O nas Polakach - ciekawy wywiad :O)- nie dla hitl.

18.12.17, 04:54
Jesteśmy bardzo blisko erupcji przemocy na dużą skalę. To się musi wydarzyć

Dr Paweł Dobrosielski - kulturoznawca i filozof, zajmuje się naukowo analizą dyskursu, pamięcią zbiorową i studiami krytycznymi, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej UW. Autor książki „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach”, wyd. IBL PAN, Warszawa 2017

Maciej Stasiński: Język debaty politycznej albo nawet cała mowa publiczna w Polsce są coraz bardziej brutalne. Pełne ksenofobii, rasizmu, nienawiści. Na Uniwersytecie Warszawskim profesor prawa żegna po wykładzie studentów, mówiąc, żeby wychodzili z sali w lewo, bo na prawo „stoi asfalt”.
Paweł Dobrosielski: Nie do wiary. Mój kolega napisał ostatnio na Twitterze: „Na moim wydziale jest wielu studentów o mało słowiańskich rysach. Każdy z nich, i to niejednokrotnie, doświadczył w ostatnich miesiącach fizycznej lub słownej napaści”. To jest wstrząsające, jak się szerzy mowa nienawiści.

Nie tylko mowa.
- Kiedy ktoś mówi do kogoś o czarnym kolorze skóry czy kogokolwiek innego: „Jesteś głupi i brzydki”, to jest to obelga. Dotyczy cech intelektualnych czy estetycznych. Ale obrażać wolno. Ale jeśli mówi: „Ty asfalcie”, „ciapaty” czy „pedale”, to jest to już mowa nienawiści. Bo dotyczy całej osoby, jej tożsamości, i to jest niedopuszczalne. Dotyczy czegoś, czego jednostka nie wybrała, ale na co została niejako skazana. To jest inwektywa, w której jest zaszyta dyskryminacja całej grupy, a nie obrażenie pojedynczego człowieka. W takich sformułowaniach ocenia się jakichś ludzi jako gorszych od innych i odbiera się im prawa obywatelskie czy prawa człowieka.

Jeśli ktoś mówi: „Należy zamknąć granice i wpuszczać do Polski tylko ludzi na polskich paszportach”, to mu wolno, choćbyśmy ten pogląd uważali za niewłaściwy czy obrzydliwy. Ale jeśli mówi: „Wszystkich brudasów won z Polski”, to jest to już mowa nienawiści. Tę mowę odróżnia od obelgi jeszcze to, że zawiera zachętę do działania, czyli do przemocy. Buduje przyzwolenie na przemoc albo ją wręcz inicjuje. Od przemocy symbolicznej do realnej jest tylko krok.

Skąd ta epidemia? Skąd nazistowski, rasistowski, antysemicki, wręcz pogromowy rap, który pod Stadionem Narodowym w Warszawie, na koniec tzw. Marszu Niepodległości, skanduje kilkanaście tysięcy ludzi?
- Jan T. Gross napisał niedawno, dlaczego Polacy znowu pragną czystej krwi. Pisze, że w ciągu dwóch lat wrogość do uchodźców itp. wzrosła z 25 do 75 proc. W tym samym czasie nic się realnie nie zmieniło. Skład społeczeństwa polskiego jest taki sam. Terroryzmu nie ma, a za granicą jest taki, jaki był, albo mniejszy. Zatem to się bierze z brutalnej i chamskiej propagandy. Wiadomo również, że im społeczeństwa mniej zróżnicowane, tym bardziej ksenofobiczne.

Gross uważa, że źródłem takich postaw jest nieprzepracowany stosunek Polaków do Żydów przed II wojną światową, w czasie wojny i po jej zakończeniu. Nie odrzucam tego, ale w nienawistnej mowie ksenofobicznej, rasistowskiej, nacjonalistycznej jest więcej klocków niż tylko antysemityzm. Ten rap i ta mowa szerzą się wskutek propagandy i przyzwolenia. Przemoc państwa, władzy, policji itd. analizujemy od góry do dołu jako przemoc instytucjonalną. Ale następuje też prywatyzacja przemocy. Władza wyposaża zdeprawowane, zdegenerowane lub zastraszone jednostki w upoważnienie na przemoc, posługuje się nimi, deleguje przemoc. To samonapędzający się mechanizm. I coraz więcej wolno.

W czasie owego Marszu Niepodległości MSW i minister sprawiedliwości bagatelizowali tę agresję.
- Jarosławowi Kaczyńskiemu się wydaje, że to wszystko kontroluje i wykorzysta, ale jest odwrotnie - to go porwie i zmiecie. Ale to nie od Kaczyńskiego się zaczęło. Minister Sienkiewicz kiedyś walnął pięścią w stół i powiedział: „Idziemy po was!”. Chodziło o popełniających przestępstwa z nienawiści w Białymstoku. Ale nigdzie nie poszedł i nigdzie nie doszedł. I to także oznaczało przyzwolenie, dało poczucie bezkarności.

Na koncercie pod stadionem ludzie z klasy średniej wtórowali nazistowskim i rasistowskim raperom, znali te piosenki na pamięć. To już normalizacja nienawiści w komunikacji społecznej.
- Tak jest. Doprawdy, pech prawdziwy miała Młodzież Wszechpolska, że to właśnie jej rzecznik Mateusz Pławski okazał się u nich jedynym rasistą. Ale wywiad Pławskiego o „separatyzmie rasowym” i o tym, że „Murzyn nie może być Polakiem”, publikuje bez mrugnięcia tygodnik „Do Rzeczy”, całkiem mainstreamowe pismo opinii. A to jest jawnie rasistowska i faszystowska wypowiedź.

To jeszcze dopuszczalna forma czy już mowa nienawiści?
- Zdecydowanie to drugie. Za fasadą tych sformułowań kryją się „biała supremacja”, zwyczajny rasizm, ksenofobia i dyskryminacja. Ludzie nie dzielą się na rasy, to są fałszywe pojęcia.

W odezwach organizacji nacjonalistycznych podpisanych przez Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolską itp. możemy wyczytać, że zapraszają wszystkich, „dla których Naród i Państwo to najważniejsze ziemskie wartości”. I dalej, że kieruje nimi „roztropna troska o prawidłowo pojętą spójność” - kulturalną, etniczną i religijną.

Może strzelanie do uchodźców na ulicy nie jest „roztropne”, ale wynajęcie kogoś do topienia łodzi na morzu może już tak. „Troska”, „pochylanie się”, „zadumanie” - to nic innego jak nienawistna ksenofobia ubrana w rodzaj „kościółkowej” nowomowy. Ręce same się składają do modlitwy, ale nikt się nie zastanawia nad treścią.

Dla mnie najważniejsze ziemskie wartości to pokój, wolność i dobrobyt, a nie Naród i Państwo. Naprawdę ludzie na świecie żyli, zanim jeszcze wymyśliliśmy nowożytne pojęcie narodu. I lepiej, żeby narody znikły jak najszybciej.


Ostatnio mamy już wieszanie na szubienicach portretów europosłów.
- Szubienice z hasłem „Śmierć wrogom ojczyzny” to jest już mowa pogromowa, zakazana w naszej cywilizacji. Po pierwsze, nikogo nie karze się śmiercią. Breivik dostaje PlayStation i siedzi, ale go nie zabijamy. Po drugie, kategoria wroga jest o pół kroku od przemocy. Koszulki z tym hasłem to nie jest zaproszenie do rozmowy o patriotyzmie i racji stanu, tylko uprawnienie do nienawiści i przemocy.

Uważam, że jesteśmy bardzo blisko erupcji realnej przemocy na dużą skalę. Boję się, że to się musi wydarzyć. Incydenty, jak napad na kebab w Ełku, już były. Proszę zobaczyć kolekcję kolaży na stronie Freikorps Polen, gdzie zdjęciom z likwidacji getta warszawskiego towarzyszą podpisy o konieczności „wytępienia bydła uchodźczego” napisane publicznie przez Prawdziwych Polaków w komentarzach internetowych.

To pokazuje, w jakim imaginarium żyjemy. Ludobójczym. Tworzą je obrazy, słowa, piosenki. Strzelanie, tępienie, topienie, głodzenie... Może jeszcze dzisiaj ręka komuś zadrży, jak przyjdzie co do czego, ale za kilka lat już może nie.

Warto pamiętać o przestrodze Zygmunta Baumana: najważniejszą lekcją z Zagłady nie jest to, że może ona i nam się przydarzyć, ale że i my możemy się jej dopuścić.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ulica, prawica i ONR-u szubienica. Publicyści obozu władzy są "prawie" oburzeni akcją ONR

    • benek231 O nas Polakach - wywiad :O)- nie dla hitl. - 2 18.12.17, 05:04
      Wcześniej przez wiele lat mieliśmy język smoleńskich obrzędów, gdzie było o zbrodni, zdrajcach i poległych.
      - To, po pierwsze, strategia: krok w przód, dwa w tył. Mamy pewność, jak było, ogłaszamy rewelację, zmierzamy do prawdy, ale następnie wycofujemy się i kierujemy na inny trop.

      Po drugie, to mistrzowska strategia insynuacji Kaczyńskiego: „Wiem, ale nie powiem”. Nie dopowiadam, tylko wskazuję, że są jakieś ukryte siły, które mącą, knują i przeszkadzają, oraz prawda, która jest skrywana. To wizja świata przekazywana zwolennikom na wiarę. Słuchacze umacniają się jako wspólnota wiary i emocji. Zachwycają się własną przenikliwością. Potrafią rozszyfrować i dopowiedzieć insynuację, są też dumni z wierności sprawie. Utwierdzają się w swojej tożsamości.

      Zwolennicy PiS-u - czy też publiczność, tzw. sekta smoleńska - charakteryzują się zdyscyplinowaniem i mobilizacją emocjonalną. Dlatego mają przewagę nad innymi wyborcami. Bo ci inni mają różne sprawy i różne tożsamości, zawodowe i osobiste, nie odczuwają potrzeby tak silnej partycypacji i przynależności, interpretowania wszystkiego przez jeden pryzmat. A wyznawcy smoleńscy to jako wspólnota wiary i emocji elektorat żelazny. Cała dyskusja smoleńska przypomina zjawisko „preaching to the choir”, czyli nawracanie wiernych stojących na chórze w kościele albo „prawienie kazań zbawionym”.

      A nie jest to nawiązanie do chóru w greckim teatrze, który odpowiada i powtarza refren moralny, przesłanie, prawdę?
      - To ciekawy trop, choć źródło tego powiedzenia jest protestanckie i anglosaskie. Chodzi o przemawianie w pewnym sensie bezsensowne, bo nie chodzi o przekonywanie kogoś, lecz o utwierdzanie słuchaczy w pewności co do prawdy. W ramach takiego przekazu i takiej wspólnoty nie można zmienić poglądów. Zmienia je tylko frajer albo zdrajca. Trzeciej drogi nie ma.

      W demokracjach zachodnich argumenty są stopniowo wypracowywane, racje się ucierają, ludzie się przekonują co do czegoś, idą na kompromisy. W Polsce króluje doktryna, czyli żelazny zestaw twierdzeń. Do debat przystępuje się jak do walki, a pojęcia służą za broń. Nie chodzi o to, żeby otworzyć komunikację, lecz o to, żeby ją zamknąć. Taką funkcję zamka pełni inwektywa. Zatem jeśli „nasz” zmienia poglądy, jest zaczadzony przez „Wyborczą”, opłacony przez Sorosa, to sprzedawczyk albo agent Rosji. Z drugiej strony - kupiony przez 500+, fanatyk albo karierowicz.

      W Polsce publicznie nie zmienia się poglądów, co najwyżej ktoś prywatnie komuś powie, że ten drugi ma rację. W telewizji nikt się do tego nie przyzna. Słyszał pan kiedyś w telewizyjnej dyskusji między przeciwnikami: „To ciekawy argument, nie pomyślałem o tym, zastanowię się nad tym, przekonał mnie pan”? Rozmowa traci sens.

      Owszem, wrogie plemiona przemawiają do swoich, przekonanych. Ale pełnej symetrii nie ma, przynajmniej w sprawie Smoleńska. Tzw. druga strona nie zaklina rzeczywistości, tylko odwołuje się do sprawdzonych faktów. „Wyborcza” opublikowała setki artykułów o katastrofie. Z drugiej strony padają tylko domysły i zaklęcia.
      - Zgoda, jeśli chodzi o Smoleńsk. Ostatnio Kaczyński ogłosił, że prawdy być może nie da się nigdy ustalić. Ale zaraz potem Antoni Macierewicz ogłosił, że wykryli moment wybuchu w nagraniach na rejestratorze lotów. Przecież rejestratory były od początku sfałszowane przez ruskich, więc jak można w nich wykryć prawdę!?

      Nie znoszę terminu symetryzm, podobnie jak pośrodkizm, czyli, że prawda leży po środku. Symetryzm jest klasycznym przykładem doktryny. Michel Foucault pisał, że doktryna ujarzmia i unieważnia zarówno tego, który głosi jakiś pogląd, jak i pogląd, który ten ktoś głosi. Np. walka klas jest taką doktryną. Jeśli coś się mówi, to sama racja nie ma wartości, bo broni jej przedstawiciel klasy w swoim interesie, a on sam nie jest samodzielny, bo reprezentuje tylko pogląd klasowy. Czyli ani racja, ani jej obrońca nie mają samoistnej wartości.

      Jako akademik zajmujący się analizą dyskursu kwestionuję podział na dwie strony i zwracam uwagę na szersze zjawisko. Argumenty w polskich debatach publicznych padają w publicystyce, w akademii, nawet w polityce. Ale zasadniczo mówi się do przekonanych. Uznaje się, że niezmienność poglądów i przekonań jest lepsza niż zmienność. Bycie przekonanym co do czegoś jest wyżej cenione niż pozwolenie, by ktoś nas przekonał.

      Skąd się wzięło to plemienne skundlenie debaty publicznej w Polsce?
      - Trudno powiedzieć, kiedy się zaczęło, ale na pewno Kaczyński doprowadził ten sposób prowadzenia debaty bez debaty do mistrzostwa. Smoleńsk nie jest jedyną sprawą, w której widać debatę bez debaty czy dialog głuchych.

      Podobnie jest w sprawie szczepionek, homeopatii albo globalnego ocieplenia. Można by dyskutować, czy Ziemia jest kulista, czy płaska, sadzając przed kamerą dwóch ekspertów, np. geografa i członka towarzystwa płaskiej Ziemi. W każdej takiej kwestii mamy fałszywy podział na dwie równoprawne strony. Jego źródłem jest nieufność do ekspertów, do wiedzy, nauki, instytucji, polityki. Krążące w świecie opinie nie są równoważne, a nauka jest z natury nie demokratyczna, tylko oparta na stale weryfikowanych procedurach falsyfikacji.

      Na tym gruncie wyrasta kultura wernakularna (rodzima, swojska, tradycyjna). Rządzi nią myślenie magiczne, budowanie wiedzy na podstawie ograniczonego, jednostkowego, choć pomnożonego przez tradycję doświadczenia. W ten sposób amatorskie metody poznania unieważniają wiedzę ekspercką czy naukową. Zwykli ludzie uważają, że mogą być inżynierami. Amatorszczyzna staje naprzeciw zawodowstwu.

      Taka postawa wyrasta z reakcji na złożoność świata. Świat jest tak skomplikowany, że pojedynczy człowiek go nie zrozumie, więc chroni się w bezpieczny świat kultury rodzimej, swojskiej.

      Z jednej strony szacunek dla złożoności świata rodzi szacunek dla wiedzy cząstkowej profesjonalisty, czyli tego, który coś jednak wie, ale z drugiej - dla innych ludzi, których złożoność świata przerasta i sobie z nią nie radzą, kieruje w stronę kultury wernakularnej (amatorskiej mądrości) albo rodzi myślenie spiskowe i magiczne.

      Znowu Smoleńsk jest przykładem. Kto by się tam wyznawał na pilotażu, nawigacji, budowie samolotów, procedurach lotniczych, radarach, analizie zdjęć itd. To tylko zaciemnia prostą prawdę. Tylko frajer albo zdrajca wierzy w wypadek lotniczy.

      PRZECZYTAJ TAKŻE: Prof. Przemysław Czapliński: Albo się porozumiemy, albo czeka nas stan wojenny

      Dlaczego jednak opowieści zamachowo-spiskowe nie podlegają falsyfikacji? Przecież wersji - mgła, hel, trotyl, bomba termobaryczna itd. - było wiele i były ze sobą sprzeczne. Sami ludzie wierzący w zamach powinni już dawno zwątpić w Macierewicza i jego komisję. Ludzie kiedyś wierzyli, że Ziemia jest płaska, ale przestali.
      - Światopogląd magiczny i spiskowy, o którym mówię, godzi sprzeczności. Przykładem jest „żydokomuna”. Jedna z wersji tego stereotypu przyjmuje jednocześnie, że rewolucja komunistyczna to spisek żydowski, ale finansowany przez żydowskich kapitalistów. To jest sprzeczność w założeniu.

      Ale nie chodzi o spójność logiczną czy naukową, w ogóle nie chodzi o argumentowanie, ale o mobilizację emocjonalną. Taki światopogląd bowiem nie wyciąga - więcej, specjalnie nie chce wyciągnąć - konsekwencji z tego, co głosi. Jeśli Putin zrobił zamach, to przecież Polska musi z Rosją zerwać stosunki albo nawet wojnę jej wypowiedzieć. To posługiwanie się słowami bez odpowiedzialności za nie.




      • benek231 Re: O nas Polakach - wywiad :O)- nie dla hitl. - 3 18.12.17, 05:09
        Dlaczego zdrowy rozsądek nie każe ludziom rozczarować się smoleńskim spiskiem?
        - Macierewicz, Kaczyński, bracia Karnowscy czy Tomasz Sakiewicz nie mogą się wycofać, bo za daleko zabrnęli. A zwykłym wyznawcom taka tragedia inaczej się w głowie nie mieści. Niemożliwe, żeby to był zwykły wypadek, suma nieszczęśliwych zdarzeń, błędów i lekkomyślnych decyzji. Niemożliwe. Musi być w tym jakiś sens. Ludzie szukają sensu. Katastrofa nie ma sensu, a zamach ma. A kiedy ludzie widzą, że kolejne wersje zastępują nowe, to sobie myślą: „No, może i się mylą, ale jednak szukają prawdy”.

        Nawet ucieczka do USA tzw. eksperta smoleńskiego Wacława Berczyńskiego nikogo nie przekonuje?
        - Jak widać nie. To wstrząsające, że nikomu z powodu tej ucieczki nawet powieka nie drgnęła.

        Proszę spojrzeć na homeopatię. Działają czy nie działają leki homeopatyczne? To pytanie samo w sobie nie jest takie istotne - powinniśmy spojrzeć na tę sprawę szerzej. Gdyby naprawdę działały, to zostałaby obalona cała fizyka, chemia, samoloty by spadały, cała nasza naukowa wiedza o świecie ległaby w gruzach. Homeopatia to bełkot, jej zwolennicy są ślepi na szersze konsekwencje swoich nieprawdziwych założeń. I musi tak być - bo inaczej musieliby przyznać, że rzeczywistość taka, jaką widzimy, nie ma prawa działać, skoro opieramy naszą naukę i technologię na prawach, które nie uwzględniają homeopatii.

        PRZECZYTAJ TAKŻE: Prof. David Colquhoun: Prędzej wyplujesz raka, niż wyleczysz homeopatią

        Karierę robią pojęcia fake news albo postprawda. Ale przecież to po prostu kłamstwo i fałsz. Kiedyś takie zorganizowane i świadome kłamanie nazywało się agitacją, propagandą albo dezinformacją. Te dwa słowa są nowe, ale nie nazywają niczego nowego, choć sprawiają takie wrażenie.
        - Wszystko w tej dziedzinie zmienił internet. W propagandzie czy dezinformacji, o których pan mówi, czy w ZSRR, czy Trzeciej Rzeszy, to była robota z góry na dół sterowana przez władzę. Dziś jest w dużej mierze oddolna. Może być wspomagana przez zainteresowane dezinformacją ośrodki, jak w wypadku Cambridge Analytica w sprawie brexitu, czy przez rosyjskie portale RT, czy Sputnik, czy też trolle w innych kampaniach, ale zasadniczo rodzi się i rozprzestrzenia oddolnie, robią to zwykli ludzie.

        To kwitnie na gruncie powszechnej utraty zaufania do autorytetów w sferze publicznej: ja w nic nie wierzę, ale jak koleżanka napisała na Facebooku, że szczepionki powodują autyzm u dzieci, to znaczy, że to jest prawda.

        Jesteśmy wszyscy zarazem konsumentami i producentami informacji czy dezinformacji. Specyfika obiegu informacji w sieci sprawia, że wszystko może się rozprzestrzenić jak wirus. Nawet o to chodzi. Jak to się komuś uda, to fantastycznie. Tak samo rozchodzą się teorie spiskowe.

        Swoich studentów pytam: „Skąd pani/pan to wie?”. „Z internetu”. A przecież nie ma czegoś takiego jak internet jako źródło: kto jest autorem? Źródłem? Kto to napisał? Jaki portal? Na jakiej postawie? „Wiem z internetu” to jak powiedzieć: „Wiem ze świata”.

        Uczenie młodzieży krytycznego myślenia jest bardzo trudne. Świat się opiera na zaufaniu. Żeby normalnie żyć, muszę mieć zaufanie do codzienności. Podważanie, szukanie ukrytych założeń, rozpoznawanie warunków możliwości - zawsze przychodzi w drugim kroku.

        Zawsze byli czarownicy, szamani i zaklinacze czy kapłani. Zawsze były zabobon i wiara w gusła. Plemienne wspólnoty wiary i mobilizacji się przełamują. Wiedza postępuje, Ziemia jest kulista itd.
        - To jasne. Mam jednak wrażenie, że dziś wahadło wychyla się w stronę nieracjonalności, myślenia magicznego i spiskowego, polityki zabobonu. Nie tylko u nas. Jesteśmy fragmentem szerszej tendencji.

        PRZECZYTAJ TAKŻE: Masz się bać, bardzo bać. Strach udający rozum tworzy wiernego wyborcę

        No to jesteśmy skazani na politykę zabobonu? Jeśli społeczeństwo ma nie zginąć, to musi sobie wytworzyć przeciwciała przeciw zalewowi zabobonu i dezinformacji.
        - To zjawisko nas otacza zewsząd. Trump, brexit, Le Pen, Orbán, Smoleńsk itp. To wszystko populizm, ale przecież zawiera w sobie elementy zabobonu właśnie. Mój własny ograniczony horyzont doświadczenia, mój światopogląd, choćby antyracjonalistyczny, przeciwny wiedzy, jest ważniejszy.

        Skąd ten triumf populizmu i zabobonu? Nie mam na to gotowej odpowiedzi i nie wiem, co z tym począć. Ja uczę krytycznego myślenia w akademii. To umiem i nie umiem inaczej czy raczej niczego innego.

        Jasne, że potrzeba powszechnej edukacji, partycypacji, społeczeństwa obywatelskiego. Tylko co to znaczy? Odpowiedź lewicowa brzmi: to bunt ludu przeciw elitom, które go wykorzystały i porzuciły. Elity wierzyły w wiedzę technokratyczną i merytokrację, a lud się zbuntował, ponieważ niewiele mu z tego przychodziło.

        Ta diagnoza zawiera trafną intuicję. Ludzie reagują tak na złożoność świata, ale także na brak wpływu na życie publiczne. Widzą, że oni się nie liczą, ich poglądy i działania nie są brane pod uwagę, polityka i świat w ogóle toczą się bez nich, często przeciwko nim. A przecież polityka powinna być uzgadnianiem różnych interesów. I poglądów na to, jak ma działać społeczeństwo.

        Hannah Arendt wierzyła, że wolny i świadomy udział w aktywności publicznej to najwyższa forma życia - godność i istota człowieczeństwa zasadzały się dla niej na polityce właśnie, czyli negocjowaniu sprzecznych interesów za pomocą innych środków niż przemoc. Choć to perspektywa nieco naiwna, tak czy tak, jesteśmy od tego o lata świetlne. Polityczność się zdewaluowała: polityka to brudne zajęcie, dla ciemnych sił i ciemnych interesów.
        • benek231 Re: O nas Polakach - wywiad :O)- nie dla hitl. - 4 18.12.17, 05:16
          PRZECZYTAJ TAKŻE: Adam Bodnar: Osiągamy stan wojny kulturowej. Unikajmy mowy nienawiści

          Kiedy polityk chce zdezawuować przeciwnika, mówi, że tamten zachowuje się jak polityk. Czyli polityka jest obelgą w ustach polityków. Możliwy jest większy nonsens?
          - Politykę przeciwstawia się tzw. merytoryce. To bełkotliwy potworek językowy, który ma mówić, że przeciwieństwem polityki jest wiedza technokratyczna. To fałszywe przeciwstawienie. W takim świecie nie ma miejsca na spór i uzgadnianie interesów. Polityka nie ma sensu. A przecież interesy i tak nadal trzeba będzie negocjować i uzgadniać kompromisy. Tylko będzie się to działo tak jak dotychczas, czyli za zamkniętymi drzwiami, niejawnie - a publiczną debatę będziemy toczyli na zaklęcia, wielkie słowa i nic nieznaczące frazesy ujawniające jedynie doktrynalne skostnienie.

          Ale jest jeszcze coś. Prawica posługuje się ukradzionym językiem, potworem językowym. Pisał o tym u was Michał Olszewski: „Polacy zaczęli komunikować się ze sobą i światem innym językiem niż jeszcze kilka lat temu, i to jest największe zwycięstwo prawicy. Zwyciężył język złożony ze słów pisanych wielką literą, wersów wyciskających łzy, język, w którym centralne miejsce zajęły wyrazy grube i poważne”.

          Takim językiem, wielkimi literami mówi Beata Szydło, np. o „wsłuchiwaniu się w głos Polek i Polaków” czy o „woli suwerena”, tak przemawia Adam Andruszkiewicz, były poseł Kukiz’15, który zapowiada konferencję prasową słowami: „Opowiem o swoich dalszych planach służby Polsce”. Oni występują zawsze w roli „elected officials” - wybranych przedstawicieli narodu - i to jest znaczenie pojęcia „polityk”, kiedy się do nich odnosi. Mówią np.: „Pozwólcie nam pracować i działać dla społeczeństwa”, „realizować wolę suwerena”.

          Mają jednak jeszcze drugie znaczenie słowa „polityk”. To człowiek wmieszany w machinę partyjną, „partiokrację”, jak mawia Paweł Kukiz, czyli ktoś, kto uprawia nieczyste gierki i szemrane interesy. To drugie znaczenie słowa „polityk” odnosi się jednak do wszystkich innych poza nimi.

          PRZECZYTAJ TAKŻE: Joanna Mucha: Państwo, wspólnota, polityka, patriotyzm, szkoła... Naprawmy je wspólnie

          Ten język grubych zaklęć wprowadził do obiegu PiS.
          - Kluczowym jest „suweren”, jak ten miś z filmu Barei, o którym nikt nie wie, po co jest, więc nie trzeba się bać, że ktoś zapyta.

          To jest pojęcie naukowe oznaczające podmiot, który legitymizuje władzę, naród, lud, społeczeństwo. Ale w niektórych ustrojach suwerenem jest monarcha, albo jak w Anglii parlament, jako ostatnia instancja suwerennej woli politycznej. U Hobbesa w „Lewiatanie” był nim właśnie władca absolutny, który trzyma wszystkich za mordę, bo inaczej byłby stan naturalny, czyli dziki, gdzie panuje wojna wszystkich ze wszystkimi. Suweren nie podlega tu umowie społecznej, on pilnuje jej realizacji. Czyli niby lud może wszystko, ale przecież nie ma sprawczości, nie rządzi bezpośrednio. W komunizmie lud pracujący pije szampana ustami swoich przedstawicieli, czyli awangardy, partii.

          W Polsce kształtuje się coś podobnego. Jarosław Kaczyński nie podlega umowie społecznej. Nie przestrzega konstytucji, rządzi „poza trybem”, jak sam się wyraził w Sejmie. On sam jest manifestacją suwerena, gwarantem tego, że sprawy idą do przodu.

          Ale w ustrojach autorytarnych wódz jest jawny, sam jest źródłem władzy i wyrazem woli suwerena, jak Mussolini, który był Duce, Hitler, czyli Führer, albo Franco jako Caudillo. Ich jako wodzów ponad prawem nie trzeba było demaskować, bo byli nimi jawnie. Kaczyńskiego musi pan demaskować, bo oficjalnie nie jest wodzem ani monarchą absolutnym.
          - Zgadza się. Kaczyński jest takim wodzem uwewnętrznionym przez PiS i jego wyborców. Swoisty Führerprinzip, zasada wodzostwa, też u nas obowiązuje, bo współpracownicy Kaczyńskiego odgadują jego zamiary, myślą, co by zrobił na ich miejscu, wyprzedzają jego myśli, postępują tak, żeby mu się przypodobać.

          To pokazuje, że Polacy są infantylni, zachowują się jak dzieci, które potrzebują ojca narodu. Kiedyś był nim Piłsudski, papież, potem przez jakiś czas Wałęsa, a dzisiaj Kaczyński. Potrzeba silnej władzy, mocnego przywódcy, oświeconego władcy absolutnego, który sobie ze wszystkim poradzi, rozpędzi warchołów, zaprowadzi porządek.

          Język publiczny to nie tylko zaklęcia i hasła, propaganda i fałsz, ale także bat na wroga.
          - Tak jest i ta pogarda jest powszechna. Również w relacjach dziennikarskich widzimy ten język: „zniszczył go”, „rozjechał”, „zmasakrował”, „zmiażdżył”, „ośmieszył”. Nie „przekonał” czy nawet „pokonał”. Mamy w mediach seanse nienawiści, telewizja publiczna PiS-u jest jak za Gomułki. Jeśli ktoś ma inne zdanie, jest zdrajcą, zniszczymy go jako człowieka, mamy na niego kwity, haki i hejt. To jest język antychrześcijański, plemienny, totalitarny. Karierę zrobiło sformułowanie „przemysł pogardy”, chociaż skonstruowali je ci, którzy najlepiej ją uprawiają.

          Reakcją na to są często „wezwania do fałszywego pojednania”: dlaczego nie możemy się pogodzić? Mówić jednym głosem? Jak Polak z Polakiem. Jesteśmy jedną rodziną. Jak człowiek z człowiekiem. Nocne Polaków rozmowy itd. To wszystko jest naiwne, dziecinne, niemożliwe do osiągnięcia, okropne. Jesteśmy społeczeństwem i mamy różne interesy oraz poglądy. Bądźmy nim i uzgadniajmy, negocjujmy, zamiast wzruszać się, przytulać i kochać fałszywie.

          Inną reakcją na pogardę jest moralne wzmożenie. W komentarzach pod wiadomością, że ktoś zabił pieska siekierą, niektórzy piszą: „Teraz takiego zabić tak samo siekierą! Ja bym z takich pasy darł!”. To jest wzmożenie, które ma pokazać, że „ja bym nigdy tak nie postąpił”, „mnie by do głowy nie przyszło coś takiego”. W gruncie rzeczy zachwycam się wtedy sobą i swoją zdolnością do potępienia. Nie tyle oburza mnie okrucieństwo, ile podkreślam swoje oburzenie.

          To nie rozwiązuje problemu, nie ułatwia zrozumienia zjawiska i wcale nie zapowiada działania. To infantylny narcyzm.


          wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22788141,jestesmy-bardzo-blisko-erupcji-przemocy-na-duza-skale-to.html
          • xiazeluka Re: O nas Polakach - wywiad :O)- nie dla hitl. - 18.12.17, 08:42
            No, jeśli ktoś się powołuje na nienawidzącego Polski konfabulatora GroSSa, to trudno, by brać takiego poważnie poza salonami w Oregonie. A zarzucanie prawicy, że coś zrobiła z językiem w czasach terroru gender i próbach narzucania "zir" i "ze" i to pod groźbą kar (jak w Kanadzie), jest dowodem nieuczciwości, być może świadomej.

            Oczywiście zgodzić się należy jedynie z tym, że Kretyn52 jest bohaterem opowieści o "mowie nienawiści", lepszego przykładu hejtera z gromnicą szukać.
    • malkontent6 Re: O nas Polakach - ciekawy wywiad :O)- nie dla 18.12.17, 14:14
      benek231 napisał:

      > Gross uważa, że źródłem takich postaw jest nieprzepracowany stosunek Polaków do
      > Żydów przed II wojną światową, w czasie wojny i po jej zakończeniu.

      Pan Gross zapomniał, że przed II Wojną mieszkało w Polsce 3 miliony Żydów, to znaczy 6 razy więcej niż w Niemczech i 10 razy więcej niż we Francji. Trudno więc mówić o nieprzepracowanym stosunku do Żydów w Polsce.
      • benek231 Re: O nas Polakach - ciekawy wywiad :O)- nie dla 18.12.17, 16:04
        No popatrz, taki obszerny wywiad nt. aktualnej polskiej rzeczywistosci, a ty wynalazles jedno marginalne zdanie nt. Grossa. Ty to masz oko.
    • benek231 Re: O nas Polakach - ciekawy wywiad :O)- nie dla 18.12.17, 20:58
      >>
      Skąd ta epidemia? Skąd nazistowski, rasistowski, antysemicki, wręcz pogromowy rap, który pod Stadionem Narodowym w Warszawie, na koniec tzw. Marszu Niepodległości, skanduje kilkanaście tysięcy ludzi?
      - Jan T. Gross napisał niedawno, dlaczego Polacy znowu pragną czystej krwi. Pisze, że w ciągu dwóch lat wrogość do uchodźców itp. wzrosła z 25 do 75 proc. W tym samym czasie nic się realnie nie zmieniło. Skład społeczeństwa polskiego jest taki sam. Terroryzmu nie ma, a za granicą jest taki, jaki był, albo mniejszy. Zatem to się bierze z brutalnej i chamskiej propagandy. Wiadomo również, że im społeczeństwa mniej zróżnicowane, tym bardziej ksenofobiczne.

      Gross uważa, że źródłem takich postaw jest nieprzepracowany stosunek Polaków do Żydów przed II wojną światową, w czasie wojny i po jej zakończeniu. Nie odrzucam tego, ale w nienawistnej mowie ksenofobicznej, rasistowskiej, nacjonalistycznej jest więcej klocków niż tylko antysemityzm. Ten rap i ta mowa szerzą się wskutek propagandy i przyzwolenia. Przemoc państwa, władzy, policji itd. analizujemy od góry do dołu jako przemoc instytucjonalną. Ale następuje też prywatyzacja przemocy. Władza wyposaża zdeprawowane, zdegenerowane lub zastraszone jednostki w upoważnienie na przemoc, posługuje się nimi, deleguje przemoc. To samonapędzający się mechanizm. I coraz więcej wolno.>>


      Gdy przychodzi do wyciagniecia za uszy tego zlodziejskiego kosciolka, i postawienia go do odpowiedzialnosci to okazuje sie, ze przerozni komentujacy raptem dostaja zacmy, badz wrecz bielmo im sie rzuca na oczy. Kosciol to przeciez znacznie wiecej niz swieta krowa - krytyka kk nawet nie powinna zaswitac w glowach. To sie nazywa tresura...

      A ja doskonale pamietam, takze na tym forum omawiane, te bandyckie zachowania kiboli, ktorych PiS zapraszal do wlasnego grona, a kapociorze blogoslawili na droge. W miejsce wziecia bandytow w szalikach za morde i zaprowadzenie przed oblicze sedziego. To sa wlasnie efekty hodowania sobie kiboli na bojowkarzy.
Pełna wersja