[1].




                  pl.wikipedia.org/wiki/Burt_Reynolds
                  forum.gazeta.pl/forum/w,13,109215086,109295739,Sedz_Pawel_Rysinski_Krystyna_Siergiej_Zb_Kapinski.html
                  https://www.televisioninternet.com/news/pictures/borat.jpg
                  www.rodaknet.com/rp_art_3934_lustracja_bolek.htm
                  bi.gazeta.pl/im/9/7704/m7704509.mp3
                  • nielubiszprawdy ____________________jaki był wyrok i uzasadnienie? 27.03.10, 14:56
                    wiesz?
                    Za publiczne stwierdzenie że hymn polski, Mazurek Dąbrowskiego,
                    wykonuje się za pomocą odbytnicy, pozywany był przez organizacje
                    polonijne przed sąd[1].


                    _____uniewinniony!

                    Arkadego Fiedlera (kto nie zaczytywał się w "Dywizjonie 303"?!), że
                    w filmie Polacy są przedstawieni karykaturalnie, jako
                    niezdyscyplinowani powietrzni plotkarze, którzy wciąż gadają i
                    gadają. Owszem, Polacy mówią w powietrzu dużo po polsku. Ale nie
                    więcej niż Brytyjczycy po Angielsku. Sprzeciwy Brytyjskich dowódców
                    wyglądają na sprowokowane głównie obcością języka
Pełna wersja