patience
03.03.04, 15:55
Po sześciu latach Li zaryzykował i uciekł do Chin. W Pekinie postanowił
skorzystać z pomocy człowieka, który przedstawił się jako pracownik ambasady
Korei Południowej - w rzeczywistości był oficerem wywiadu
północnokoreańskiego. Zawieziono go do ambasady Korei Południowej, która
okazała się ambasadą Korei Północnej. Tam zakuto go w kajdanki, zaaplikowano
środki nasenne i wsadzono do samolotu lecącego do Phenianu. Przez następne
pół roku był codziennie przesłuchiwany i torturowany. Stracił zęby i słuch w
jednym uchu, stracił na wadze 40 kilogramów. Godzinami musiał siedzieć
nieruchomo; wlewano weń wodę, a kiedy pękały mu wnętrzności, deptano po nim.
Północnokoreański gułag
Potem trafił do obozu nr 15 dla więźniów politycznych w Jodoku stanowiącego
część Kwanliso - wiernej kopii stalinowskiego Gułagu.
- Gdy wracaliśmy z pracy, musieliśmy się rozbierać do majtek i kucać -
opowiada Li. - Potem nas bito kijami. Jeśli w kieszeni więźnia znaleziono
odrobinę żywności czy soli, było to równoznaczne z planowaniem ucieczki. Taki
człowiek był rozstrzeliwany, wieszany, zakopywany żywcem.
Li żywił się wężami, szczurami, korzeniami. Prześladuje go wspomnienie 24-
letniego współwięźnia, który próbował zbiec. Strażnik strzelił mu w nogę.
Wyjącemu z bólu skuto nogi kajdankami i wleczono za rozpędzoną furgonetką.
Później przywiązano go do słupa i dobito. Pozostałym więźniom kazano
podchodzić i dotykać obdartego ze skóry ciała. Żeby dobrze zapamiętali.
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,1941200.html