czuk1
12.11.17, 15:49
.... wprowadzam temat, polemika moja w następnym wpisie....
businessinsider.com.pl
Przewidział kryzys z 2008 r. Teraz apeluje: "Polacy, przed wami bardzo poważne zadanie",,,,Damian Szymański dziennikarz robiący wywiad
– Przed Polakami stoi bardzo poważne zadanie. Aby wybić się na poziom kraju wysokorozwiniętego musicie zwiększyć wydatki na inwestycje, badania i rozwój, wydajność pracy. To wymaga mądrej polityki gospodarczej – mówi w rozmowie z Business Insider Polska prof. Nouriel Roubini, ekonomista, który jako jeden z pierwszych przewidział kryzys z 2008 r., co przyniosło mu międzynarodową sławę i żartobliwą ksywę "pan zagłada" (Mr. Doom).
Kiedy polskie pensje sięgną tych z Zachodu? Czy czeka nas kolejny kryzys? Jakie są największe ryzyka dla Europy i świata? Jak się przed nimi bronić? – to tylko kilka pytań, na które odpowiada Nouriel Roubini. Jest on w świecie ekonomii postacią wyjątkową – profesor zajął 4. miejsce na liście 100 najważniejszych myślicieli magazynu "Foreign Policy".
Nouriel Roubini, patrząc przez okno: Pięknie to wszystko wygląda.
Jeszcze w latach 80. Teraz ten kraj wygląda zupełnie inaczej niż wtedy. Przeszliście wspaniałą drogę.Pan Zagłada jest w znakomitym nastroju. [b]Mamy się bać? Przywozi pan do Warszawy dobre czy złe wiadomości?/b]
Jestem raczej "panem realistą" niż "panem zagładą" (śmiech). Chociaż kiedy zaczęły się różne finansowe napięcia w gospodarce, byłem pierwszym, który zaczął o tym głośno mówić. Stąd ta ksywa. Ekonomiści zawsze muszą ważyć racje, sprawdzać ryzyka, sumować plusy i minusy oraz nieraz ostrzegać. To ciężki biznes. Ale dla Polski nie mam złych informacji.
Nasz kraj jest teraz w samym środku cyklicznej koniunktury. Gospodarka kwitnie.
Trudno się z tym nie zgodzić. Polska gospodarka od czasu przemian rozwija się średnio ok. 4 proc. rocznie. Bank Światowy, MFW, agencje ratingowe przewidują, że będziecie nadal rosnąć w przedziale 3,5–4,5 proc. Potencjalny wzrost może nawet jeszcze bardziej wzrosnąć. Przed wami jednak bardzo poważne zadanie.
Czyli?
Niech pan posłucha. Kiedy jest się mało rozwiniętym krajem, wystarczy zakumulować kapitał, mieć ludzi do pracy i osiąga się niesamowite wzrosty. Jednak gdy osiągnie się już pułap średniego rozwoju, jak wy teraz, wcale nie jest tak prosto wybić się na poziom krajów wysokorozwiniętych. Należy wtedy zwiększyć innowacje, inwestycje, wydajność pracy, produktywność, wydatki na badania i rozwój. To jest znacznie cięższe do przeprowadzenia i wymaga bardzo mądrej oraz odpowiedzialnej polityki gospodarczej.
A jaka jest dobra wiadomość?
Moim zdaniem z 4-proc. wzrostem PKB za 5–10 lat możecie zbliżyć się do krajów o wysokim poziomie zarobków. To całkiem dobra perspektywa.
Mówiąc o perspektywach, zgadza się pan z Bankiem Światowym, który jako jedno z kardynalnych zagrożeń dla Polski w kolejnych latach przewiduje brak wykwalifikowanych pracowników?
Wcale się nie dziwię. Obniżono u was wiek emerytalny, cała Europa zmaga się ze starzejącym się społeczeństwem, a z Polski wyjechało sporo osób. Muszę jednak podkreślić, że jeśli będzie się inwestować w ludzi, w ich naukę, w edukację, a gospodarka będzie rosła, wielu rodaków po prostu wróci do Polski. Pamiętajmy, że ludzie kochają swoje rodzinne kraje. Jeśli zobaczą, że można tutaj dobrze żyć, wrócą.
Wrócą, o ile nie zdarzy podobny krach jak ten z 2008 r. Skoro przewidział pan największe załamanie światowej gospodarki od czasu wielkiego kryzysu z 1929 roku, nie mogę nie zapytać, czy przypadkiem teraz świat nie stoi nad podobnym urwiskiem. Czy widzi pan gdzieś pierwsze oznaki załamania?
W ciągu 1,5–2 lat takiego zagrożenia nie widzę, ale na dłuższą metę na pewno jakiś kryzys się pojawi. Czy to będzie w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Japonii? Tego nie wiemy. Czy będzie globalny, czy dotknie tylko jednego kraju? Tego też nie wiemy. Trzeba jednak pamiętać, że kryzys to nie jest coś nieprzewidywalnego jak np. trzęsienie ziemi. Kryzys się buduje. Stopniowo. Warstwa po warstwie. Wspinamy się coraz wyżej, aż osiągniemy punkt finalny. Wtedy: "Bum". Mamy krach.
I jesteśmy teraz w połowie tej drogi na szczyt przesilenia? Czy dopiero zaczynamy się wspinać?
Są pewne miejsca w zlewarowanym amerykańskim sektorze przedsiębiorstw, które mogą sprawić kłopot. Martwić może również sektor instytucji pozabankowych, czy rosnący dług państw, ale nie widzę na razie zbliżającego się krachu. Trzeba jedynie tę sytuację dobrze monitorować. Długi muszą być przeznaczone na inwestycje, a nie przejedzone, wtedy unikniemy kolejnego kryzysu finansowego.
Chce pan powiedzieć, że po 2008 r. historia jednak czegoś nas nauczyła?
Jest bardzo zauważalna zmiana w sektorze bankowym zarówno w USA, jak i w Europie. Wcześniej musieliśmy się zmierzyć ze sporym lewarowaniem, podwyższonym ryzykiem czy brakiem płynności. Wprowadzono jednak wiele rozwiązań, dzięki którym branża bankowa jest znacznie stabilniejsza. Poprawa jest zauważalna. Choć wciąż, szczególnie na peryferiach strefy euro, znajdują się banki, których bilanse muszą być uprzątnięte, zwłaszcza ze względu na złe kredyty. Potrzebna jest także konsolidacja i bardziej efektywne zarządzanie.
Ma pan na myśli to, co dzieje się we Włoszech?
Nie tylko tam. Złe kredyty są wciąż zmorą Greków, czy niektórych hiszpańskich banków. Trzeba jednak wspomnieć, że zasadniczo ten sektor nabrał ogłady. Wszystko idzie w dobrym kierunku.
Optymista z pana. Ostatnio Torsten Slok, główny ekonomista Deutsche Banku przekonywał, że na rynku obligacji z ujemną rentownością utworzyła się gigantyczna bańka rzędu 8 bilionów dolarów. Nie dostrzega pan tutaj pewnego ryzyka?
Globalna gospodarka rośnie, inflacja wciąż jest niska, banki centralne powoli zaczynają się wycofywać ze swojej niekonwencjonalnej, ultraluźnej polityki monetarnej. Inwestorzy kupują ryzyko i są do niego optymistycznie nastawieni. Nie widzę więc na razie zagrożeń. Jeśli doszłoby do szybkiego wzrostu rentowności obligacji, być może jakaś większa korekta na akcjach mogłaby się zdarzyć. Jednak nie do końca w to wierzę.
Dlaczego?
Bo są ku temu fundamentalne przesłanki. Na świecie jest teraz bardzo dużo oszczędności, niewiele jest za to nakładów na inwestycje. Rynkom pomaga także wspomniana ultraluźna polityka banków centralnych, które skupowały obligacje i ścięły dochodowość papierów dłużnych poniżej zera. Oczywiście, to nie znaczy, że banki mogą spać spokojnie. Muszą na tyle roztropnie i na tyle ostrożnie normalizować swoje działania, żeby dopasować się do oczekiwań rynkowych.
Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego, kilkanaście dni temu podczas jednego z najważniejszych posiedzeń banku od lat mówił, że poważnymi zagrożeniami dla Europy jest silne euro oraz globalne zawirowania.
Rzeczywiście, euro w tym roku się nieznacznie umocniło. Ale uważam, że poziom poniżej 1,2 lub 1,15 wobec dolara nie powinien nas martwić. Zresztą Europejski Bank Centralny nie będzie dążył do umocnienia euro, ponieważ to oznaczałoby spowolnienie inflacji, europejskie towary byłyby mniej konkurencyjne na rynkach, co zachwiałoby równowagą handlową. A przecież nikt tego nie chce.
Ale potencjalny wzrost gospodarczy strefy euro wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie.
To prawda. Dlatego potrzebujecie reform strukturalnych – unii nie tylko politycznej, ale także bankowej. Musicie również zastanowić się, jak blisko można ze sobą współpracować na polu fiskalnym. Wiem, że wciąż toczą się u was debaty na ten temat, ale stopniowo należy dążyć do coraz większej unii finansowej, bo dzięki temu stanie się ona znacznie stabilniejsza. Oczywiście należy uwzględnić także pewne ryzyko polityczne – wybory we Włoszech, zawirowania z Katalonią...
...twardy Brexit?
Brexit początkowo miał doprowadzić do dezintegr ,,, ----