Gość: wild
IP: *.net.bialystok.pl
26.03.02, 18:05
http://www.nczas.com/?a=show_article&id=301
Jan Fijor
Socjaldemokrata Bush
Z głębokim żalem i zażenowaniem stwierdzam, że obecna administracja
konsekwentnie kontynuuje etatystyczne tradycje rządów Billa Clintona. Co
więcej, w sferze budżetowej i fiskalnej działania Clintona w porównaniu do
tego, co dzisiaj proponuje Kongres i prezydent George W. Bush, uchodzić mogą za
ultrakonserwatywne...
George W. Bush został prezydentem dlatego, że w czasie kampanii wyborczej
odcinał się od etatyzmu swojego poprzednika. Miało to polegać m.in. na
wprowadzeniu bonów oświatowych, czyli prywatyzacji systemu powszechnej
edukacji, a także częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego, słowem na
eliminowaniu państwa tam, gdzie jest ono zbyteczne czy wręcz szkodzi. Tymczasem
już po roku prezydentury widać, że ani bonów oświatowych, ani prywatnej
emerytury nie będzie. Utrzymywanie kulejącego status quo kosztuje krocie i choć
efektów nie widać, prezydenta to nie zraża. Byle zadowolić związek nauczycieli
i potężne lobby oświatowe, a to, że już dzisiaj co drugi absolwent szkoły
powszechnej nie umie czytać czy pisać, a jeśli nawet umie, robi to niechętnie,
to jakby prezydenta mniej obchodzi.
Podobnie jest z ochroną zdrowia. Entuzjazm z jakim prezydent George W. Bush
opowiedział się za tzw. kartą praw pacjenta, która jest niczym innym jak nową
nazwą dla poszerzenia kontroli państwa nad opieką medyczną, pozwala
podejrzewać, że do upaństwowienia służby zdrowia pozostało naprawdę niewiele.
Na razie "karta" doprowadziła do potężnego wzrostu cen ubezpieczeń.
Do tego arsenału etatyzmu dodał Bush - w tegorocznym przemówieniu o stanie
państwa - obietnicę realizacji (przez rząd, a jakże) zdrowej polityki rolnej,
która ma zapewnić warunki produktywności dla rolnictwa.
Wprawdzie to nie George W. Bush, lecz Kongres decyduje o zmianach
legislacyjnych, jednakże przy tak ogromnym poparciu społecznym (od pięciu
miesięcy nie spada ono poniżej 80 proc.) prezydent mógłby praktycznie zrobić co
zamarzy, a raczej co obiecał, że uczyni. Co gorsza, w obliczu afery
spółki "Enron" prezydent odgraża się, że wprowadzi rządową kontrolę nad
prywatnymi kontami emerytalnymi, które - bez pomocy państwa - podzielą rzekomo
los funduszy emerytalnych pracowników "Enron�a". Opieka państwa jest, jak
wiadomo, kosztowna. Budżet rośnie. Urzędnicy zawsze znajdą uzasadnienie dla
marnotrawstwa publicznego grosza...
Reformy... na gorsze
Jednym z nielicznych osiągnięć administracji Clintona była reforma systemu
zasiłków socjalnych. Zmobilizowała ona ponad milion osób, znajdujących się
dotąd na garnuszku państwa, do pracy. Nie tylko więc spadły wydatki na zasiłki
(welfare), ale też ogromna ilość ludzi wróciła do normalnego życia, porzucając
uwłaczający ich godności status niewolnika, spadła przestępczość, poprawił się
status materialny najbiedniejszych. Prezydent chce i to zmienić.
Prowokowany przez adwokatów polityki uzależniania ludzi od państwa, przebąkuje
o konieczności podwyższenia zasiłków i złagodzenia kryteriów ich przyznawania.
Preludium do zwiększonego "socjalu" była jego entuzjastyczna wręcz aprobata,
wysmażonej przez najbardziej lewicowych senatorów - w celu kokietowania
związków zawodowych i "ludzi pracy" - z Kennedy�m i Daschle na czele, ustawy
wydłużającej okres otrzymywania zasiłku dla bezrobotnych z 13 do 26 tygodni.
O zmianie ustawy o finansowaniu kampanii wyborczej pisałem przed paroma
tygodniami. Wprawdzie nie dotyczy ona kampanii prezydenckiej, jest mimo
wszystko głęboką reformą systemową, zagrażającą wręcz konstytucyjnym
fundamentom kraju. Prezydent, który w czasie kampanii wyborczej - proponowanej
przez swojego oponenta, Johna McCaina - ud reformy się odcinał, nagle godzi się
na jej ustanowienie. Mógłby przynajmniej postawić weto albo chociażby zagrozić,
że je postawi. Tym bardziej że w trakcie kampanii wielokrotnie powoływał się na
wierność konstytucji. I znowu, przy tak ogromnym poparciu społecznym jego głos
zostałby bez wątpienia wysłuchany. Nic z tego, on ją przyjmuje, ponieważ taka
jest wola kongresowej lewicy.
Co prawda Bush ma na swoim koncie ogromną, jak na dzisiejsze czasy obniżkę
podatków, w rzeczywistości cięcia podatkowe wprowadzone w ramach nowej ustawy
podatkowej są pozorne, a większość z nich zacznie (albo i nie zacznie)
obowiązywać za trzy do pięciu lat. Na razie, nawet te trzysta dolarów wręczone
podatnikowi rok temu, ma raczej charakter symboliczny. Powiększono natomiast
aparat fiskalny, wyposażając go w nowe, sprawne środki ścigania podatników.
Protekcjonizm
Już w pierwszych tygodniach od objęcia Białego Domu, prezydent George W. Bush,
a także jego minister sprawiedliwości, John Ashcroft sugerowali konieczność
szybkiego zakończenia niepotrzebnego procesu przeciwko firmie Microsoft, co
miało być wyrazem prorynkowego nastawienia nowego rządu. Jednakże w miarę
upływu czasu, rozsądek oraz zrozumienie realiów ekonomicznych ustępowały
wrogości nowej administracji wobec software�owego giganta. Dzisiaj zapowiada
się, że nastawienie prezydenta Busha nie różni się wiele od stanowiska
reprezentownego przez Clintona. Zarzucane mu przez lewicę
sympatie "wielkoprzemysłowe" wyparowały. W ich miejsce pojawił się czystej wody
interwencjonizm.
Tarcica nie jest atrakcyjnym tematem do publicznej dyskusji, toteż zeszłoroczne
decyzje odnośnie wprowadzenia przez Departament Handlu nowych, konfiskacyjnych
ceł na import "drewna budowlanego" przeszły niemalże niezauważone. Bezpośrednim
powodem wprowadzenia podwyższonych ceł na tarcicę była ekspansjonistyczna
polityka eksportowa oraz rzekome dumping ze strony producentów drewna z Kanady,
a także troska o los pracowników przemysłu drzewnego. W konsekwencji jednak
podrożenie importu doprowadziło do podniesienia ceny drewna konstrukcyjnego o
co najmniej 30 proc. Większość tych dodatkowych pieniędzy wyląduje w
kieszeniach bogatych spółek amerykańskich, którym administracja zafundowała -
nie wiadomo dlaczego - kosztowny prezent.
Za droższe budynki i domy zapłaci przemysł budowlany, pośrednio cały naród. W
konkretnych liczbach oznacza to spadek liczby nowo budowanych domów o ponad 72
tys. sztuk. Co najmniej tyle osób odstąpi - wskutek wyższych cen - od decyzji
kupna nowego domu. Wprawdzie udział tarcicy w budownictwie mieszkaniowym
systematycznie spada, podniesienie jej ceny wpłynie siłą rzeczy na cenę
materiałów zastępczych takich, jak aluminium czy stal.
A skoro jesteśmy przy stali, to szczytem protekcjonizmu jest ogłoszona kilka
dni temu "blokada" celna importu do Stanów Zjednoczonych stali. Co prawda z ceł
zaporowych zwolnieni są producenci stali z Kanady i Meksyku oraz kilku
pomniejszych krajów, główni eksporterzy stali na amerykański rynek: Brazylia,
Rosja, Korea czy Ukraina na wprowadzonych restrykcjach ucierpią znacznie.
Formalnie cła wprowadzono w trosce o ludzi pracy amerykańskiego przemysłu
stalowego, de facto jednak uderzono we wszystkich obywateli, którzy za wyroby
stalowe będą płacić znacznie więcej. Wylano w ten sposób dziecko z kąpielą. Dla
gospodarki jako całości wyższe cła będą miały skutek negatywny, doprowadzając
do totalnej podwyżki cen, do inflacji. Nie trzeba być biegłym w ekonomii, żeby
wiedzieć, że taka polityka nie tylko nie przysporzy nowych stanowisk pracy,
lecz wręcz doprowadzi do eliminacji miejsc istniejących. Przy okazji dojdzie do
powstania niepotrzebnych napięć w stosunkach zagranicznych. Wszak polityka ta
stoi w rażącej sprzeczności do obowiązujących w ramach WTO (World Trade
Organization) umów i porozumień.
Nie skorzysta na tym nawet sam prezydent, który spodziewa się, że protekcjonizm
przyniesie mu głosy związkowców. George W. Bush zapomina chyba, że związkowcy
to przecież niewielki procent jego elektoratu. Powiem więcej, jeśli ci ludzie
staną przed wyborem Gore (lub John Kerry czy nowa