Wojna karaluchom

11.01.17, 22:29
KYI MAY KAUNG*

Wojna Karaluchom
Wypowiedziana

Najpierw niezawodny spray na karaluchy –
trzeba ustanowić granice w tym
nieuodpornionym na karaluchy domu; dziura przy ziemi w prawym
narożniku.
Ustanów cztery odcięcia –
odetnij wsparcie, odetnij żywność, odetnij wodę, odetnij łączność;
wciąż widzę zbłąkane karaluchy, partyzanci, choć wszystek pokarm wraz jadalnymi odpadkami
pieczołowicie usunięty lub zawinięty
w plastyk.
Jak dotąd łapię pięć wielkich karaluchów, czarne i brązowe i włochate
długonogie – gołymi rękami;
oświadczam „zatłukę” i wysyłam na tamten świat, urywając głowy;
dłoń owinięta w połówkę kuchennego ręcznika.
Tego ranka budzę się,
odsłaniam roletę na oknie wychodzącym na podwórze,
teren mojej wojny z wiewiórkami, i dostrzegam
karalucha ukrytego w puszce po dżemie z gujawy, w której poddaję
intensywnej opiece moją schorowaną orchideę.

Karaluchy. One przeżyją wojnę nuklearną.

Ten uciekał – najpierw za ociekacz do naczyń, nierdzewna stal na blacie, dokładnie w miejsce gdzie moje prawe ramię (obolałe mięśnie, może wywichnięta panewka czy artretyczny staw) akurat nie sięga. Naciągnięty mięsień, cichy zgrzyt.

Oznaczam miejsce, gdzie uciekł, ale
nie mogę stwierdzić czy to on czy ona, wciąż nie potrafię określić płci karaluchów.
Najmłodsze dziecko – „Mamo strasznie się złościsz wiesz”?
Ja do dzieci niczym telewizyjna Młoda Cebulka:
"Albo tradycja albo nowoczesność nie można mieć obu naraz, jak jakąś mieszankę.
Albo tak, albo nie; albo birmańskie, albo amerykańskie".

Dla moich dzieci wszystko jest razem,
doprowadzają mnie do szału z tym ich i czarne i białe.
Włączam pralkę, średni ładunek, dokładam bieliznę przejętą po zmarłej ciotce Anouk.

Karaluch kryje się, udaje że go nie ma.
Wlazł w szparę pomiędzy białymi kuchennymi szafkami a brązowo–beżowymi ściennymi płytkami.
Dobieram starannie broń, przedłuży moje ramię.
Musi być lekka, musi być zabójcza;
szybki cios, karaluchy są ruchliwe i przebiegłe.
Nie, nie rolka kuchennych ręczników, ani sztuczna kość naszej suczki; ona już jej nie pogryza, dostaje teraz ludzkie smakołyki, cały czas, jest już rozkapryszona.

Sekunda – i już mam idealną broń.
Naciskam karalucha, lekko, skrajem cienkiej plastikowej deski do krajania,
odcinam nią sprawnie
jego głowę, ale tułów wciąż się rusza.

Ja jestem ludzką istotą, mam większy mózg
Muszę zwyciężyć

Ścieram miazgę ze ściennych płytek i blatu
połówką taniego kuchennego ręcznika, oszczędzam.
Wyciskam jeszcze resztę żywotnych soków z karaluszego ciała –
spróbuj się teraz wykręcić, karaluchu.

Wyrzucam zgniecione ciało do kubła na śmieci
Śmieci zabiera miasto, używa ciężarówek; łapy robota podnoszą kubeł i przerzucają śmieci na platformę.
Myję deskę do krajania, starannie, usuwam karaluszy brud.

Ja jestem ludzką istotą muszę zwyciężyć

Czy tak wygląda ludobójstwo?

* Birmańska aktywistka, dziennikarka, poetka (1943)

Surowy przekład.
    • marynazmlyna Re: Wojna karaluchom 12.01.17, 02:10
      Tak wlasnie wyglada Krym latem.
    • starywro-bel Re: Wojna karaluchom 12.01.17, 03:23
      Karaluch po oderwaniu mu glowy dalej zyje. Ma osiem zmyslow ktore zastepuja wlasnie glowe. Moze dalek sie odzywiac wlaniajac to co mozna przez podbrzusze. Nie karmiony przezyje 10 dni.

      Podeslij ten patent Palestynczykom.
      • cepekolodziej Re: Wojna karaluchom 12.01.17, 07:53
        Powinieneś te informacje umieścić w Wikipedii; w materiale omawiającym karaluchy ich brak.
        • cepekolodziej Re: Wojna karaluchom 13.01.17, 14:18
          Nowsza wersja. Ale wciąż zgrubna.

          Wiersz autorka czytała podczas zgromadzenia protestacyjnego po ambasadą Birmy w USA.

          Wojna Karaluchom
          Wypowiedziana

          Najpierw śmiercionośny spray –
          trzeba ustanowić granice w tym
          nieuodpornionym na karaluchy domu; dziura przy ziemi w prawym
          narożniku.

          Ustanów cztery odcięcia –
          odetnij wsparcie, odetnij żywność, odetnij wodę, odetnij łączność;
          wciąż widzę zbłąkane karaluchy, partyzantka, choć wszystek pokarm wraz jadalnymi odpadkami
          pieczołowicie usunięty lub zawinięty
          w plastyk.

          Jak dotąd łapię pięć wielkich karaluchów, czarne i brązowe i włochate
          długonogie – gołymi rękami;
          oświadczam „zatłukę” i wysyłam na tamten świat, urywając głowy;
          dłoń owinięta w połówkę kuchennego ręcznika.

          Tego ranka budzę się,
          odsłaniam roletę na oknie wychodzącym na podwórze,
          teren mojej wojny z wiewiórkami, i dostrzegam
          karalucha ukrytego w puszce po dżemie z gujawy, w której poddaję
          intensywnej terapii moją schorowaną orchideę.

          Karaluchy. One przeżyją wojnę nuklearną.

          Ten ucieka – najpierw za ociekacz do naczyń, nierdzewna stal na blacie, dokładnie w miejsce, gdzie moje prawe ramię (obolałe mięśnie, może wywichnięta panewka czy artretyczny staw) akurat nie sięga. Naciągnięty mięsień, cichy zgrzyt.

          Oznaczam miejsce, gdzie uciekł, ale
          nie mogę stwierdzić czy to on czy ona, wciąż nie potrafię określić płci karaluchów.

          Najmłodsze dziecko – „Mamo strasznie się złościsz wiesz”?
          Ja do dzieci niczym telewizyjna Młoda Cebulka:
          "Albo tradycja albo nowoczesność nie można mieć obu naraz, jak jakąś mieszankę.
          Albo tak, albo nie; albo birmańskie, albo amerykańskie".

          Dla moich dzieci wszystko jest razem,
          doprowadzają mnie do szału z tym ich i czarne i białe.
          Włączam pralkę, średni ładunek, dokładam bieliznę przejętą po zmarłej ciotce Anouk.

          Karaluch kryje się, udaje że go nie ma.
          Wlazł w szparę pomiędzy białymi kuchennymi szafkami a brązowo–beżowymi ściennymi płytkami.
          Dobieram starannie broń, przedłuży moje ramię.
          Musi być lekka, musi być zabójcza;
          szybki cios, karaluchy są ruchliwe i przebiegłe.
          Nie, nie rolka kuchennych ręczników, ani sztuczna kość naszej suczki; ona już jej nie pogryza, dostaje teraz ludzkie smakołyki, cały czas, jest już rozkapryszona.

          Sekunda – i już mam idealną broń.
          Naciskam karalucha, lekko, krawędzią cienkiej plastikowej deski do krajania;
          odcinam nią sprawnie
          głowę, ale tułów wciąż się rusza.

          Ja jestem ludzką istotą, mam większy mózg
          Muszę zwyciężyć.

          Ścieram to, co wyciekło, ze ściennych płytek i blatu
          połówką taniego kuchennego ręcznika, oszczędzam.
          Wyciskam jeszcze resztę żywotnych soków z jego ciała –
          spróbuj się teraz wykręcić, karaluchu.

          Wyrzucam zgnieciony tułów do kubła na śmieci.

          Śmieci zabiera miasto, używa ciężarówek; łapy robota podnoszą kubeł i przerzucają śmieci na platformę.
          Myję deskę do krajania, starannie, usuwam po-karaluszy brud.

          Ja jestem ludzką istotą, muszę zwyciężyć

          Czy tak wygląda ludobójstwo?
        • starywro-bel Re: Wojna karaluchom 13.01.17, 14:37
          Czytalem jakie sa domowe recepty na karaluchy. Mam ich tez, w koncu jestenm goj. Jest ich co niemiara tylko ze; karaluch jak Rzyd ma juz genetyczny genom wyczuwajacy ze to pulapka. Od karaluchow ci oni wzieli sposob na przetrwanie i zerowanie.
          Na Rzyda najlepszy jest muchozol.
    • igor4.uk Re: Wojna karaluchom 13.01.17, 14:24
      cepekolodziej,nie watpie,ze w tym watku poruszasz jakis bardzo powazny temat,ale nie za cholere nie moge dojsc do tego,o co Tobie chodzi,chociaz pewne pomysly mam smile
      • cepekolodziej Re: Wojna karaluchom 13.01.17, 14:57
        O to, co już możesz odczytać we wpisie tego buca starywro.

        O łatwości, z jaką codzienna praktyka zyciowa może stanowić model - i ułatwić przejście do działań ludobójczych.
Pełna wersja