Casus arcybiskup Juliusz Paetz. Świadectwo

08.04.02, 17:39
Arcybiskup Juliusz Paetz mówił o oskarżycielach „bez nazwiska, bez imienia i
bez twarzy”

Oto rozmowa z jednym z nich

Świadectwo
Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI




ADAM KAMIŃSKI: – Ojciec Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego z
urzędu. Co oznacza ta papieska decyzja? Czy rozstrzyga o prawdziwości
stawianych Arcybiskupowi zarzutów?
KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W oficjalnym komunikacie Stolicy Apostolskiej nie
powiedziano nic więcej, jak tylko to, że Ojciec Święty przyjął rezygnację
Metropolity Poznańskiego. Rozumiem, że decyzję tę podjęto „z wielką rozwagą i
odpowiedzialnością, w trosce o prawa wszystkich” – jak to 23 lutego br.
zapowiedział rzecznik Stolicy Apostolskiej.
– Ksiądz Arcybiskup Juliusz Paetz napisał list do wiernych Archidiecezji, w
którym stwierdza: „Zaprzeczam wszystkim faktom podawanym w mediach i
jednocześnie zapewniam Was, że jest to nadinterpretacja moich słów i zachowań”.
Podobny sens miała jego wypowiedź w Wielki Czwartek w Katedrze Poznańskiej. Czy
Ksiądz Profesor, działając w tej sprawie, zawsze był pewien jego winy? Może
rzeczywiście Metropolita dopuścił się jedynie niewinnych gestów, źle
interpretowanych przez otoczenie oraz przez media, jak zawsze żądne sensacji?
– Nie jest mi łatwo o tym mówić. W całej tej sprawie nie zamierzałem wypowiadać
się publicznie. Przyjąłem i konsekwentnie stosowałem zasadę, że do czasu jej
rozwiązania nie udzielam żadnych wypowiedzi mediom. Jest to zatem moja pierwsza
publiczna wypowiedź na ten temat – podkreślam: pierwsza. Czuję się w sumieniu
zobowiązany otwarcie i publicznie powiedzieć, co się stało. Powiem wyłącznie o
rzeczach, o których wiem, a nie o takich, których się jedynie domyślam.
I muszę z całą odpowiedzialnością dodać jeszcze jedno: nie mówię jedynie we
własnym imieniu. Występuję jako rzecznik osób, które sprawa dotknęła bardziej
bezpośrednio i o wiele boleśniej niż mnie samego, które jednak same nie chcą
wypowiadać się w mediach. Wiem, że jestem do takiej wypowiedzi uprawniony.


NA DRODZE EWANGELII


Dla mnie sprawa zaczęła się jesienią 1999 roku. Poinformował mnie o niej rektor
Seminarium poznańskiego ks. Tadeusz Karkosz. On z kolei pewnego dnia dowiedział
się o sytuacji, jaka w żadnym wypadku nie powinna mieć miejsca w relacjach
biskupa z klerykiem. Okazało się bardzo prędko, że nie była to jedyna taka
sytuacja. Problem w Seminarium był już w tym momencie bardzo głęboki. Ja jestem
poprzednikiem obecnego rektora Seminarium, rozmawialiśmy więc o tym, co robić.
Wszystko, co następnie w tej sprawie wespół z nim zrobiłem, służyło temu, aby
położyć kres tego typu nagannym sytuacjom. Działo się to na drodze wskazanej
przez Ewangelię: od rozmowy w cztery oczy, przez szukanie pomocy u osób
odpowiedzialnych, aż po powiedzenie o całej sprawie Kościołowi. Wiele osób
stale modliło się też i pościło w tej sprawie – i zapewne będą to czynić nadal.
Bardzo dbaliśmy o to, aby rzecz nie przedostała się do prasy. Ubolewam, iż do
tego doszło. Skądinąd jednak, znając mechanizmy działające w świecie – nie
dziwię się, że prasa w końcu się tym zajęła. To oczywiste: dzieje się coś
niepokojącego, więc media zaczynają się tym interesować i zbierać materiały. To
nie była przecież sprawa, o której wiedziała jedna czy dwie osoby. Seminarium
jest dużą wspólnotą, w której coś tak istotnego trudno ukrywać.
– O co konkretnie chodziło?
– Kleryk, o którym wspomniałem, został zaproszony indywidualnie przez Księdza
Arcybiskupa do jego rezydencji i tam pojawiły się pewne gesty, które zostały
przezeń odebrane jako sygnały homoseksualne i wywołały odruch obrzydzenia.
Młody człowiek wrócił roztrzęsiony i z płaczem powiadomił o tym ojca duchownego
w Seminarium. Ojciec duchowny doradził mu poinformować rektora. Jak
wspomniałem, okazało się, że nie było to jedyne tego rodzaju zdarzenie. Ksiądz
Arcybiskup pod różnymi pretekstami zapraszał kleryków za pośrednictwem rektora
Seminarium, który niczego nie podejrzewał. Do rektora dotarło wtedy, że jest
przez kleryków podejrzewany o współdziałanie w czymś, co nie powinno mieć
miejsca.
Ksiądz rektor Karkosz zwrócił się wtedy o radę do biskupów pomocniczych.
Wysłuchali go, ale w niczym nie pomogli. W tej sytuacji rektor na początku
grudnia 1999 zdecydował się na osobistą rozmowę z Księdzem Arcybiskupem.
Ujawnił przed nim swoją wiedzę i stanowczo poprosił o natychmiastowe
zaprzestanie tego typu działań. Arcybiskup długo milczał, po czym zapytał: „I
co? Mam wyciągnąć z tego wnioski?” Padła odpowiedź: „Tak!”


WYDARZYŁY SIĘ RZECZY NIEDOPUSZCZALNE


– Czy postępowanie Arcypasterza zmieniło się?
– Nie. Podobne fakty znów się powtarzały, a wiedza o nich rozszerzała się. Do
Księdza Arcybiskupa udał się prof. Maciej Giertych, słynący ze swej odwagi
cywilnej, a zarazem cieszący się wielkim zaufaniem wielu ludzi Kościoła. W
lutym 2000 r. doszło do ich rozmowy i profesor powiedział Arcybiskupowi wprost,
że występuje w imieniu katolików świeckich, którzy sobie nie życzą, aby
dochodziły do nich takie informacje o ich pasterzu i jego relacjach z
seminarzystami.
Ponieważ sprawa dotyczyła studentów Uniwersytetu, o tym, co się stało i o moich
działaniach w tej sprawie, informowałem także jego rektora, prof. Stefana Jurgę.
– Jak dużą grupę kleryków objęły te zaproszenia ze strony Metropolity?
– Choć chodziło o kilkanaście osób, to wiedzieli o tym niemal wszyscy klerycy,
co fatalnie wpływało na atmosferę w Seminarium, a także roznosiło się po
diecezji.
– Jak często Ksiądz Arcybiskup zapraszał kleryków?
– Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi. Ksiądz Arcybiskup zobowiązywał kleryków
do zachowania tych odwiedzin w tajemnicy. Podczas wizyt proponował różne
prezenty. Tym, których zapraszał, podawał prywatny numer telefonu komórkowego.
Telefon ten służył do umawiania się z Arcybiskupem, z pominięciem wszystkich
pośredników. Metropolita proponował też klerykom natychmiastowe przejście
na „ty”.
Mimo takiej tajemniczości wiem, że wydarzyły się rzeczy niedopuszczalne.
Relacje niektórych osób dotkniętych działaniami Księdza Arcybiskupa zawierają
szczegóły, o których nie chcę mówić publicznie dla dobra wszystkich
pokrzywdzonych, łącznie z Księdzem Arcybiskupem. Dlatego nie należy się dziwić,
że najbardziej boleśnie dotknięci klerycy i księża nie wypowiadają się na ten
temat osobiście i publicznie. Wobec tego, co przeżyli, mają tym większe prawo
do zachowania w dyskrecji swoich imion i przeżyć. Ale informacje te pod
przysięgą przedstawili w świadectwach złożonych Nuncjuszowi Apostolskiemu i
delegatom Ojca Świętego. To nie są rzeczy, które można określić jedynie
jako „nadinterpretacje”.
– W mediach pojawiły się informacje, że watykańskie śledztwo w sprawie
Arcybiskupa Poznańskiego nie znalazło dowodów jego winy. Ponoć w Watykanie
uważa się, że Arcybiskupowi można zarzucić tylko pewne „niewłaściwe” zachowania.
– Klerycy i kapłani dotknięci działaniami Księdza Arcybiskupa złożyli
zaprzysiężone zeznania na ręce osobistych delegatów Ojca Świętego. Ojciec
Święty nie komunikuje światu wyników tego rodzaju badań za pośrednictwem
przecieków z „dobrze poinformowanych źródeł watykańskich”, a już na pewno nie
za pośrednictwem takich gazet jak „La Repubblica”, na którą w związku z tym się
powoływano. Uważam za nieodpowiedzialne zarówno publikowanie tego rodzaju
przecieków, jak też nakierowanie sensacyjnego zainteresowania mediów na
liturgię Wielkiego Czwartku w poznańskiej Katedrze.
Nie bardzo rozumiem, na czym opiera się rozróżnienie „winy” i „niewłaściwego
zachowania”. Jeśli ktoś, kto ponosi wielką odpowiedzialność publiczną,
zachowuje się tak, że jego działania odbierane s
    • don_carpio Re: Casus arcybiskup Juliusz Paetz. cd 08.04.02, 17:43
      Nie bardzo rozumiem, na czym opiera się rozróżnienie „winy” i „niewłaściwego
      zachowania”. Jeśli ktoś, kto ponosi wielką odpowiedzialność publiczną,
      zachowuje się tak, że jego działania odbierane są jako niestosowne albo wprost
      gorszące, zaciąga tym samym publiczną winę.


      SPRAWA SUMIENIA / DO RĄK WŁASNYCH


      – Jakie były kolejne działania mające na celu ochronę studentów Seminarium?
      – Wraz z ks. Karkoszem wybraliśmy się do jednego z biskupów pomocniczych.
      Zaproponowaliśmy, aby biskupi pomocniczy poszli do Księdza Arcybiskupa na
      rozmowę – ewentualnie wraz z grupą księży zorientowanych w problemie.
      Wyraziliśmy też gotowość uczestniczenia w takiej grupie. Biskup stwierdził, że
      musi to skonsultować z pozostałymi biskupami, po czym odpowiedział, że nie ma
      takiej potrzeby.
      Po tej bezskutecznej próbie, pod koniec sierpnia 2000 r. w grupie księży i osób
      świeckich zdecydowaliśmy napisać list do Stolicy Apostolskiej. Zwracaliśmy w
      nim uwagę na sytuację, jaka powstała w Archidiecezji, i na zagrożenie skandalem
      medialnym. Osobiście pojechałem z tym listem do Rzymu. Wiadomość została
      przyjęta bardzo poważnie. List był zaopatrzony w podpisy osób odpowiedzialnych,
      włącznie z podpisem rektora Seminarium.
      Tak się złożyło, że podczas tej podróży spotkałem kard. Josepha Ratzingera,
      prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Kiedy postawił mi pytanie, po co o tej porze
      wybrałem się do Rzymu, szczerze powiedziałem mu o celu mojej wizyty. Informację
      przyjął z wielką powagą. Kardynał zaprosił mnie wtedy na rozmowę do swojego
      biura, jednakże wówczas rozmowa ta okazała się niemożliwa.
      W gronie autorów listu spodziewaliśmy się rozwiązania sprawy zimą 2000/2001.
      Gdy to nie nastąpiło, a pojawiło się kolejne świadectwo kleryka o nagannym
      postępowaniu Księdza Arcybiskupa, w marcu 2001 poprosiłem kard. Ratzingera o
      rozmowę. Gdy zapytałem, co robić, Kardynał odpowiedział: proszę napisać do
      kard. Angelo Sodano, sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Wówczas wraz z
      rektorem Seminarium napisaliśmy taki list. Po trzech tygodniach zwrócił się do
      nas Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk, Nuncjusz Apostolski, zapraszając na
      rozmowę. Poprosił podczas niej o przekazanie w formie pisemnej zeznań osób
      poszkodowanych. Na początku maja 2001 zawiozłem do nuncjatury kilka świadectw i
      osobiście wręczyłem je Księdzu Arcybiskupowi Kowalczykowi. Byłem przekonany, że
      sprawa zostanie dokładnie zbadana i że zapewne dojdzie do konfrontacji pomiędzy
      Arcybiskupem a osobami, które złożyły zeznania. Tak się nie stało.
      W sierpniu 2001 r. pojawiła się pierwsza publikacja na ten temat w „Faktach i
      Mitach”. Choć to antykościelne pismo nie jest wiarygodne, był to ostateczny
      sygnał, że – mówiąc obrazowo – „zupa jest rozlana” i coś trzeba zrobić. Wielu
      oczekiwało, że sprawa tej publikacji zostanie wyjaśniona na drodze sądowej.
      Archidiecezja Łódzka, która wygrała proces z „Faktami i Mitami”, pokazała, że
      to jest możliwe.
      We wrześniu 2001 ks. rektor Karkosz odbył na własną prośbę ponowną rozmowę z
      Księdzem Arcybiskupem prosząc go o ograniczenie kontaktów z klerykami. Ksiądz
      Arcybiskup przystał na te warunki Rektora.
      W tym samym czasie postanowiliśmy zwrócić się do delegacji polskich biskupów
      udających się do Rzymu na zgromadzenie Synodu Biskupów. Tematem synodu była
      właśnie posługa biskupa. List ten nie był interwencją w sprawie Księdza
      Arcybiskupa Paetza, ale był zwróceniem uwagi na ten rodzaj problemu w Kościele.
      W jednym zdaniu informowaliśmy o tym, co nas skłoniło do prośby o zastanowienie
      się nad sprawą obrony Kościoła lokalnego przed szkodami wyrządzanymi mu przez
      jego biskupa. List ten w podwójnej kopercie z dopiskiem „sprawa sumienia / do
      rąk własnych” otrzymało czterech delegatów Konferencji Episkopatu – Księża
      Arcybiskupi: Tadeusz Gocłowski, Józef Michalik i Henryk Muszyński oraz Ksiądz
      Biskup Antoni Pacyfik Dydycz. Kopia listu została wysłana do Nuncjusza
      Apostolskiego w Warszawie.
      – W jaki sposób ten list został wykorzystany?
      – Trudno mi powiedzieć. Od Księdza Arcybiskupa Michalika dostałem kartkę z
      zapewnieniem, że powierza tę sprawę Panu Bogu w modlitwie. Natomiast Nuncjusz
      Apostolski kopię tego listu przesłał do Księdza Arcybiskupa Paetza. Arcybiskup
      wezwał sygnatariuszy listu, by potwierdzili autentyczność swoich podpisów pod
      tym listem. Niedługo potem poznańscy biskupi pomocniczy napisali do tych samych
      adresatów list dyskredytujący nasze działania.


      CZY MUSIMY TO PODPISYWAĆ?


      – Gazety pisały o „ważnej osobie z Krakowa”, która zawiadomiła Ojca Świętego.
      Dla znawców procedur kościelnych wydaje się to dość nieprawdopodobne. Ojciec
      Święty jest przecież regularnie informowany o wszystkich ważnych problemach
      przez swoich współpracowników.
      – „Ważna osoba z Krakowa” informowała Ojca Świętego dwukrotnie – w październiku
      i listopadzie 2001.
      Tak się złożyło, że w październiku był we Włoszech również Ksiądz Arcybiskup
      Paetz. W dwa dni po jego powrocie z Rzymu zostało nagle zwołane nadzwyczajne
      zebranie księży dziekanów, na którym zwrócił się on do nich o braterską
      pomoc: „wobec ataku na jego osobę i Kościół” – dając do zrozumienia, że chodzi
      o teksty z „Faktów i Mitów” sprzed dwóch miesięcy. Zostawił zebranych z
      biskupami pomocniczymi, a ci z kolei przedstawili dziekanom przygotowany
      wcześniej tekst oświadczenia. Mówiło ono, że od pewnego czasu pewna grupa osób
      w diecezji rozpuszcza pomówienia na temat Księdza Arcybiskupa. Jego zasługi są
      powszechnie znane. Biskupi pomocniczy i dziekani wyrażają swą pełną solidarność
      z pomówionym. Wzywają do modlitwy za osoby, które ze złej woli lub wprowadzone
      w błąd rozpowszechniają takie wiadomości.
      Jeden z dziekanów zapytał: „Czy my musimy to podpisywać?” i usłyszał
      odpowiedź: „Tak!” – wraz z zapewnieniem, że chodzi o obronę przed atakiem
      prasowym, a nie o rozstrzygnięcie zarzutów wobec Księdza Arcybiskupa. Wszyscy
      obecni podpisali, a nieobecnych następnego dnia odwiedzali biskupi pomocniczy,
      zbierając i od nich podpisy. Podpisujących poinformowano, że oświadczenie to
      będzie czytane w najbliższą niedzielę we wszystkich kościołach. Jednak w sobotę
      decyzja o odczytaniu została odwołana. Tekst oświadczenia został natomiast tego
      samego dnia dostarczony do Rzymu. Jestem przekonany, że właściwym celem, dla
      którego oświadczenie powstało, było przeciwdziałanie informacjom przekazanym
      przez „ważną osobę z Krakowa”.
      W następnych dniach czterech dziekanów złożyło rezygnację z urzędu,
      uzasadniając to sprawą oświadczenia. Ich rezygnacje zostały przyjęte. Kilku
      innych dziekanów napisało prośbę o wyjaśnienia w tej sprawie. O ile wiem, dotąd
      żadnych wyjaśnień nie otrzymali.
      W tych samych dniach rezygnację z wszystkich urzędów kościelnych złożył i
      gruntownie uzasadnił ks. prof. Romuald Niparko, wikariusz biskupi ds.
      katechizacji. Był to dla wielu bardzo czytelny, w pewnym sensie przełomowy,
      znak odwagi sumienia.
      W połowie listopada ub. r. jeden z biskupów pomocniczych wezwał ks. Jacka
      Stępczaka, redaktora naczelnego „Przewodnika Katolickiego”, poprzednio prefekta
      Seminarium. Był on jednym z tych księży, którzy podpisali wszystkie poprzednie
      listy informujące o postępowaniu Arcybiskupa. Ksiądz Stępczak został poproszony
      o publikację oświadczenia dziekanów w „Przewodniku Katolickim”. Odmówił,
      wyjaśniając, że jest to niezgodne z jego sumieniem. Tego samego wieczora został
      zwolniony ze stanowiska. Trzeba jednak wyjaśnić, że rok wcześniej ks. Stępczak
      złożył prośbę o zgodę na poświęcenie się pracy w neokatechumenacie. Ksiądz
      Arcybiskup wręczył mu zatem tego samego wieczora decyzję pozwalającą pracować w
      neokatechumanacie, ale poza terenem Archidiecezji
      • don_carpio Re: Casus arcybiskup Juliusz Paetz. cd 08.04.02, 17:47
        Trzeba jednak wyjaśnić, że rok wcześniej ks. Stępczak złożył prośbę o zgodę na
        poświęcenie się pracy w neokatechumenacie. Ksiądz Arcybiskup wręczył mu zatem
        tego samego wieczora decyzję pozwalającą pracować w neokatechumanacie, ale poza
        terenem Archidiecezji Poznańskiej. Z woli wspólnoty neokatechumenalnej ks.
        Stępczak obecnie znajduje się w Zambii.
        Tego samego wieczora, 15 listopada 2001, inny biskup pomocniczy przybył do
        Seminarium, gdzie w czasie Mszy św. wygłosił kazanie o stosunku kleryka do
        swego biskupa, jako uobecniającego Chrystusa. Przeczytał też w trakcie tego
        kazania oświadczenie biskupów pomocniczych i dziekanów. W Seminarium wywołało
        to potężne napięcie. Zachowanie księdza biskupa pozostawało w jawnej
        sprzeczności z tym, co wielu kleryków przeżyło na własnej skórze.
        Wtedy „ważna osoba z Krakowa” znów przekazała w Rzymie listy z opisem tych
        wszystkich faktów. Pisaliśmy, że nie rozumiemy działania naszych biskupów.
        Krótko potem Ojciec Święty podjął decyzję o wysłaniu do Poznania swych
        osobistych delegatów. Przyjechali w końcu listopada. Głównym delegatem był ks.
        infułat Antoni Stankiewicz, sędzia Roty Rzymskiej, a towarzyszył mu ks. prałat
        Ryszard Selejdak z Kongregacji Wychowania Katolickiego. Zjedli najpierw kolację
        u arcybiskupa, ale odmówili skorzystania z mieszkania u niego, udając się do
        Seminarium. Tam podczas Mszy św. przedstawili się jako osobiści delegaci Ojca
        Świętego. Ogłosili, że ktokolwiek chciałby przekazać Ojcu Świętemu informację
        lub świadectwo, jest proszony na rozmowę, która będzie otoczona pełną
        dyskrecją. Od piątku 30 listopada do poniedziałku 3 grudnia 2001 delegaci
        prowadzili intensywne rozmowy, a każdej z nich towarzyszył dokładny i
        zaprzysiężony protokół. Rozmawiali nie tylko z klerykami, ale także z wieloma
        kapłanami i osobami świeckimi. Przed wyjazdem chcieli spotkać się z Księdzem
        Arcybiskupem, ale on odmówił. Od tego momentu można było oczekiwać decyzji
        papieskiej. Była ona oczekiwana z wielką niecierpliwością – i trudno się temu
        dziwić.


        TO NIE MEDIA, TO ARCYBISKUP


        – Jak Ksiądz ocenia publikacje prasy na ten temat?
        – Wypowiedzi poważnych gazet i tygodników w większości zachowały umiar. Nie
        wydają też wyroku, ale przeciwnie, oczekują go od kompetentnych instancji.
        Jasne, że każdy publicznie obwiniony ma prawo do obrony i do przedstawienia
        prawdy tak, jak ją sam widzi. Jednakże osoba publiczna nie może się dziwić, że
        o jej działaniach mówi się publicznie. Musi też wiedzieć, że oceniane są
        właśnie publiczne skutki jej działań, a nie jej osobiste zamiary. Nawet
        największe zasługi nie chronią przed ujawnieniem skutków złych zachowań.
        – Jak zdaniem Księdza Profesora powinno zachować się bezpośrednie otoczenie
        Arcybiskupa?
        – To dotyczy najpierw jego samego, a potem jego otoczenia. W mojej osobistej
        rozmowie z Księdzem Arcybiskupem Paetzem w dniu 22 listopada 2001 powiedziałem
        między innymi: „Księża Biskupi, którzy powodują niepokój sumień albo wręcz
        łamią sumienia, utracili mandat moralny do przewodzenia Kościołowi
        poznańskiemu”. Ksiądz Arcybiskup zapytał: „Biskupi pomocniczy?”
        Odpowiedziałem: „Ksiądz Arcybiskup i biskupi pomocniczy”. Usłyszałem, że taki
        osąd nie należy do mnie. Zgodziłem się z tym, ale powiedziałem, że przedstawiam
        opinię własną i wielu innych, bo trzeba ją znać. Oczywiście powód, dla którego
        taka opinia odnosi się także do biskupów pomocniczych jest zasadniczo inny niż
        w odniesieniu do Księdza Arcybiskupa.
        W tej samej rozmowie powiedziałem też: „Wiem, z kim na ziemi się zmierzyłem” –
        akcentując słowa „na ziemi”. Usłyszałem: „Ja też wiem”. Na tym Ksiądz
        Arcybiskup rozmowę zakończył.
        Jeśli chodzi o biskupów pomocniczych, to rozumiem, że mechanizmy podległości w
        Kościele są takie, że trudno się im przeciwstawić. Rozumiem też, że w Polsce
        utrwalił się stereotyp mówiący, że biskup pomocniczy ma tylko pomagać biskupowi
        diecezjalnemu i nic więcej. Są jednak sytuacje, w których od każdego
        chrześcijanina wymaga się więcej. Jeśli temu wymaganiu nie odpowiemy, bierzemy
        na siebie odpowiedzialność za wszystkie skutki.
        – Czym jest motywowana taka postawa? Może wynika z przekonania, że dobrego
        imienia Kościoła należy bronić za wszelką cenę? Nikt nie ogłasza publicznie, że
        np. jego ojciec zachowuje się niegodnie, chociażby była to prawda. Gdzie jest
        więc dobro Kościoła i jak je w podobnych sytuacjach należy definiować?
        – Jest to problem, który ta sprawa powinna postawić. Czy rzeczywiście dobro
        Kościoła wymaga, aby takie rzeczy nigdy nie wychodziły na światło dzienne?
        Dobro Kościoła wymaga, żeby do takich rzeczy nie dochodziło. Natomiast jeśli
        są, to jak najszybciej należy je rozwiązać. Oczywiście, lepiej bez dyskusji
        publicznej. W tym wypadku jednak sprawę upubliczniły nie tyle media, ile
        wcześniej zrobił to sam Arcybiskup swoim zachowaniem. Media nadały tej sprawie
        jednak nierównie szerszy zasięg i siłę. Trzeba sobie w związku z tym zdać
        sprawę, w jakim świecie żyjemy: jak szybko i jak skutecznie ludzie się dzisiaj
        komunikują i jak anachroniczna jest w takim świecie myśl, że wystarczy o czymś
        nie mówić oficjalnie, żeby rzecz przestała istnieć.


        OJCIEC ŚWIĘTY POKAZUJE DROGĘ


        – Druga sprawa to problem zgorszenia. Jak o tym mówić w Kościele i jak reagować?
        – Nie do przecenienia jest to, czego dokonał w tej dziedzinie Jan Paweł II,
        inicjując rachunek sumienia Kościoła w okresie Wielkiego Jubileuszu. Przypomnę,
        że dyskusje na ten temat nie były łatwe, nawet w gronie kardynałów. Niektórzy
        obawiali się, że może to wyjść na szkodę Kościoła.
        Dyskusje te ukazały istotny problem. Oto zdajemy sobie sprawę, że i w dziejach,
        i we współczesności Kościoła są rzeczy, które obciążają nasze sumienia i
        stanowią wyzwanie dla naszej odpowiedzialności. Papieskie wyznanie win przed
        Bogiem w imieniu Kościoła było bardzo ważną lekcją. Trzeba ją zrozumieć. To nie
        może być tylko wyjątkowe dzieło wyjątkowego człowieka czy niewielu osób, które
        pójdą za nim.
        To musi być wypływająca z wiary zasada wzajemnej odpowiedzialności w Kościele i
        pierwszeństwa wciąż na nowo kształtowanego sumienia. W przeciwnym wypadku, tak
        jak to obserwujemy dziś w Poznaniu, wielu ludzi doznaje wstrząsu moralnego
        dlatego właśnie, że inni, skądinąd powołani do większej odpowiedzialności,
        swoje sumienie zastąpili lojalnością wobec władzy, układu, fałszywie
        rozumianego dobra instytucji Kościoła czy też zagłuszyli sumienie przez brak
        odwagi i męstwa. Dla bardzo wielu jest to sytuacja zachwiania ich zaufania do
        Kościoła i do ludzi powołanych w nim do służby dla drugich.
        W takim właśnie duchu trzeba przyjąć także tegoroczny papieski „List do
        kapłanów na Wielki Czwartek” – wielkie wezwanie do zrozumienia daru, jakim dla
        nas wszystkich jest Sakrament Pojednania, także i zwłaszcza wobec szczególnie
        gorszących upadków osób powołanych do służby dla Kościoła.
        – Kto tu jest winien? Czy ludzka słabość może doprowadzić do aż tak silnych
        napięć w ramach Kościoła? Czy Kościół jest bezsilny wobec podobnych przypadków?
        – Problem leży nie tyle w tym, że zdarzyły się rzeczy, które zdarzyć się nie
        powinny. Historia Kościoła wiele mówi na temat ludzkich błędów, win i grzechów,
        a także związanego z tym bólu i zgorszenia. Wydaje mi się, że większym
        nieszczęściem jest nieumiejętność znalezienia się wobec takiej sytuacji. Takiej
        umiejętności należy oczekiwać zwłaszcza od osób, które ponoszą w Kościele
        bardzo dużą odpowiedzialność. To, co nam mówi i pokazuje Ojciec Święty, jest tu
        wielką pomocą, jest upomnieniem w najlepszym sensie tego słowa –
        przypomnieniem, że wszyscy potrzebujemy ratunku i otrzymujemy go w Chrystusie
        Zbawicielu.


        KONIECZNE „NON POSSUMUS”


        – Arcybiskup Tadeusz Gocłowski
        • don_carpio Re: Casus arcybiskup Juliusz Paetz. cd 08.04.02, 17:51
          KONIECZNE „NON POSSUMUS”

          – Arcybiskup Tadeusz Gocłowski powiedział w jednym z wywiadów, że sprawa ta,
          niezależnie od bólu, jaki sprawia, może być szansą dla Kościoła. W jakiej
          mierze i pod jakimi warunkami?
          – Należy się zastanowić, jakie pytania sprawa ta stawia przed Kościołem w
          Polsce. Jest to m.in. pytanie o sposób rozumienia roli różnych instytucji w
          Kościele, a także Kościoła widzianego jako wielka instytucja w społeczeństwie i
          państwie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma tu łatwych recept i rozwiązań. Jestem
          jednak pewien, że właśnie na naszych oczach skończył się czas, kiedy można było
          udawać, że nie ma takiego problemu. Ten problem sięga bardzo głęboko. Sięga
          podstaw naszego myślenia o życiu wspólnym i wspólnym dobru. Można wprawdzie
          powiedzieć, że ludzie i instytucje Kościoła nie są ani lepsi, ani gorsi niż
          całość społeczeństwa. Zgoda. Ale my przecież nie zostaliśmy zwołani jako
          Kościół Jezusa Chrystusa, żeby być prostą reprezentacją tego społeczeństwa, ale
          po to, żeby być zaczynem jego przemiany, odnowy i zbawienia. Ta cywilizacja
          upadnie, jeśli jako Kościół nie spełnimy tej roli. Jesteśmy też odpowiedzialni
          za zbawienie każdego człowieka, czy jest on najmniejszy, czy największy. Tej
          prawdzie zapewne żaden przedstawiciel kościelnych instytucji nie zaprzeczy.
          Tylko dlaczego tak łatwo jest o niej zapominać w codziennym działaniu?
          Właśnie z takiej perspektywy trzeba postawić mocne pytania o to, co naprawdę
          decyduje o życiu i działaniu Kościoła jako instytucji. Jest taki nieco
          złośliwy, ale trafny kalambur mówiący o egoistycznie-ostrożnym stylu działania
          kościelnych urzędników. Pierwsze: nie myśl! Drugie: jeśli myślisz, nie mów!
          Trzecie: jeśli mówisz, nie pisz! Czwarte: jeśli piszesz, nie podpisuj! Piąte:
          jeśli podpisujesz, nie dziw się...
          – Ten sposób działania dobrze charakteryzuje całą klasę urzędników, nie tylko w
          Kościele.
          – Zgoda. Ale czy Kościół może tolerować takie mechanizmy? Instytucje Kościoła
          nie powinny działać jak instytucje świeckie, kopiując także ich wewnętrzne
          patologie. Co więcej, należy się wystrzegać nawet pozorów takiego podobieństwa.
          Każdy z nas został powołany do Kościoła po imieniu i w swoim własnym imieniu
          stanie przed Bogiem. Więcej: kiedy działamy w Kościele i w imię Kościoła, już
          teraz w tym działaniu stoimy przed Bogiem i przez Niego samego jesteśmy
          osądzani. Czy wolno bardziej się bać i bardziej słuchać ludzi niż Boga?
          Przez cały rok 2001, w którym toczyła się ta trudna sprawa, przyglądaliśmy się
          postawie Prymasa Tysiąclecia – także jego niezłomnemu „non possumus”, kiedy
          okazało się ono konieczne. Takiej postawy musimy oczekiwać od siebie nawzajem.

          TEN, KTÓRY SŁUŻY

          – A kwestia formacji przyszłych kapłanów? Czy na etapie kształcenia przyszłych
          kapłanów w seminarium nie należy wyraźnie im takiej właśnie postawy uzmysławiać
          i zaszczepiać? Może szwankuje coś w tym właśnie punkcie?
          – Formacja seminaryjna jest punktem wyjścia zarówno wielkiego dobra, które
          dokonuje się w Kościele, jak też niestety czasem prawdziwych nieszczęść.
          Nieszczęście zaczyna się wtedy, kiedy młody człowiek, który przychodzi do
          Seminarium, uwierzy, że tylko z tego powodu, że się tam znalazł, jest kimś
          lepszym od innych. Jeśli takie przekonanie się w nim utrwali, a nie rozwinie
          się inne – że każde dobro, które w nas jest, jest darem Pana Boga dla innych –
          może dojść do wielkiego zafałszowania życia i działania kapłańskiego. Komuś
          takiemu może się zacząć wydawać, że jako kapłan nie może sobie pozwolić na
          okazanie żadnej słabości, a jeżeli takowe posiada, to musi je głęboko ukryć –
          nawet przed sobą samym. Taka sytuacja nieprawdy bardzo utrudnia dobre pełnienie
          misji kapłańskiej. Kapłan ma wiedzieć, że to, iż staje pośrodku zgromadzenia
          Ludu Bożego i sprawuje Eucharystię, nie jest jego osobistą zasługą i że jak
          wszyscy w Kościele jest człowiekiem, którego z grzechu ratuje Pan Bóg przez
          swojego Syna, naszego Zbawiciela.
          W tym kontekście trzeba się zastanowić nad utrwalonym w naszym myśleniu obrazem
          kapłaństwa. Nie waham się powiedzieć, że powinniśmy w związku z tym lepiej
          rozumieć także przynajmniej niektóre wołania Reformacji.
          – W Kościołach poreformacyjnych duchowny pozostaje wyłącznie na służbie
          wspólnoty i nic więcej... Tymczasem rozumienie kapłaństwa w Kościele katolickim
          jest pełniejsze.
          – Sam Chrystus jest wśród nas jako ten, który służy (Łk 22,27) – zauważmy, że
          zostało to powiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy i w związku z powołaniem
          apostołów w Kościele. Nie ma innej świętości kapłaństwa niż świętość Chrystusa,
          który przyszedł dać swoje życie... Przy zachowaniu szacunku dla powołania
          kapłańskiego, należy też podkreślać taki sam szacunek dla powołania każdego
          chrześcijanina. Powołanie każdego chrześcijanina jest sakramentalne w samej
          swojej istocie, wynika bowiem z sakramentu chrztu – włączenia w życie Jezusa
          Zbawiciela i zostaje umocnione w sakramencie eucharystii i bierzmowania, a
          potem ewentualnie również kapłaństwa lub małżeństwa.
          – Przejdźmy do posługi biskupiej. Ośmielę się zadać pytanie, czy w tym
          zakresie – zdaniem Księdza Profesora – też coś powinno się zmienić?
          – To, co właśnie powiedziałem, pokazuje zarazem istotę posługi biskupiej.
          Biskup jest głosicielem Ewangelii i tym, który gromadzi Kościół na sprawowanie
          sakramentów. Jest też tym, który powołuje i posyła kapłanów i diakonów tam,
          gdzie potrzeba jednego i drugiego. Jeśli takie właśnie jego działania są jasno
          i oczywiście na pierwszym planie, nikt go nie pomyli z innymi lokalnymi VIP-ami
          ani nie uzna za „szefa diecezji” (którą ludzie nie rozumiejący Kościoła
          traktują jako swoiste połączenie siły społecznej i dużego przedsiębiorstwa). To
          się niestety zdarza, że patrzącym z boku zadania administracyjno-
          reprezentacyjne biskupów przesłaniają istotę ich powołania. Do tego dochodzi
          jeszcze niemądry bizantynizm wielu kościelnych zwyczajów. Ale tak wcale być nie
          musi. Na mnie wielkie wrażenie wywarła kiedyś prostota relacji biskupów i
          wiernych w Czechach.
          – To prawda, ale tamtejszy Kościół wyrasta z zupełnie innego kontekstu
          historycznego. Przeżył w dwudziestym stuleciu wyjątkowo trudną próbę.
          – Tak, ale właśnie dzięki temu tzw. wiatr historii zdmuchnął z niego wszystkie
          niepotrzebne falbanki, w które my z niemądrym uporem wciąż się stroimy. Pan Bóg
          powołuje biskupa, żeby był biskupem, i nas wszystkich, żebyśmy byli Kościołem –
          drogą zbawienia dla wszystkich. Stąd wynika, co jest naprawdę ważne w życiu
          Kościoła. Jego obrazu nie powinny przesłaniać głupstwa, układy, próżne honory,
          lęki i „tajemnice”.
          – Co teraz? Co dalej?
          – Powtórzę: Moja wypowiedź jest świadectwem, do którego czuję się w sumieniu
          zobowiązany. Chciałbym zakończyć słowem wiary. Wierzę, że także wtedy, kiedy
          ludzie wezwani do bycia Kościołem sprzeciwiają się temu wezwaniu, nie rozumieją
          go, nie idą za nim i zawodzą, Kościół we wszystkich spowodowanych ich winą
          podziałach, napięciach i wstrząsach pozostaje jeden i święty. Kościół jest
          jeden i jest święty – bo jest dla każdego człowieka rzeczywistą możliwością
          pojednania z Bogiem i z ludźmi. Ta możliwość pojednania ma swoje źródło w
          obecności w Kościele Zbawiciela, który pragnie, woła po imieniu, oczekuje,
          przyjmuje i kocha każdego człowieka. To On powołuje biskupa, żeby był biskupem,
          i nas wszystkich, żebyśmy byli Kościołem.

          Rozmawiał Adam Kamiński

          Ks. Tomasz Węcławski ur. w r. 1952 w rodzinie inteligenckiej, jest kapłanem
          archidiecezji poznańskiej, dziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im.
          Adama Mickiewicza i członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej przy
          Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie. Profesor UAM, doktor habilitowany teologii
          fundamentalnej.
          Studiował początkowo
          • don_carpio Re: Casus arcybiskup Juliusz Paetz. cd 08.04.02, 17:56
            Ks. Tomasz Węcławski ur. w r. 1952 w rodzinie inteligenckiej, jest kapłanem
            archidiecezji poznańskiej, dziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im.
            Adama Mickiewicza i członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej przy
            Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie. Profesor UAM, doktor habilitowany teologii
            fundamentalnej.
            Studiował początkowo na Politechnice Poznańskiej, a później na Papieskim
            Wydziale Teologicznym w Poznaniu i na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w
            Rzymie, gdzie obronił doktorat (habilitował się na krakowskiej PAT). Był
            wikariuszem w Pniewach, następnie – w latach 1983-87 – sekretarzem arcybiskupa
            poznańskiego Jerzego Stroby, a później wicerektorem i rektorem Arcybiskupiego
            Seminarium Duchownego (1987-96). Za jego m.in. sprawą na Uniwersyt Adama
            Mickiewicza powrócił Wydział Teologiczny (1998).
            Autor kilkunastu książek w języku polskim i niemieckim. Najbardziej
            fundamentalne publikacje to „Wspólny świat religii” i „Abba. Wobec Boga Ojca”,
            ale ks. Węcławski nie stroni także od tekstów popularyzatorskich („Rekolekcje z
            Karelem Čapkiem”, „Ewangelia dla dzieci”, powieść „Sieć”, której akcja dzieje
            się w internecie). „Wielkie kryzysy tradycji chrześcijańskiej” i „W teologii
            chodzi o Ciebie” to zbiory tekstów, które miały swój pierwodruk na łamach „TP”;
            ks. Węcławski publikuje również w „Znaku” i „W drodze”.
            Tłumacz – także literatury pięknej („Tygodnik” drukował m.in. jego przekłady
            niemieckich romantyków i Octavio Paza) oraz Ewangelii wg św. Marka. W latach
            80., współtłumaczył „Dogmatykę” ks. Granata na język czeski, dla tamtejszego
            Kościoła podziemnego. Wielki miłośnik kultury czeskiej i... kolarstwa: na
            rowerze przemierzył niemal całą Europę.
            Jego brat – Marcin – jest proboszczem poznańskiej parafii pw. Marii Królowej.


            www.tygodnik.com.pl/


Pełna wersja