Dolny Śląsk

22.11.17, 18:39

Lata 48-49, zanim do podstawowej.

Pierwsze spotkanie z cudowną przyrodą. Ścieżki wśród wzgórz, leszczyny, głogi. Wielkie sosny na miedzach. Mroczne lasy, świerki, jodły. Na polanach jagody, maślaki.

Odosobnione gospodarstwa, domy, stajnie, obory kryte czerwoną dachówką; ogrody, chmury wiśniowego, jabłoniowego kwiecia. Barwne ule, brzęk pszczół.

Niewielkie wsie, dźwięk młotów z kuźni, dzwony z wiejskich kościółków, przed każdym krucyfiks, figura Maryi, na łonie złożony z krzyża Jezus.

Kamienna Góra. Krzeszów, Strzegom, stare domy, odrzwia, okiennice - barwy, błękit, granat, łagodny, przejrzysty brąz. Granitowy bruk. Jasne plamy światła z ulicznych lamp - w wieczornej mgle.

Ostatni raz w Cieplicach, 1953.

Potem już nigdy. Tylko we wciąż powracających wspomnieniach.
    • arceszk Re: Dolny Śląsk 23.11.17, 15:41
      Napisałem: potem już nigdy. Tak, już nigdy w Krzeszowie, Strzegomiu, Bardo.

      Nie wiem, jak teraz wyglądają.

      Ale był Karpacz i Śnieżka. I była jeszcze Kamienna Góra.

      Dom, w którym mieszkaliśmy w Kamiennej Górze przez ponad trzy lata, mówił do mnie, wciąż mówi. Odzywał się do mnie szeptami dawnych lokatorów, chciał mnie w siebie wchłonąć, przenieść wbrew mojej woli w inny wymiar czasu. Bałem się go, jego ciemnych schodów i mrocznych zakamarków. Otwierał przede mną piwnice, strychy, i wciąż nowe ślady obecności tych innych, poprzednich lokatorów. Ten dom gadał. Obecnością wielkich pieców w pokojach, sztukateriowych plafonów,
      dębowych boazerii. Wielkiego kotła w kuchni, w którym podgrzewała się woda. Wielkich, ciężkich mebli, zbieraniny dziwnych bibelotów z niepolskimi napisami, pejzaży na ścianach z niepolskimi nazwiskami malarzy. Gadał przez niemieckiego Polaka, zegarmistrza Bednarka, który miał swój warsztat i mieszkanie na parterze. Od czasu do czasu pani Bednarkowa zapraszała mnie do siebie, częstowała kompotem. Na ścianie ich ciemnego mieszkania, pełnego mięsistych stor i aksamitnych
      powleczeń na meble, wisiała wielka fotografia płonącego sterowca; pani Bednarkowa, ocierając łzy fartuchem mówiła: to Zeppelin, spalił się w Ameryce, tam był nasz jedyny syn (dowiedziałem się później, że to był "Hindenburg", spłonął w Lakehurst w trzydziestym siódmym; żałoba Bednarków była
      niedawna, zaledwie trzynaście lat).

      Ten dom wciąż we mnie żyje, był, myślę, moim najważniejszym doświadczeniem przestrzeni, przestrzeni do opanowania, labiryntu dróg w nim samym, ścieżek wiodących z niego i do niego.

      Pamiętam jego fasadę, rynny okryte szarym nalotem; jedna, na samym rogu, była dziurawa, przy wielkich ulewach tryskała z niej pozioma strużka wody. Przy samym domu chodnik z drobnej granatowo-ciemnej granitowej kostki. Kute balustradki przy oknach mansardowych pomieszczeń. Grube krokwie podtrzymujące dach, bielone kominy rozjaśniające mrok strychu. Ciężkie, rzeźbione drewniane drzwi, ze skrzypiącymi zawiasami. Schody niemal niewidoczne - nie paliła się żadna żarówka, świetlika u góry od wielu lat nie czyszczono.

      Ten dom zostawił we mnie trwały ślad. Śni mi się, wracam do niego - mimo że sam nie zostawiłem w nim żadnego śladu swego istnienia. Ten dom już wtedy umierał, zbudowano go solidnie, na przełomie XVIII i XIX wieku, ale nie na wieczność.

      W dziewięćdziesiątym czwartym byłem po czterdziestu dwu latach w Kamiennej Górze, na godzinę, nie więcej. Byłem na Placu Wolności. Chodnik wokół narożnego domu, naszego domu, był odgrodzony wysokim parkanem z desek i falistej blachy, na parkanie napis: prace remontowe. Jedna ściana mojego domu, mojego dzieciństwa, mojej historii, była już zawalona. Widziałem pochyloną podłogę pokoju, w którym ojciec czytał nam dzieciom książki, w którym później odrabiałem pierwsze lekcje, widziałem potrzaskane legary, strzępy trzcinowych mat wypełniających ukryte dla mnie niegdyś
      przestrzenie między podłogą i sufitem.

      Rozbieranie domu. Pośmiertna nagość.

      Nie zabrałem stamtąd żadnego kawałka domu. Chciało mi się płakać, musiałem przestać patrzeć, musiałem odejść. Usiadłem na chwilę na ławce, tyłem do domu, na skwerze, który za moich czasów ocieniony był czworobokiem wielkich kasztanów (patrzyłem na nie przez okno); teraz po drzewach nie zostało już ani śladu.

      Usiadłem obok pani w grubych okularach krótkowidza, z wyglądu mojej rówieśniczki. Nie, nie
      pamiętała nikogo z tamtych czasów. Spytała mnie, kiedy wyjechałem. Kiedy powiedziałem, że w pięćdziesiątym drugim, odpowiedziała – mieliście szczęście, że udało się wam wyjechać z tego przeklętego miasteczka Kamienna Góra.
    • blueelvic2 Tak, nostalgia czasami szarpnie serduchem... 23.11.17, 15:46
      i jestem przekonany, ze nostalgiczne odruchy nasilaja sie z wiekiem.

      "Tamten" swiat juz odszedl i nigdy nie powroci.
      • arceszk Re: Tak, nostalgia czasami szarpnie serduchem... 23.11.17, 18:08
        "Tamten świat" ---

        Wraz z tzw. Ziemiami Odzyskanymi/Zachodnimi otrzymaliśmy piękno - jako zadanie, do oswojenia i podtrzymania, utrzymania.

        Przetrwało?
        • arceszk Re: Tak, nostalgia czasami szarpnie serduchem... 23.11.17, 18:15
          > ... nostalgia czasem szarpnie serduchem<

          A tamci -
Pełna wersja