cepekolodziej
15.01.17, 16:27
Po raz pierwszy zetknąłem się z zasadniczą cechą tradycji, jaką jest zmienność i niepewność przekazu, w szkole średniej w mieście K.
Mieliśmy tam trochę dziwnego nauczyciela historii. Chodził zawsze wyprostowany, ale z dziwnym skrętem tułowia. Dopiero kiedy siadał i, podciągnąwszy nogawkę, wyciągał przed siebie nogę, zauważało się, że to proteza, sięgająca gdzieś połowy uda.
Nazywano go już od dawna Hefajem - w nawiązaniu do kulawego Hefajstosa.
Hefaj nie stronił od napojów wyskokowych. To było widać, kiedy był po - ciekawie opowiadał.
Najciekawsze opowieści dotyczyły okoliczności utraty nogi. Zapamiętałem trzy wersje, ale było ich pewnie więcej. W jednej z nich brał udział w bitwie pod Lenino, w drugiej - przy przełamywaniu Wału Pomorskiego. Ale najciekawsze opowieści snuł, kiedy opowiadał, jak wyglądała bitwa pod Monte Cassino, i jak właśnie tam trafiła go kula niemieckiego snajpera, jak się tam przez wiele godzin wykrwawiał i jak - zanim położono go na nosze - odcięto mu nogę, wiszącą na paru pasemkach skóry.
Słuchaliśmy zafascynowani. I nie było ważne, że w mieście K. wiedziano, że stracił nogę po nieudanym zeskoku z piętra eksplorowanej po wojnie niemieckiej fabryki.
Fascynacja brała się ze spotkania - w jego osobie - z niejednoznacznością historii, nie tylko osobistej, ale z historii jako takiej. Łatwiej nam przychodziło wysłuchiwać oficjalnych wersji zdarzeń, i tych innych przekazywanych przez Wolną Europę, i jeszcze innych, opowiadanych w trakcie spotkań rodzinnych, przy wódce.
Uczyliśmy się, wcześnie, rekapitulować zdarzenia w zleżności od wymagań rozmówcy. A potem, cynicznie, opowiadaliśmy to sobie, używając fraz typu: "a ja mu na to Hefajem ---"