czuk1
25.10.17, 14:11
Czy kolejny profesor nie ma racji?
wyborcza.pl
Czas pogardy. PiS w dwa lata unieważnił ćwierć wieku ciężkiej pracy Polaków
Nie wycierajcie mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata - krzyczał z mównicy sejmowej prezes PiS Jarosław Kaczyński pod adresem adwersarzy. Warszawa, 18 lipca 2017
Gdyby w 966 roku państwem Polan rządził Jarosław Kaczyński, Polska nie przyjęłaby chrześcijaństwa. Wszak zagrażałoby ono jego suwerennemu jedynowładztwu.
Napisana w 1935 roku przez André Malraux niewielka powieść „Czas pogardy” jest powieścią ukazującą klimat ideowo-duchowy rodzącego się wówczas autorytaryzmu. .......ów specyficzny klimat, sposób traktowania inaczej myślących pojawia się tam, gdzie odradza się władza o podobnych instynktach. Widzimy to od dwóch lat w Polsce.
Jeśli szukać cech wyróżniających, ten okres w polityce i życiu publicznym kreowanym przez obecnie rządzących jest w ogromnej mierze czasem pogardy.
Po pierwsze, pogardy dla wielkich osiągnięć Polski i Polaków od 1989 roku. Żaden kraj, żaden naród byłego bloku komunistycznego nie zmieniły się tak korzystnie w ciągu pozimnowojennego ćwierćwiecza (1989-2015) jak Polska. Dowodzi tego nie tylko wygląd Polski i Polaków (porównajmy obrazki z 1988 i 2014), ale wszelkie mierzalne dane odnoszące się do życia społecznego, gospodarczego, politycznego, kulturalnego. To nie tylko PKB per capita, długość życia, procent ludzi z wyższym wykształceniem, liczba samochodów na rodzinę, ale także standardy demokracji, praw człowieka, rola samorządu, wolne media, aktywność organizacji pozarządowych, żywiołowa przedsiębiorczość.
To przedmiot nie tylko uprawnionej dumy Polaków, ale także podziwu zagranicy, zwłaszcza tych, którzy przed 1989 rokiem nas nie doceniali – Węgrów, Czechów czy Niemców.
Owszem, ten niespotykany w całej historii Polski skok w sferze gospodarczej i cywilizacyjnej nie był pozbawiony nieuchronnych w takich procesach słabości czy schorzeń, ale były one ujawniane i eliminowane, a Polska szła do przodu. Jednak wszystko to spotyka się z pogardą ze strony obecnie rządzących.
Skoro za ostatnim ćwierćwieczem nie stoi wymarzony przez wodza centralny ośrodek dyspozycji politycznej, to musi stać wrogi układ. A jego dziełem może być tylko Polska w ruinie. Stąd zwalczanie i poniżanie ludzi, którzy przyłożyli rękę do osiągnięć Polski w gospodarce, polityce czy kulturze.
Po drugie, jest to pogarda dla państwa i jego instytucji. Wszystko, co jest instytucją demokratycznego państwa lub nie podlega wprost partii rządzącej, nie zasługuje na szacunek. Pokazał to spektakularnie stosunek do jednego z fundamentów demokracji w państwach zachodnich - do Trybunału Konstytucyjnego. Lech Kaczyński przewraca się w grobie, widząc, jaką atrapą stał się obecnie Trybunał i jakiego „sortu” ludzi postawiono na jego czele. Pogarda dla Trybunału Konstytucyjnego wyraża szerszą pogardę - dla konstytucji, która jest częścią majestatu państwa, jego wewnętrznej i międzynarodowej powagi. Zakochani po uszy w Donaldzie Trumpie obecnie rządzący powinni byli posłuchać, co mówił on na forum ONZ o konstytucji Stanów Zjednoczonych. Szkoda, że nie chciał tego słyszeć przebywający tam również wtedy prezydent Duda… Zresztą rządzący Polską PiS objął pogardą i jego urząd. Ale asumpt do tego dał sam Andrzej Duda. W tej pogardzie dla państwa i jego urzędów wyraża się przekonanie o nadrzędności partii. Wola grupy trzymającej władzę ma być realizowana przez posłuszne jej instytucje państwowe, a państwo musi być przez partię starannie skolonizowane. Tak jak w PRL. I tak jak w Zimbabwe.
Po trzecie, to pogarda dla pozycji Polski w Europie, dla jej miejsca i wizerunku w rodzinie wolnych narodów. Można się cieszyć, że minister Waszczykowski wstał z kolan, tylko zastanawia to, co on tak długo robił w tej pozycji. Polacy po 1989 roku na kolanach nie byli. Przeciwnie, zanim jeszcze Polska odbudowała siłę wewnętrzną, budowali siłę i pozycję Polski na scenie międzynarodowej, zwłaszcza w Europie. Pokazali to, wchodząc szybko, nierzadko wbrew oporowi innych państw, do głównych instytucji świata Zachodu – Rady Europy, NATO, Unii Europejskiej, OECD – oraz poprawnie układając stosunki ze swymi sąsiadami. Także z tymi, z którymi przez wieki pozostawali w konflikcie.
Nie może być inaczej, skoro kompetentną, zdolną do inicjatywy i obrony polskich interesów politykę zagraniczną poprzedników zastąpiły fobie, kompleksy i brak kompetencji. Minister Waszczykowski chętnie w przeszłości sławił ministra Krzysztofa Skubiszewskiego. Lubił podkreślać (teraz zapewne tego nie robi), że to właśnie prof. Skubiszewski przyjął go do pracy w MSZ. Pierwszy minister spraw zagranicznych suwerennej Polski musi się w grobie przewracać, widząc realizowany przez obecnego ministra pełny odwrót od jego polityki zagranicznej. Ponadto Waszczykowski zwalnia właśnie tych, którzy przyszli do dyplomacji w czasach Krzysztofa Skubiszewskiego. PRL-owskie praktyki powróciły do dyplomacji PiS. Tak, mamy pozycję Polski w realnej ruinie, Polski, z którą w Europie poza Orbanem nikt nie chce mieć do czynienia. A czystki kadrowe zarządzone przez partię pogardy dla Polski tę ruinę jedynie pogłębią.
Jest to, po czwarte, pogarda dla prawdy i wartości, które dotąd były również polskimi wartościami. Freudowska pomyłka Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie („nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne”) ujawniła stosunek jego obozu do prawdy. To, czym PiS się posługuje, nie jest żadną postprawdą, tylko systematycznym, używanym w celu zdobycia i utrzymania władzy kłamstwem i oszustwem, także oszczerstwem. Kłamstwo smoleńskie, które stworzył PiS, aby pomóc sobie dojść do władzy, nie było doraźnym odstępstwem od prawdy, tylko konsekwentną metodą stosowaną w wielu dziedzinach i wobec każdego, kto się mu sprzeciwia. Politycy tej opcji już tak się zrośli z kłamstwem, że zatracili zdolność mówienia prawdy, a kłamstwo produkują bez zmrużenia oka i bez rumieńca na twarzy.
Pogarda dla wartości ujawniła się dramatycznie przy okazji kryzysu uchodźczego. Chodzi o zasadę człowieczeństwa będącą fundamentem chrześcijańskiej moralności. Rządzący nie znają opowieści o dobrym samarytaninie. Ich katolicyzm jest pogański, bez chrześcijańskich korzeni w Jerozolimie, Nazarecie i Rzymie. Korzenie ich katolicyzmu są w Toruniu, a to bardzo płytko. Gdyby w 966 roku państwem Polan rządził Jarosław Kaczyński, Polska nie przyjęłaby chrześcijaństwa. Wszak zagrażałoby ono jego suwerennemu jedynowładztwu. Biskupa Wojciecha odesłałby tam, skąd przyszedł. "Powiedz swemu panu, że my tutaj nie potrzebujemy obcych bogów" - usłyszałby biskup na pożegnanie.
Tak samo dzisiaj rządzący odsyłają Komisję Wenecką, która mówi o potrzebie przestrzegania europejskich wartości, w tym trójpodziału władz, czy komisję z Brukseli, która mówi o zasadzie człowieczeństwa w stosunku do rodzin uciekających przed wojną. W tym drugim przypadku PiS ukazało w pełni swą zdradziecką twarz w stosunku do polskiego narodowego etosu, bowiem nasz kraj w przeszłości wielokrotnie udzielał schronienia uchodźcom, nie mówiąc już o tym, że Polacy wielokrotnie znajdowali schronienie w innych krajach. I tamte kraje nie zamykały drzwi, mówiąc (jak premier Szydło i jej rządowi giganci), że trzeba najpierw usunąć przyczyny uchodźstwa tam, ......"