hymenos
23.07.10, 10:03
Hasz ostatnio chętnie powołuje się na środowiska konserwatywno
liberalne, zatem warto by zapoznał się on z opinią tego środowiska o
Kaczyńskim, PiS i jego pomysłach. Cytuję, bo nie da się zalinkować
bezpośrednio tekstu, o którym mówię:
PiS to największa przeszkoda dla odbudowania prawicy
Adam Wielomski
Zakrzyknięto: „mniejsze zło” i cała prawica tłumnie, niby stado
owiec, pognała zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego. Nie mogę tego
owczego pędu zrozumieć z dwóch powodów.
Po pierwsze – nie rozumiem, na czym w tym przypadku polega „mniejsze
zło”. Kaczyński i Komorowski właściwie się nie różnią: dwaj do bólu
pragmatyczni i bezideowi politycy demokratyczni. U każdego można
znaleźć pewne plusy i pewne minusy, które wzajemnie się równoważą.
Prawdę mówiąc, nie oceniam skrajnie krytycznie rządów PO. Oczywiście
nie spełniono żadnych obietnic liberalnych reform, ale nikt chyba
nie spodziewał się takowych po tej ekipie. Przyznaję jednak, że
doceniam fakt, iż rząd Tuska nie zwariował i w obliczu kryzysu nie
zadłużył kraju, nie popadł w keynesizm – jak większość rządów
zachodnich. Gdyby zrealizowano plan walki z kryzysem przez wzrost
zadłużenia – jak proponował PiS – stalibyśmy dziś na krawędzi
bankructwa. Doceniam także racjonalniejszą – w porównaniu do PiS –
politykę wschodnią tego rządu. Zwycięstwo Kaczyńskiego ponownie
pchnęłoby nas do histerycznego konfliktu z Rosją pod
hasłem „Dlaczego zabiliście Lecha Kaczyńskiego?”.
Są to poważne plusy na korzyść PO, dlatego skłonny byłbym
zaryzykować tezę, że to Komorowski był w tych wyborach „mniejszym
złem”.
No, chyba że ktoś wierzy w fantastyczne opowieści o wszechwładzy
byłych WSI, SB, UB, a których to „żydo-masońskich” sił eksponentem
miałby być Komorowski. Ja tę polityczną fantastykę PiS między bajki
włożę.
Nie widzę merytorycznych względów dla których prawicowcy mieliby w
tych wyborach stadnie głosować na Kaczyńskiego jako na „mniejsze
zło”.
Po drugie – musimy zastanowić się nad politycznym aspektem
głosowania na Kaczyńskiego. Musimy sobie zadać pytanie: czy naszym
celem jest utworzenie partii prawicowej, sytuującej się na prawo od
PiS, czy też wspieranie PiS? Osobiście nie mam wątpliwości, że PiS
prawicą nie jest i nie ma zamiaru być – to rodzaj patriotycznego
socjalizmu, który okupuje prawą część sceny politycznej. Prawicy nie
ma w Sejmie dlatego, że jej miejsce zajmuje PiS.
Naszym celem nie jest więc wzmacnianie tej partii, ale jej
unicestwienie, destrukcja, polityczna eksterminacja. W tej sytuacji
nie należy jej wzmacniać i głosować na nią jako na „mniejsze zło”.
Nie da się stać w rozkroku i chcieć wyprzeć PiS ze sceny
politycznej, a równocześnie głosować na Kaczyńskiego! To tak jakby
próbować rozwalić ścianę z betonu, a gdy po wielogodzinnym waleniu
młotkiem pojawiło się pękniecie, przylecieć z wiadrem cementu! Z
prawicowego punktu widzenia porażka wyborcza Kaczyńskiego jest
korzystna.
Gdyby wygrał, to PiS wygrałoby wybory samorządowe, a uniesione falą
szaleństwa mogłoby wygrać nawet i parlamentarne za rok. Widziałem,
jak przez dwa lata partia ta rządziła i jak nie zrealizowała żadnych
prawicowych postulatów. Rządziła identycznie, jak dziś panuje PO.
Właśnie dlatego chcemy budować prawicę na prawo od PiS, ponieważ nie
spodziewamy się po tej partii kompletnie niczego. W tej sytuacji
absolutnie nie wolno na nią głosować jako na „mniejsze zło”. Ideałem
byłoby, gdyby Jarosław Kaczyński dostał 20% głosów, po czym doszłoby
do wewnętrznych tarć w partii i całość poszłaby w rozsypkę. Wtedy na
prawicy pojawiłoby się wreszcie miejsce dla nas. Każdy głos oddany
przez prawicowych wyborców – w drugiej turze – na Jarosława
Kaczyńskiego wzmacniał go, wzmacniał PiS i betonował scenę
polityczną w takiej postaci, gdy nie ma na niej autentycznej prawicy.
Trudno mi powiedzieć, czym przyciąga prawicowych wyborców Jarosław
Kaczyński. Trzy miesiące temu nikt z moich prawicowych kolegów nie
chciał nawet słyszeć, aby głosować na jego brata-socjalistę, który w
dodatku podpisał traktat lizboński. Po wypadku lotniczym z 10
kwietnia masa ludzi – także na prawicy – popadła w histerię. Już
wtedy pisałem na nczas.com, że prawica traci swoją potencjalną bazę
społeczną, gdyż tłum w owczym pędzie zaczyna gnać na głosowanie, aby
oddać kartkę na Jarosława Kaczyńskiego.
Zjawisko to nabierało charakteru przysłowiowej kuli śnieżnej.
Najpierw byli to pojedynczy ludzie, potem było ich coraz więcej i
więcej. A nad nimi powiewał sztandar „mniejsze zło”. W okresie dwóch
tygodni pomiędzy pierwszą a drugą turą nabrało to kształtu jakiejś
epidemii. Najpierw choroba opanowała tych moich kolegów, którzy są
bardziej emocjonalni, potem także tych racjonalniejszych, a na sam
koniec – na kilka dni przed 4 lipca – już prawie wszystkich, nawet
tych, których racjonalność polityczną oceniałem wysoko. Gnali jak
stado owiec głosować na… największą przeszkodę dla odbudowania
prawicy w Polsce. Kupowali i powtarzali najbardziej idiotyczne
pisowskie bajki polityczne o WSI, agentach, zamachu na prezydencki
samolot, prawdziwym patriotyzmie”.
Chwilami miałem wrażenie, że jestem w domu wariatów. Np. Artur
Górski (PiS) napisał, że jedną z przyczyn porażki Kaczyńskiego
było „zabieganie o lewicowy elektorat, odkomunizowanie Józefa
Oleksego czy pochwała Edwarda Gierka, bez podparcia »prawej nogi« i
wysłania czytelnych sygnałów o przesłaniu katolicko-konserwatywnym”,
co „zrobiło złe wrażenie na prawicowym elektoracie”.
Kompletnie nie zgadzam się z tą tezą. Było wprost przeciwnie:
prawicowy ludek gnał na te wybory w tak owczym pędzie, że
zagłosowałby na Kaczyńskiego nawet gdyby ten zdecydował się
pochwalić Lenina. Przecież trzeba wybrać „mniejsze zło”,
kandydata, „który nie jest z WSI” itd. Te wybory pokazały
Kaczyńskiemu, że prawica jest spacyfikowana i nie ma sensu nawet
udawać, że PiS jest prawicowy.
W owczym pędzie prawicowy ludek zagłosuje na PiS, nawet jeśli jego
twarzą będzie Kluzik-Rostkowska. Ona też będzie „mniejszym złem”.
Taką będziecie mieli prawicę, na jaką zasługujecie…