luzer
27.04.04, 01:29
Piszę te słowa jako człowiek, który zawsze, w każdych wyborach głosował na
środowisko tzw. "lewicy laickiej", późniejszego ROADU (byłem członkiem
założycielem ROAD - uczestniczyłem w kongresie założycielskim, który odbywał
się w auli politechniki), Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Po kolei byłem
ROADmanem, UDekiem i UWolem, i byłem dumny z tych określeń. Pamiętam entuzjazm
z jakim zakładaliśmy ROAD, pamiętam prowizoryczność wszystkiego (do dzisiaj
mam, ręcznie wypisany flamastrem, mandat delegata na kongres - dziwni z nas
byli delegaci, bo każdy wydelegował sam siebie - byliśmy wolnymi strzelcami,
którzy stawili się z całej Polski na apel Jacka Kuronia i Zofii Kuratowskiej.
Niestety później było już tylko gorzej. Nastąpiła cała seria błędów
politycznych, wynikających częściowo z "chronicznego idealizmu" liderów,
częściowo z faktu, że w tym środowisku lojalność i towarzyskie zobowiązania
zawsze dominowały nad, wyrachowaną i wykalkulowaną na zimno, taktyką i
strategią. Liderzy Unii to byli szlachetni ludzie, ale zupełnie pozbawieni
temperamentu polityków. Wyjątkiem był Jacek Kuroń, ale o nim - poniżej.
Wspomniana przeze mnie seria błędów doprowadziła do politycznego
samounicestwienia się całego środowiska politycznego. Nie partii, lecz właśnie -
środowiska. Różne partie odchodziły w polityczny niebyt, ale ich środowiska,
ich liderzy mają się nieźle - przykładem chociażby Porozumienie Centrum, które
jako partia, gdzieś się rozpłynęło, ale jako środowisko - działa w PiS-ie
i świetnie mu się powodzi.
A gdzie są dziś: Mazowiecki, Geremek, Bujak, Kuroń? W podręcznikach do historii?
Koniec. Goetterdaemmerung. Finita la commedia...
A oto lista ważniejszych błędów, które, moim zdaniem, doprowadziły do
autodestrukcji politycznego środowiska postKORowców:
1. Błąd pierwszy - grzech pierworodny - niewystawienie w pierwszych wyborach
prezydenckich charyzmatycznego Jacka Kuronia, który wówczas był
najpopularniejszym politykiem w Polsce. Z rękami w kieszeniach jeansów
wygrywał wszelkie plebiscyty i rankingi, regularnie pojawiał się w telewizji,
gdzie nie przemawiał, nie wygłaszał sloganów, tylko normalnie mówił, rozmawiał
z ludźmi, a ci go, po prostu, rozumieli. To Kuroń, jako minister pracy,
wymusił na wicepremierze Balcerowiczu rewaloryzację rent i emerytur, to on
organizował pomoc społeczną - ludzie autentycznie czuli, że ten facet się
o nich troszczy. Nie był zamieszany w żadną, najmniejszą nawet aferę korupcyjną.
Gdyby Kuroń startował w pierwszych wyborach prezydenckich, wygrałby, być może,
w pierwszej turze i pies z kulawą nogą nie dowiedziałby się w Polsce, kto zacz
Stan Tymiński i partia "X".
I oto, mając takiego dynamicznego "polityka na czasie", idealistyczne
środowisko ROAD-u wystawia kandydata, który nie tylko nie wygląda na to, ze
może komuś pomóc, ale wręcz tak, jakby sam za chwilę mógł potrzebować pomocy.
"Siła spokoju" - to było najgorsze hasło, jakie można było na tamten czas
wymyślić.
W następnych wyborach już było "po herbacie", to już był "świt SLD", a UD ze
swoim temperamentem, przejętym od lidera, zawsze była "o parę ruchów z tyłu".
2. Błąd drugi - fuzja z KLD i "zliberalizowanie" głównej osi partii, co
spowodowało "spacyfikowanie" i odunięcie na bok społecznej frakcji śp. Zofii
Kuratowskiej, a także przejęcie opinii liberałów-aferałów i pozwolenie na
przylepienie Unii etykietki partii zamieszanej, poprzez polityków Kongresu, w
różne niejasne machinacje.
3. Błąd trzeci - wybranie na przewodniczącego Leszka Balcerowicza, który jest
świetnym ekonomistą, ale politykiem-liderem - najgorszym z możliwych. Może
nadawałby się na "szarą eminencję", ale na pewno nie na politycznego
frontmana, wizytówkę partii. Balcerowicz, jako lider (to on wymyślił nową,
pretensjonalną, nazwę: "Unia Wolności", toż to brzmiało prawie jak: "jutrzenka
wolności") odebrał UW ładnych parę procent poparcia. Pamiętam jak w ramach
kampanii wyborczej do parlamentu spotykał się z ludźmi w ich domach - sztywny
jak kołek, zimny jak ryba - drewnianym głosem prowadził "seminarium naukowe"
na tematy ekonomiczne. To już była równia pochyła, ześlizg prosto w klęskę.
Ale unijna orkiestra na Titanicu grała do końca.
4. Błąd czwarty - wejście w koalicję z AWS - nie przysporzyło Unii nowych
wyborców, za to odebrało sporą część starych. Pamiętam, że poważnie wówczas
zastanawiałem się czy jeszcze tę Unię popierać. Przeważyło poczucie
lojalności, choć od dłuższego już czasu, chyba od początku liderowania
Balcerowicza, czułem , że to już nie "moja" Unia, że to partia, która ludziom,
takim jak ja, nieprzedsiębiorczym inteligentom nie ma niczego do zaoferowania.
5. Błąd piąty - wyjście z koalicji z AWS - paradoks? Skądże! Unia wydała się
wówczas ludziom partią nielojalną i tchórzliwą - taką, która napaskudziła w
gospodarce (takie były zarzuty ówczesnej opozycji - czyli SLD) i ucieka od
odpowiedzialności. Brak wyobraźni unijnych liderów: jak się już
powiedziało: "A", to trudno - trzeba powiedzieć "B". Inaczej traci się twarz.
6. Błąd szósty - wybór Władysława Frasyniuka na lidera - Unia odrzuciła swój
inteligencki etos - ostatnią realną wartość, którą jeszcze posiadała, dzięki
której odróżniała się od innych partii, których ani w demagogii, ani w
tupecie, ani w cynizmie nie miała (i nie ma) szans prześcignąć. To był gwóźdź
do politycznej trumny Unii Wolności.
Niech spoczywa w pokoju. Dobrze zasłużyła się Polsce.
Dla tej, dla mnie najsympatyczniejszej, partii w historii parlamentaryzmu
III RP, po prostu już nie widzę żadnych szans na jakąkolwiek reanimację.
To byłby największy cud od czasu zmartwychwstania Chrystusa. Bardzo bym się
ucieszył, gdyby ów cud się zdarzył, ale, niestety, na wierze w cuda można
budować co najwyżej religię, lecz nigdy - politykę.
Luzer