tyu
05.04.02, 17:44
Nurni'emu
Ileż to lat!
Pamiętam Sylwestra, który miał wszelkie szanse, by stać się najbardziej udanym
Sylwestrem w moim życiu, kiedy to z bratem kolegi ze studiów - organizatora
imprezy - jeszcze z wieczora urwaliśmy się od wstępnie wesołego grona, by
gdzieś w pokoju na uboczu odszukać stół - niewymiarowy, ale całkiem przyzwoitej
wielkości - po czym, znalazłszy, rozpięliśmy na nim siatkę i zaczęlimy stukać:
ja - perfidny komuch już wtedy i leń na dodatek, dążący zawsze do maksimum
efektu przy minimum fatygi - podkręcałem w lewo, ale potem dla odmiany w prawo,
w górę lub w dół - nieregularnie - tak, że tamtemu pozostało już tylko możliwie
mocno ścinać.
Zabawa zapowiadała się przednia, tym bardziej, że przy tak różnych stylach,
siły były dość wyrównane - niestety, po kilkunastu minutach, a może po pół
godzinie lub więcej - czas mijał szybko - tamci przypomnieli sobie widać o nas,
a może to my stukaliśmy za głośno, dość, że przylecieli, odebrali rakietki - a
dziewczyny szczególnie się tu wyróżniły in minus, nijak przecież było szarpać
się z nimi - i siatkę zdjęli, na diabła nam już zresztą ona była bez rakiet i
piłki.
Kazali się bawić - bawić!!!
Jakbyśmy wcześniej robili cokolwiek innego.
Ale dla niektórych nawet zabawa musi być sztywna, równa i zgodna z przyjętymi
procedurami oraz powszechnie akceptowanymi zasadami współżycia społecznego:
dowcipas, tańce, kielich, tańce, uśmiech, odwzajemniony, sałatka, tańce,
szynka, cola, tańce...
Chyba dwa lata później spędzałem Sylwestra z gronem o zbliżonym składzie w
górach na wsi, gdzie też - choć z zupełnie innych przyczyn - mogło być
wspaniale, mimo, że proceduralnie znormalizowany początek bynajmniej tego nie
zapowiadał; zasilenie składu bawiących się przez tamtejszych równolatków - płci
zresztą obojga, co miało oczywiście znaczenie samo w sobie - też tego w
istotnym stopniu nie zmieniło. Dla mnie zabawa zaczęła się naprawdę w praktyce
dopiero wtedy, gdy dla innych zdecydowanie się skończyła: podczas powrotu z
Pasterki, na którą i ja - choć już wówczas perfidny komuch - poszedłem,
iluminacją jakąś, czy może wręcz przeciwnie - zaćmieniem umysłu - powiedziony,
mimo, że droga w las przecież była tuż obok i zapowiadała znacznie większe
atrakcje, niż droga do Kościoła - tym większe, im mniejsze grono w ten las
poszłoby: nie większe, niż dwuosobowe - banał, ale najlepiej jedno-, czyli ja -
i to już może wydawać się dziwne, ale tak było.
Podczas powrotu jedna z koleżanek - towarzyszek zabawy podeszła do mnie i
poprosiła, bym jej coś opowiedział, bo inaczej zaśnie po drodze, w związku z
czym opowiedziałem jej o szykach ciężkozbrojnych wojsk greckich oraz o
różnicach między nimi a szykami piechoty rzymskiej, uzupełniając to opisem
rynsztunku bojowego tychże i sądząc, że będzie to dawka zabójcza dla proszącej
o takie coś pod takim pretekstem. O dziwo, nie była - co sprawiło, że zacząłem
ją postrzegać tak jakby trochę inaczej, niż przedtem i zabawę podczas powrotu
mieliśmy nadspodziewanie dobrą.
Wiele jeszcze razy było tak, że sytuacje, które mnie bawiły - dla innych były
nudne, przykre, niezrozumiałe... Może to skutek mojego - wielce specyficznego i
często mało strawnego dla otoczenia - poczucia humoru, każącego mi widzieć tym
większy powód od śmiechu, im sytuacja jest bardziej paradoksalna? Choć czasami
też - i wcale nie musi to być sprzeczne z pierwszym czynnikiem - bywa to
satysfakcja badacza, wynikająca z precyzyjnego przewidzenia rozwoju sytuacji,
który to rozwój coś tam ma wykazać - większa, niż ewentualne opresje z sytuacji
tej wynikające. Coś takiego, jak radość wulkanologa, któremu udało się
precyzyjnie obliczyć czas i miejsce wybuchu, więc koniecznie chce ten wybuch
zobaczyć z możliwie bliskiej odległości.
Oczywiście, tej precyzji przewidywania faktów wielokrotnie nie udało mi się
osiągnąć. Z całą pewnością stało się tak co najmniej raz: dziewczyna, z którą
znajomość rozpocząłem od zanudzania jej hoplitami i innymi grecko-rzymskimi
cudakami, w wyniku tych działań została moją żoną. Nieco później, oczywiście.
Czy ktoś z was ma podobne wspomnienia? Oraz pogląd na to, co jest, a co nie
jest dobrą zabawą. Czy w ogóle można to zdefiniować i zadekretować?