don_carpio
08.04.02, 17:39
Arcybiskup Juliusz Paetz mówił o oskarżycielach „bez nazwiska, bez imienia i
bez twarzy”
Oto rozmowa z jednym z nich
Świadectwo
Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI
ADAM KAMIŃSKI: – Ojciec Święty przyjął rezygnację Metropolity Poznańskiego z
urzędu. Co oznacza ta papieska decyzja? Czy rozstrzyga o prawdziwości
stawianych Arcybiskupowi zarzutów?
KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W oficjalnym komunikacie Stolicy Apostolskiej nie
powiedziano nic więcej, jak tylko to, że Ojciec Święty przyjął rezygnację
Metropolity Poznańskiego. Rozumiem, że decyzję tę podjęto „z wielką rozwagą i
odpowiedzialnością, w trosce o prawa wszystkich” – jak to 23 lutego br.
zapowiedział rzecznik Stolicy Apostolskiej.
– Ksiądz Arcybiskup Juliusz Paetz napisał list do wiernych Archidiecezji, w
którym stwierdza: „Zaprzeczam wszystkim faktom podawanym w mediach i
jednocześnie zapewniam Was, że jest to nadinterpretacja moich słów i zachowań”.
Podobny sens miała jego wypowiedź w Wielki Czwartek w Katedrze Poznańskiej. Czy
Ksiądz Profesor, działając w tej sprawie, zawsze był pewien jego winy? Może
rzeczywiście Metropolita dopuścił się jedynie niewinnych gestów, źle
interpretowanych przez otoczenie oraz przez media, jak zawsze żądne sensacji?
– Nie jest mi łatwo o tym mówić. W całej tej sprawie nie zamierzałem wypowiadać
się publicznie. Przyjąłem i konsekwentnie stosowałem zasadę, że do czasu jej
rozwiązania nie udzielam żadnych wypowiedzi mediom. Jest to zatem moja pierwsza
publiczna wypowiedź na ten temat – podkreślam: pierwsza. Czuję się w sumieniu
zobowiązany otwarcie i publicznie powiedzieć, co się stało. Powiem wyłącznie o
rzeczach, o których wiem, a nie o takich, których się jedynie domyślam.
I muszę z całą odpowiedzialnością dodać jeszcze jedno: nie mówię jedynie we
własnym imieniu. Występuję jako rzecznik osób, które sprawa dotknęła bardziej
bezpośrednio i o wiele boleśniej niż mnie samego, które jednak same nie chcą
wypowiadać się w mediach. Wiem, że jestem do takiej wypowiedzi uprawniony.
NA DRODZE EWANGELII
Dla mnie sprawa zaczęła się jesienią 1999 roku. Poinformował mnie o niej rektor
Seminarium poznańskiego ks. Tadeusz Karkosz. On z kolei pewnego dnia dowiedział
się o sytuacji, jaka w żadnym wypadku nie powinna mieć miejsca w relacjach
biskupa z klerykiem. Okazało się bardzo prędko, że nie była to jedyna taka
sytuacja. Problem w Seminarium był już w tym momencie bardzo głęboki. Ja jestem
poprzednikiem obecnego rektora Seminarium, rozmawialiśmy więc o tym, co robić.
Wszystko, co następnie w tej sprawie wespół z nim zrobiłem, służyło temu, aby
położyć kres tego typu nagannym sytuacjom. Działo się to na drodze wskazanej
przez Ewangelię: od rozmowy w cztery oczy, przez szukanie pomocy u osób
odpowiedzialnych, aż po powiedzenie o całej sprawie Kościołowi. Wiele osób
stale modliło się też i pościło w tej sprawie – i zapewne będą to czynić nadal.
Bardzo dbaliśmy o to, aby rzecz nie przedostała się do prasy. Ubolewam, iż do
tego doszło. Skądinąd jednak, znając mechanizmy działające w świecie – nie
dziwię się, że prasa w końcu się tym zajęła. To oczywiste: dzieje się coś
niepokojącego, więc media zaczynają się tym interesować i zbierać materiały. To
nie była przecież sprawa, o której wiedziała jedna czy dwie osoby. Seminarium
jest dużą wspólnotą, w której coś tak istotnego trudno ukrywać.
– O co konkretnie chodziło?
– Kleryk, o którym wspomniałem, został zaproszony indywidualnie przez Księdza
Arcybiskupa do jego rezydencji i tam pojawiły się pewne gesty, które zostały
przezeń odebrane jako sygnały homoseksualne i wywołały odruch obrzydzenia.
Młody człowiek wrócił roztrzęsiony i z płaczem powiadomił o tym ojca duchownego
w Seminarium. Ojciec duchowny doradził mu poinformować rektora. Jak
wspomniałem, okazało się, że nie było to jedyne tego rodzaju zdarzenie. Ksiądz
Arcybiskup pod różnymi pretekstami zapraszał kleryków za pośrednictwem rektora
Seminarium, który niczego nie podejrzewał. Do rektora dotarło wtedy, że jest
przez kleryków podejrzewany o współdziałanie w czymś, co nie powinno mieć
miejsca.
Ksiądz rektor Karkosz zwrócił się wtedy o radę do biskupów pomocniczych.
Wysłuchali go, ale w niczym nie pomogli. W tej sytuacji rektor na początku
grudnia 1999 zdecydował się na osobistą rozmowę z Księdzem Arcybiskupem.
Ujawnił przed nim swoją wiedzę i stanowczo poprosił o natychmiastowe
zaprzestanie tego typu działań. Arcybiskup długo milczał, po czym zapytał: „I
co? Mam wyciągnąć z tego wnioski?” Padła odpowiedź: „Tak!”
WYDARZYŁY SIĘ RZECZY NIEDOPUSZCZALNE
– Czy postępowanie Arcypasterza zmieniło się?
– Nie. Podobne fakty znów się powtarzały, a wiedza o nich rozszerzała się. Do
Księdza Arcybiskupa udał się prof. Maciej Giertych, słynący ze swej odwagi
cywilnej, a zarazem cieszący się wielkim zaufaniem wielu ludzi Kościoła. W
lutym 2000 r. doszło do ich rozmowy i profesor powiedział Arcybiskupowi wprost,
że występuje w imieniu katolików świeckich, którzy sobie nie życzą, aby
dochodziły do nich takie informacje o ich pasterzu i jego relacjach z
seminarzystami.
Ponieważ sprawa dotyczyła studentów Uniwersytetu, o tym, co się stało i o moich
działaniach w tej sprawie, informowałem także jego rektora, prof. Stefana Jurgę.
– Jak dużą grupę kleryków objęły te zaproszenia ze strony Metropolity?
– Choć chodziło o kilkanaście osób, to wiedzieli o tym niemal wszyscy klerycy,
co fatalnie wpływało na atmosferę w Seminarium, a także roznosiło się po
diecezji.
– Jak często Ksiądz Arcybiskup zapraszał kleryków?
– Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi. Ksiądz Arcybiskup zobowiązywał kleryków
do zachowania tych odwiedzin w tajemnicy. Podczas wizyt proponował różne
prezenty. Tym, których zapraszał, podawał prywatny numer telefonu komórkowego.
Telefon ten służył do umawiania się z Arcybiskupem, z pominięciem wszystkich
pośredników. Metropolita proponował też klerykom natychmiastowe przejście
na „ty”.
Mimo takiej tajemniczości wiem, że wydarzyły się rzeczy niedopuszczalne.
Relacje niektórych osób dotkniętych działaniami Księdza Arcybiskupa zawierają
szczegóły, o których nie chcę mówić publicznie dla dobra wszystkich
pokrzywdzonych, łącznie z Księdzem Arcybiskupem. Dlatego nie należy się dziwić,
że najbardziej boleśnie dotknięci klerycy i księża nie wypowiadają się na ten
temat osobiście i publicznie. Wobec tego, co przeżyli, mają tym większe prawo
do zachowania w dyskrecji swoich imion i przeżyć. Ale informacje te pod
przysięgą przedstawili w świadectwach złożonych Nuncjuszowi Apostolskiemu i
delegatom Ojca Świętego. To nie są rzeczy, które można określić jedynie
jako „nadinterpretacje”.
– W mediach pojawiły się informacje, że watykańskie śledztwo w sprawie
Arcybiskupa Poznańskiego nie znalazło dowodów jego winy. Ponoć w Watykanie
uważa się, że Arcybiskupowi można zarzucić tylko pewne „niewłaściwe” zachowania.
– Klerycy i kapłani dotknięci działaniami Księdza Arcybiskupa złożyli
zaprzysiężone zeznania na ręce osobistych delegatów Ojca Świętego. Ojciec
Święty nie komunikuje światu wyników tego rodzaju badań za pośrednictwem
przecieków z „dobrze poinformowanych źródeł watykańskich”, a już na pewno nie
za pośrednictwem takich gazet jak „La Repubblica”, na którą w związku z tym się
powoływano. Uważam za nieodpowiedzialne zarówno publikowanie tego rodzaju
przecieków, jak też nakierowanie sensacyjnego zainteresowania mediów na
liturgię Wielkiego Czwartku w poznańskiej Katedrze.
Nie bardzo rozumiem, na czym opiera się rozróżnienie „winy” i „niewłaściwego
zachowania”. Jeśli ktoś, kto ponosi wielką odpowiedzialność publiczną,
zachowuje się tak, że jego działania odbierane s