benek231
14.03.17, 21:23
Wywiad. Maciej Stasiński 13 marca 2017r.
Jak któryś ambasador próbuje umówić wizytę rządową, to mu odpowiadają, że kalendarz jest pełny. Pojawiać się w polskim towarzystwie jest niewygodnie: o, znowu ci dziwni Polacy. A gdy Polska teraz spadnie do drugiej ligi, to już się nie dźwignie. Płot będzie tylko rósł
Maciej Stasiński: Po blamażu rządu w sprawie wyboru Donalda Tuska Unia Europejska wydaje się ruszać z martwego punktu. Dokąd?
Marek Grela*: Trzeba rozumieć, jak działa Unia. Są traktaty, zapisy i rozporządzenia. Mnóstwo tego i z początku wydaje się, że panuje chaos, niekończące się dyskusje i negocjacje. Ale przychodzi ten dzień, kluczowe posiedzenie, i nagle kraje zmieniają zdanie, przeforsowują jeden pomysł i jest porozumienie. Kiedyś Włochy miały kłopot z kwotą mleczną, była za mała i ją przekraczały. Groziła im kara. Biedni Włosi, będą musieli płacić, mówiono. Kiedy przyszło co do czego, karę zarządzono i zaraz potem ją umorzono. Tak działa Unia. Kiedy jest wola, rozwiązanie się zaraz znajduje.
Premier Szydło tego nie rozumie. Nie rozumie też kolosalnej roli powiązań instytucjonalnych – w Unii ludzie pracują po 20-30 lat i mają ogromne doświadczenie – oraz precedensów. Silne kraje używają tych mechanizmów. Korzyści lub skutki porażki nie przychodzą natychmiast, lecz po jakimś czasie.
Proces ucierania nam nosa już się toczy. Spotkanie w Wersalu, gdzie Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy zapowiedziały, że będzie integracja różnych prędkości, to było ostrzeżenie. Pogrożono palcem, że poradzą sobie bez nas.
A w Brukseli już uderzono politycznym kijem. Kiedy Hollande powiedział zirytowany: „Wy macie swoje zasady, a my fundusze”, może zabrzmiał niepoprawnie, ale on tylko powiedział głośno to, co mówią już wszyscy: nie będziemy finansować ekscesów Kaczyńskiego.
PiS pokazuje, że nic nie rozumie, gdy mówi, że to Niemcy innym coś kazały. To nie Niemcy. Niemcy cały czas łagodziły i starały się Polskę przekonać. Dlatego przed szczytem minister spraw zagranicznych Gabriel jeździł do Warszawy. W Brukseli sprawy w swoje ręce wzięły państwa członkowskie.
Z kolei z Francją trzeba umieć rozmawiać, bo Paryż szanuje silnych i mądrych – słabych i głupich zdepcze.
„Die Welt” napisał, że źle się stało, iż Polskę trzeba udobruchać, że lepiej mieć z Polską święty spokój. Ale nikt już w Unii nie chce świętego spokoju.
Trzeba pamiętać, że entuzjastów rozszerzenia na Wschód, zwłaszcza o Polskę, nie było początkowo zbyt wielu. Otwarcie za były Niemcy, Wielka Brytania, kraje Europy Północnej, jak Szwecja, Finlandia i Dania, Włochy, były przyjazne. Niemcy – główny rzecznik – uważały, że bez Polski rozszerzenie o mniejsze kraje regionu nie ma politycznego sensu. Mało kto już pamięta o pomyśle, by z Polską poczekać, a na próbę przyjąć Estonię, Czechy, Węgry i Słowenię. Mówiono: trzeba im dać więcej czasu, niech się dobrze przygotują. Ostrożne – ze względów politycznych i finansowych – były zwłaszcza kraje Południa. Francja obawiała się przesunięcia punktu ciężkości Unii na Wschód i wzmocnienia pozycji Niemiec, uspokoiła ją dopiero zgoda Berlina na kontynuację wspólnej polityki rolnej. Uboższe kraje śródziemnomorskie – Hiszpania, Grecja czy Portugalia – bały się zmniejszenia funduszy unijnych. Jeszcze kilka lat później wielu hiszpańskich i portugalskich polityków twierdziło, że ich kłopoty wiążą się z rozszerzeniem Unii na Wschód.
I co teraz Polsce grozi oprócz marginalizacji? Artykuł 7 traktatu o Unii Europejskiej i sankcje za naruszenie jej wartości?
– Niekoniecznie. Zostaniemy „ukarani” mimochodem.
Wspólnota ma teraz ważne sprawy do rozwiązania: uchodźców w obozach przejściowych w Grecji i Włoszech, wzmocnienie granic, Brexit. Z jednej strony to oznacza dla Unii wydatki, z drugiej – od 2019 roku wspólny budżet zostanie okrojony o brytyjski wkład i ktoś będzie musiał pokryć tę dziurę. Owszem, Unia wyznaje zasadę, że biedniejszym należą się środki unijne. Ale w stanie konieczności zasady się zmieni. Może coś zostanie dla Bułgarii i Rumunii, ale dla nas nie. Tym bardziej że znak zapytania wisi nad niezależnością naszego wymiaru sprawiedliwości, co państwa członkowskie rozumieją m.in. jako znak zapytania nad kontrolą wydawania wspólnotowych pieniędzy.
Unia jest organizacją bardzo innowacyjną. Kiedy zachodzi potrzeba, jej służby prawne są w stanie wszystko wymyślić. Po co sięgać po artykuł 7, skoro wystarczy zmienić zasady przyznawania środków – a to się uchwala nie jednomyślnie, lecz większością głosów i Polska tego nie zablokuje.