zwyczajny
13.04.02, 20:46
LUDWIK STOMMA (wg Polityki)
11 września dokonano krwawego zamachu na Pentagon i centrum Nowego Jorku. W
odwecie Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę międzynarodowemu terroryzmowi i
zaatakowały domniemane miejsca przebywania winnych. W zmasowanych nalotach na
Afganistan – czego nie dało się nijak uniknąć, było więc z góry wliczone w
koszta – ginęli też, a może przede wszystkim, cywile nic bezpośrednio z aktami
terroryzmu nie mający wspólnego. Opinia publiczna w Polsce zaakceptowała te
amerykańskie działania, w telewizji zachwycał się nimi Waldemar Milewicz, a
władze nasze na czele z ministrem Siwcem gromko pokrzykującym, że „Polska też
jest w stanie wojny” (sic!), usiłowały nawet wysłać w Hindukusz i Paropamis
niezłomny Grom, co spełzło na niczym z powodów technicznych oraz małego
entuzjazmu Jankesów, a nie z braku chęci. Od paru lat, z dramatycznym
nasileniem w ostatnich miesiącach, dokonywane są systematycznie krwawe zamachy
na ludność Tel Awiwu, Jerozolimy, Hajfy... W odwecie Izrael stara się
punktowymi uderzeniami zbrojnymi sparaliżować główne centra terroryzmu. W
kontratakach tych, czego nie da się uniknąć, ofiarami padają również (choć
tutaj nie przede wszystkim) bezpośrednio nie mający nic wspólnego z zamachami
terrorystycznymi cywile. Tym razem zarówno nasza opinia publiczna jak i władze
zachowują bardzo daleko idącą powściągliwość. Natomiast Waldemar Milewicz w
telewizji równa spokojnie „ofiary po obu stronach” (czy taka formuła przyszła
mu choćby do głowy w Afganistanie), pokazuje trupy palestyńskich milicjantów
komentując, że „Żydzi zabili ich z zimną krwią” i po chwili dopiero niechętnie
dodając, iż „taka jest przynajmniej jedna z wersji”, jednoznacznie zaś już
potępia fakt, że żołnierze izraelscy szukają terrorystów „nawet pośród rannych
w szpitalu”, co, kiedy kubek w kubek to samo robili Amerykanie w Kandaharze,
jakoś go zupełnie nie oburzało. Telewidz polski ma też możność obejrzenia
ślicznej buzi „męczenniczki”, która za chwilę zamorduje niewinnych ludzi w
restauracji hotelowej, wzruszyć się jej młodym wiekiem i zapoznać z grubsza z
namiętnym przesłaniem. Poprzedniego dnia współcierpi Milewicz z palestyńskim
staruszkiem, który nie może spotkać się z synem, albowiem źli Żydzi nie
przepuszczają go przez kordon. Szale wagi nie pozostają już nawet w
równowadze. Nie chodzi tu o sentymenty, ale minimum konsekwencji, logiki i
przykładania jednej miary. Tym bardziej że Waldemar Milewicz podaje nam też
receptury polityczne. „Czy Żydzi mają propozycje pokojowego rozwiązania
konfliktu?” – zapytuje retorycznie i po chwili odpowiada sam sobie: „Mają ją
Arabowie”. Ową pokojową propozycją arabską jest według Milewicza saudyjski
dyktat, żeby Izrael powrócił do granic z 1967 r., w zamian za co kraje arabskie
go uznają. Tak się jednak dziwnie składa, że w 1967 r. Izrael był w granicach z
1967 r. Kraje arabskie nie tylko go wtedy nie uznały, ale rozpoczęły wojnę,
której celem było dokładnie to samo, co głoszą dzisiaj najzupełniej otwarcie
palestyńscy terroryści, czyli „zepchnięcie Żydów do morza”. W tym też czasie
wszystkie sporne dzisiaj terytoria znajdowały się w rękach arabskich, były więc
niby obiektywne szanse na utworzenie państwa palestyńskiego.
Na nic takiego nie mieli jednak przywódcy muzułmańscy najmniejszej ochoty.
Wręcz przeciwnie, kiedy po wojnie zaczęli Palestyńczycy wysuwać nawet nie
niepodległościowe, ale autonomiczne postulaty, liberalny skądinąd i otwarty
król Jordanii odpowiedział w 1970 r. eksterminacyjnym pogromem ich obozów,
który przeszedł do historii pod nazwą Czarnego Września, a spotkał się ze
zrozumieniem opinii międzynarodowej. Wojna 1967 r. pomimo zwycięstwa Żydów
wykazała też, że na dłuższą metę nie da się zapewnić strategicznego
bezpieczeństwa państwa, w którym dystans od nieprzyjacielskich granic do morza
wynosi w najwęższym miejscu 12 km, co czołgi pokonać mogą w kilkanaście minut
rozcinając Izrael na pół; państwa, którego stolica jest podzielona tak, że
najważniejsze urzędy, nie wspominając o dzielnicach mieszkaniowych, znaleźć się
mogą w każdej chwili pod ogniem przeciwnika; państwa wreszcie, którego cały
północny kraj czeka wręcz na atak dysponującego taktyczną i terenową przewagą
wroga. Dlatego też, nie odwołując się nawet do racji historycznych czy
religijnych, utrzymanie zdobytych w 1967 r. Wzgórz Golan i części przynajmniej
regionu Napluzy oraz jedność Jerozolimy nie są dla Izraela imperialistycznym
kaprysem, ale najprostszą kwestią życia i śmierci. Arabia Saudyjska wie o tym
doskonale i dlatego wysuwa warunki z góry niemożliwe do spełnienia. Wszyscy to
rozumieją z wyjątkiem, jak się okazuje, Waldemara Milewicza. Oczywiście
niektóre państwa europejskie (ale już nie USA, za którymi minister Siwiec
wszystko powtarza, czemu więc nie tym razem?) będą udawały, że biorą pomysły
Rijadu na serio. Francja, Belgia, Hiszpania czy Niemcy mają jednak na tyle
znaczny odsetek ludności muzułmańskiej na swoich terytoriach, iż – bliższa
koszula ciału – w obawie przed fundamentalistami i konsekwencjami ich
niezadowolenia oportunistycznie chować będą głowę w piasek lub wygłaszać
podniosłe abstrakcje moralne, mające maskować kaca lub też wyższość siły
interesów, bo przecież Izrael ropy nie ma, a i rynek zbytu z niego raczej
maluśki. Rzeczpospolita nie znajduje się jednak w takiej sytuacji. Nie trzeba
już może wspominać, że jest ziemią żydowskich prochów. Są jednak i zaszłości
bliższe. Zwycięstwo Izraela w 1967, które skompromitowało w dużej mierze
radzieckie uzbrojenie Arabów jak i moskiewskich doradców przy syryjskich i
egipskich sztabach, wywołało wściekłość na Kremlu. W przypochlebczej i
służalczej nadgorliwości komunistyczne władze PRL rozpętały więc antysemicką
nagonkę. Szczycę się, że wyrzucony z liceum za „prosyjonizm” byłem poniekąd jej
aryjską ofiarą. Zmuszono do emigracji i opluto tysiące polskich obywateli
żydowskiego pochodzenia. Ponura ta heca zhańbiła imię Polski na długie lata,
czego skutki odczuwamy do dzisiaj. Wreszcie czas w jakiejś mierze przyniósł
zagojenie. Czy dzisiaj, kiedy Izrael znowu walczy o swój byt, mamy brać udział
w spektaklu międzynarodowej cynicznej hipokryzji, w imię której nie wolno
nazywać rzeczy po imieniu i powiedzieć to chociażby, że nie Palestyńczykom, ale
Żydom zagraża samotność i zdrada? „Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami” – drą się
zgodnym chórem skrajni lewacy i tacyż prawicowcy na francuskich i niemieckich
ulicach. Otóż ja nie, ja nie jestem Palestyńczykiem, gdyż nie szykuję się do
mordowania Bogu ducha winnych ludzi robiących zakupy na Kirjat Yovel. A czy
mam sposób na wyjście z sytuacji? – zapyta mnie Waldemar Milewicz. Nie, nie
mam. Nie tak dawno pisałem też krytycznie o niektórych poczynaniach Izraela w
stosunku do Palestyńczyków. Dzisiaj jednak pozostaje mi tylko powtórzyć za
Amerykanami to, co mówili po 11 września. Czym się różni Al-Aksa od Al-Kaidy?
Najpierw koniec z terroryzmem, a potem rozmowy i ustępstwa.