benek231
11.11.17, 18:32
Anne Applebaum: Trump, Kaczyński i ich kumple. Bolszewicy wracają.
Le Pen, Trump, Orbán, Kaczyński - opisuje się ich jako "skrajną prawicę", ale z prawicą mają mało wspólnego. PiS dzieli Polaków na tych prawdziwych i na gorszy sort. Trump twittuje o "wrogach ludu". Lenin jak żywy.
Do początku 1917 r., w przededniu rewolucji rosyjskiej, większość ludzi, którzy stali się znani na świecie jako bolszewicy, niewiele osiągnęło w swoim życiu. Przebywali w więzieniach i poza nimi, ciągle pod nadzorem policji, rzadko kiedy pracowali. Lenin większość czasu w dziesięcioleciu poprzedzającym rewolucję spędził, wędrując między Krakowem, Zurychem i Londynem. Stalin w tych latach przebywał na Kaukazie, wymuszając pieniądze za ochronę i rabując banki. Lwa Trockiego, który uciekł z syberyjskiego zesłania, można było znaleźć w wiedeńskich kawiarniach; kiedy wybuchła rewolucja, epatował swoją błyskotliwością podczas zebrań socjalistów w Nowym Jorku.
Były to postacie marginalne nawet w rosyjskim podziemiu rewolucyjnym. Trocki odegrał niewielką rolę w zakończonej niepowodzeniem rewolucji 1905 r. – krwawej, spontanicznej rewolcie, którą historyk Richard Pipes określił jako „wstępny szok” – a Lenin był za granicą. Żaden z nich nie odegrał poważniejszej roli w rewolucji lutowej, pierwszej z dwóch rewolucji, do jakich doszło w 1917 r., kiedy wygłodzeni robotnicy i zbuntowani żołnierze opanowali ulice Piotrogrodu, jak wówczas nazywano Sankt Petersburg, zmuszając cara do abdykacji. Aleksander Szlapnikow, jeden z nielicznych bolszewików, którym udało się wówczas dotrzeć do rosyjskiej stolicy, początkowo nawet uznał lutowe protesty uliczne za mało znaczące: jaka rewolucja? Dajcie robotnikom po funcie chleba, a cały ruch zamrze.
Chaotyczne wybory do pierwszego sowietu robotników, czegoś w rodzaju spontanicznej rady, odbyły się na parę dni przed abdykacją cara; bolszewicy uzyskali jedynie ułamek głosów. W tamtym momencie powszechnym poparciem cieszył się Aleksander Kiereński, który miał się stać liberalnym przywódcą Rządu Tymczasowego. Siedem miesięcy później władzę objęli bolszewicy.
Jeden z moich rosyjskich przyjaciół lubi powtarzać, na wzór słynnego żartu Woltera o Świętym Cesarstwie Rzymskim, że nazwa „wielka rewolucja październikowa”, jak ją zawsze nazywano w czasach sowieckich, nie odpowiadała w żadnym stopniu tworzącym jej nazwę trzem słowom: nie była ani wielka (była klęską gospodarczą i polityczną), ani październikowa (zgodnie z kalendarzem gregoriańskim miała miejsce 7 listopada), a nade wszystko nie była rewolucją. Była bolszewickim zamachem stanu.
Nie była też jednak przypadkiem. Lenin zaczął spiskować, żeby przemocą przejąć władzę, zanim jeszcze w ogóle usłyszał o abdykacji cara. Natychmiast – „w ciągu paru godzin”, jak to w znakomitej nowej biografii „Lenin. Człowiek, dyktator, mistrz terroru” napisał historyk Victor Sebestyen – wysłał listę rozkazów do swoich kolegów w Piotrogrodzie. Brzmiały m.in.: „żadnego zaufania ani wsparcia dla nowego rządu”, „uzbrójcie proletariat”, „żadnego zbliżenia z innymi partiami”. Przebywając w odległej Szwajcarii, nie mógł mieć pojęcia o tym, co reprezentuje nowy rząd. Jako człowiek jednak, który w poprzednich 20 latach znaczną część swego czasu poświęcił na walkę z „demokracją burżuazyjną” i na zjadliwą argumentację przeciw wyborom i partiom, wiedział już, że chce go zmiażdżyć.
To ekstremizm Lenina był tym, co spowodowało, że rząd niemiecki, prowadzący wówczas wojnę z Rosją, pomógł mu w realizacji jego planów. Jeden z niemieckich wysokich urzędników doradzał: „Zdecydowanie musimy starać się doprowadzić do maksymalnego chaosu w Rosji. Musimy potajemnie robić wszystko co możliwe, żeby zaostrzać różnice między partiami umiarkowanymi i skrajnymi (…), skoro jesteśmy zainteresowani wygraną tych drugich”.
Kaiser osobiście zatwierdził ten pomysł; jego generałowie mieli nadzieję, że doprowadzi to do załamania się państwa rosyjskiego i do jego wycofania się z wojny. Rząd niemiecki obiecał Leninowi fundusze, wsadził jego i 30 innych bolszewików – w tym jego żonę, Nadieżdę Krupską, a także kochankę, Inessę Armand – do pociągu i wysłał ich do rewolucyjnego Piotrogrodu. Przyjechali na Dworzec Fiński 16 kwietnia 1917 r., gdzie powitał ich wiwatujący tłum.
Kilka dni później Lenin ogłosił swoje tezy kwietniowe, które były odzwierciedleniem rozkazów wysyłanych przez niego z Zurychu. Traktował fakt, że bolszewicy są w mniejszości, jako sytuację przejściową, skutek nieporozumienia: „Musi się wyjaśnić masom, że Rada Delegatów Robotniczych jest jedyną możliwą formą rządu rewolucyjnego”. Okazał pogardę dla demokracji, odrzucając koncepcję republiki parlamentarnej jako „krok wstecz”. Wzywał do zniesienia policji, armii i biurokracji, a także do nacjonalizacji całej ziemi i wszystkich banków.
Mnóstwo ludzi sądziło, że zwariował. Jednak w kolejnych tygodniach Lenin trzymał się swojej skrajnej wizji, mimo sprzeciwów jego bardziej umiarkowanych kolegów. Prowadził agitację w całym mieście. Posługując się formułą, którą naśladowali i powtarzali demagodzy na całym świecie przez całe dziesięciolecia – włącznie z demagogami dnia dzisiejszego, o czym więcej za chwilę – on i inni bolszewicy oferowali biednym proste odpowiedzi na złożone pytania. Nawoływali o „pokój, ziemię i chleb”. Zarysowywali piękne obrazy niemożliwej do urzeczywistnienia przyszłości. Obiecywali nie tylko zamożność, ale też szczęście, lepsze życie w łonie lepszego narodu.
Trocki pisał później, uderzając w niemal mistyczne i liryczne tony, o tym okresie, kiedy „odbywały się wiece w fabrykach, szkołach i uczelniach, w teatrach, cyrkach, na ulicach i placach”. Najbardziej lubił wspominać wydarzenia, które miały miejsce w piotrogrodzkim cyrku:
„Zazwyczaj przemawiałem w cyrku wieczorem, niekiedy późno w nocy. Moi słuchacze składali się z robotników, żołnierzy, ciężko pracujących matek, urwisów ulicznych – uciskanych przez kapitał. Każdy cal był zapełniony, każde ciało ludzkie ściśnięte do granic możliwości. Młodzi chłopcy siedzieli na ramionach swoich ojców; matki trzymały przy piersiach niemowlęta. Nikt nie palił. Balkony groziły zawaleniem pod nadmierną masą ciał ludzkich. Przechodziłem do podestu wąskim przejściem między ludźmi, niekiedy byłem przenoszony nad ich głowami. W powietrzu, nasyconym oddechami i oczekiwaniem, wybuchały okrzyki.
Żaden z mówców, najbardziej nawet wyczerpany, nie mógł się oprzeć elektrycznemu napięciu panującemu w tym rozpalonym ludzkim tłumie. Ci ludzie chcieli wiedzieć, chcieli zrozumieć, chcieli poznać swoją drogę. Niekiedy wydawało mi się, że czuję wargami surową dociekliwość tego tłumu, który się stopił w jedną całość. Wszystkie argumenty i słowa, obmyślone z góry, załamywały się i cofały przed imperatywem sympatii; wychodząc z mojej podświadomości ukazywały się w pełnym porządku inne słowa, inne argumenty, całkowicie nieprzewidziane przez mówcę, ale potrzebne tym ludziom”.
To poczucie jedności z masami – dziwacznie narcystyczne uczucie, że jest prawdziwym Głosem Ludu, żywym ucieleśnieniem dyktatury proletariatu – podtrzymywało Trockiego i napędzało go. Jednocześnie skrywało to, że podobnie jak Lenin – kłamał.