cepekolodziej
29.05.16, 18:55
W Centrum Handlowym Carrefour. Przytłumiona muzyka, gdzieś spod stropu. Nie tłumy – ale wielu zadowolonych, może nawet szczęśliwych ludzi. Koszyki i wózki z zakupami, w niektórych dzieci, szerokookie w pochłanianiu woni, barw, kształtów. Kolejka do kas, bezosobowy kobiecy głos podaje radośnie numer kasy, moją obsługuje – o czym powiadamia stosowna tabliczka – niesłysząca osoba.
Przed wyjściem, po prawej stronie sklepik z gazetami, sprzedawca wydaje kupowane na „chybił trafił” blankiety totka, ekstra pensji, zdrapki. Przed sklepikiem żółto–zielona plansza: LOTTO dziś 25 000 000 zł.
Za wyjściem, już poza automatycznie otwierającymi się i zamykającymi drzwiami, na lewo, przy ścianie, czerwony pojemnik na śmieci. Tu klienci gaszą przed wejściem papierosy. Przy pojemniku mężczyzna, czapka bejsbolówka zasłania twarz, czerwono–brudne spodnie, czarna kurtka, pod nią goły tors, na nogach stare adidasy – w lewej ręce trzyma plastikowy, niebieski worek, prawą sięga w głąb śmietnika, wyciąga garść niedopałków, uważnie je przegląda, sortuje, niektóre umieszcza w worku.
Niechętny rzut oka w moją stronę.
Kilkadziesiąt metrów od frontonu centrum szeroka arteria. Jest sobota, niewiele samochodów. Dalej wciąż niezabudowana łąka, na niej, chwilowo, ogromny diabelski młyn. O tej porze dnia nie ma jeszcze klientów, obraca się powoli, rytmicznie gasi i znów uwalnia ukośne strugi słonecznego światła.
Odchodzę, tramwaj numer 11.
-