wild
13.03.02, 09:18
Jacek Sierpiński
PRZYMUS ZWANY SOLIDARNOŚCIĄ
Tym razem będzie o języku. Ale nie o projekcie karania 100000-złotowymi
grzywnami właścicieli pubów, sex-shopów, body shopów, internet cafes i
organizatorów disco parties (choć autorzy tego projektu, swoją drogą, są po
prostu p******i w mózg (a co - po polsku było!)).
Oto w jednym z wydań "Gazety Wyborczej" pan Tadeusz Kowalik w artykule "Biegun
nierówności" stwierdził, ze "w nowoczesnych gospodarkach rynkowych absolutnie
niezbędna jest owa odrobina solidarności", mając na myśli przymusowe zabieranie
przez państwo części dóbr bogatym i dawanie ich biednym. Niezależnie od tego,
czy uważa się to za sprawiedliwe, czy nie, nazywanie tego solidarnością jest
jawną kpiną ze znaczenia tego słowa. O solidarności można mówić, jeśli ktoś
dobrowolnie identyfikuje się z celami innych i działa na rzecz tych celów (np.
strajki solidarnościowe). Gdyby jacyś bogaci Polacy dzielili się dobrowolnie z
jakimiś swoimi biednymi rodakami poczuwając się do narodowych więzi, moglibyśmy
mówić o (narodowej) solidarności. (Podobnie, jeśli ci biedni dobrowolnie
rezygnowaliby z wszelkich roszczeń względem tych bogatych - solidarność A z B
nie jest tym samym, co solidarność B z A!). Ale pan Kowalik (i polemizujący z
nim pan Maleszka, który jednak w tej sprawie solidaryzował się (he, he) ze
swoim adwersarzem, przestrzegając jedynie, by "nie wylać dziecka z kąpielą")
miał na myśli co innego: że absolutnie niezbędna jest odrobina PRZYMUSU.
Przymus jednak jest czymś mało szlachetnym, w przeciwieństwie do solidarności.
Wypada zatem użyć szlachetniejszego słowa i zamaskować tym samym prawdziwą
naturę tego, o czym się mówi. Oczywiście nie jest to wymysł pana Kowalika -
nazywanie przymusu "solidarnością" jest od dawien dawna ulubionym chwytem tych,
którzy chcą na tym przymusie skorzystać. Rozbrajają tym samym swoich oponentów
moralnie. To nie oni muszą teraz tłumaczyć się z tego, że chcą zmuszać innych -
to tamci muszą tłumaczyć się z tego, że nie w smak im "solidarność".
Sprzeciwiasz się dajmy na to, by zabierano ci pod przymusem pieniądze i dawano
jako dotacje rolnikom, sprzeciwiasz się cłom zaporowym na tańszą zagraniczną
żywność - i już można ci wygarnąć, że jesteś obrzydliwym egoistą, który nie ma
ochoty solidaryzować się z polskim chłopem. Oczywiście jasne i nie wymagające
tłumaczenia jest, że cnotą jest (dla Polaka) solidaryzowanie się z chłopem
polskim, a nie np. francuskim, niemieckim czy amerykańskim (ktoś, kto
przyznałby się do takiej solidarności, naraziłby się nie tylko nacjonalistom,
ale i lewicy, a nawet wielu liberałom), i oczywiście polskiemu chłopu (ani
proponującemu taką "solidarność" politykowi) nie przynosi ujmy to, że nie
zamierza on solidaryzować się Z TOBĄ i twoimi interesami.
Nazywanie pewnych rodzajów przymusu "solidarnością" tak utrwaliło się w
potocznym języku i świadomości, że wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że to, o
czym mówią i myślą jako o solidarności, wcale tą solidarnością nie jest.
Ciekawe, czy zdają sobie z tego sprawę publicyści "GW"?
Nie jest to jedyny przykład na maskowanie przymusu pod szlachetnym przebraniem
i przemycanie w potocznie używanych zwrotach ideologii jego zwolenników. I tak
na przykład mówi się o "ochronie rynku" danego kraju, mając na myśli przymusowe
odgrodzenie potencjalnych konsumentów przebywających w jego granicach od
towarów produkowanych poza tymi granicami (przy pomocy ceł, zakazów importu,
specjalnych podatków akcyzowych, koncesji itp.). Jest to tak utarty zwrot, że
termin "protekcjonizm" (z łac. "protegere" - osłaniać, chronić) przyjął się
jako termin naukowy w ekonomii i naukach politycznych, i posługują się nim
nawet zagorzali przeciwnicy takiej polityki. Tymczasem "ochrona rynku" jest
ochroną tylko niektórych uczestników procesu rynkowego - producentów, i to nie
wszystkich! W stosunku do pozostałych uczestników rynku - konsumentów i reszty
producentów - jest ona dokładnym przeciwieństwem ochrony, to znaczy AGRESJĄ.
Wracając do przytoczonego wyżej przykładu - jeśli rząd wprowadza np. zaporowe
cła na zagraniczną żywność (benzynę, samochody itd.), to chronione są przez to
interesy polskich producentów żywności (benzyny, samochodów itd. - często są to
zresztą w rzeczywistości producenci niepolscy, przynajmniej jeśli chodzi o
kapitał, jak np. FIAT chroniony przed konkurencją tanich samochodów z m. in.
Azji), gwałcone zaś interesy producentów zagranicznych oraz konsumentów, którzy
muszą kupować drożej, a od czasu do czasu stają w obliczu braków (jak ostatnio
z benzyną). Nazywanie "ochrony rynku" napaścią na rynek, a "protekcjonizmu"
agresjonizmem byłoby co najmniej tak samo sensowne - jednak dziwnym (?) trafem
funkcjonują tylko te pierwsze zwroty, ukazujące ten "przyjemniejszy" fragment
prawdy i przedstawiające dobro jednej grupy interesu jako dobro wspólne.
Jeśli mowa o "przyjemniejszych" fragmentach prawdy (które NIE SĄ prawdą, jako
że część czegoś to nie to coś), nie można zapomnieć o "państwie opiekuńczym".
Również i to sformułowanie na trwałe weszło do języka nie tylko potocznego, ale
i naukowego, i również tu posługują się nim nawet zagorzali przeciwnicy
polityki, którą oznacza. "Państwo opiekuńcze" to państwo, które funduje swoim
obywatelom leczenie, naukę, emerytury, renty, zasiłki i wiele innych rzeczy -
im więcej, tym bardziej "opiekuńcze". "Opieka" rodzi pozytywne skojarzenia, nic
więc dziwnego, że ktoś, kto występuje przeciw "opiekuńczemu" państwu traktowany
jest najczęściej jak osobnik pragnący odebrać nam bogatego wujka z Ameryki
przysyłającego nam regularnie grube pliki dolarów, albo pozbawić dziecko
kochających rodziców. Któż normalny występowałby przeciwko opiece? Fakt, że
WARUNKIEM KONIECZNYM tej "opieki" (w przeciwieństwie do opieki dobrowolnie
oferowanej przez osoby prywatne czy ich grupy) jest przymusowe zabranie w
podatkach, cłach, obowiązkowych ubezpieczeniach i inflacji pieniędzy tym
wszystkim, którzy są nią objęci (tym więcej, im "troskliwsza" jest ta
"opieka"), jest w języku ukrywany - nie mówi się o "państwie grabieżczym" ani
nawet "grabieżczo-opiekuńczym". "Opieka" państwa nad obywatelami ma więcej
wspólnego z "opieką" alfonsa nad prostytutką niż z powiedzmy opieką siostry PCK
nad chorym staruszkiem. Przyznajcie się jednak - które z tych skojarzeń jest
Wam bliższe, gdy słyszycie słowo "opiekuńczy"?
Gdy przychodzi do rozważań historycznych, przeciwieństwem "państwa
opiekuńczego" jest "dziki kapitalizm". Sformułowanie to zasługuje na szczególną
uwagę. Ponieważ słowo "dziki" ma dla większości ludzi wydźwięk negatywny
(wyjątkiem może być garstka zagorzałych ekologów-prymitywistów), automatycznie
przemycana jest w tym zwrocie sugestia, że pewien rodzaj kapitalizmu, który
jest przezeń opisywany, jest zły i niegodny cywilizowanego (nie-dzikiego)
człowieka. Nie jest to oczywiście oświecony kapitalizm współczesnego świata
ucywilizowany przez opiekuńcze państwo, lecz kapitalizm z poprzedniego wieku,
gdy takiego państwa jeszcze nie było. Wniosek jest prosty - czynnikiem
cywilizującym i dobroczynnym w kapitalizmie jest owo państwo. Gdyby nie ono,
żylibyśmy w dżungli. Kto zatem występuje przeciwko interwencjonizmowi państwa w
gospodarkę, jest orędownikiem barbarzyństwa, wsteczniakiem pragnącym cofnąć nas
znów do czasów, gdy panowało brutalne prawo silniejszego i bezwzględna walka na
kły i pazury, gdzie wszystkie chwyty były dozwolone. I tu następna sugestia:
teraz takich czasów nie ma!
(Na marginesie: nikt nie mówi o dzikim socjalizmie, choć z pewnością socjalizm
w wydaniu Lenina, Stalina, Mao czy Pol Pota był o wiele bardziej barbarzyński i
okrutny niż najbardziej bezwzględny kapitalizm).
Te parę przykładów pokazuje, jak język, z którym się stykamy i którym się
często sami posługujemy przesiąknięty jest etatystyczną ideologią. Nawet
krytycy