Czas na broń nuklearną :O)

23.12.17, 17:43
>>
Artykuł 7 nie oznacza, że grożą nam jakieś sankcje. To mechanizm "naming and shaming", wytykania i zawstydzania. Sęk w tym, że zawstydzić można tylko tych, którzy mają poczucie wstydu.

Wojciech Sadurski jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim, profesorem w Centrum Europejskim UW i profesorem gościnnym na wydziale prawa Uniwersytetu Yale.

Zastosowanie łagodniejszej części artykułu 7 traktatu o Unii Europejskiej, która nie prowadzi do sankcji, ale sygnalizuje poważne ryzyko pogwałcenia wartości Unii, okazało się koniecznością – zarówno z punktu widzenia interesów Unii jako całości, jak i Polski. Tak naprawdę może tylko dziwić opieszałość Komisji Europejskiej, która zwlekała z decyzją dwa lata.

Historycznie, bezprecedensowe, nagminne i uporczywe łamanie praworządności przez jedno z większych państw członkowskich zbiegło się z przełomem w dziejach Wspólnoty, która musi przemyśleć na nowo swoją przyszłość. Po kryzysach finansowym, greckim, uchodźczym i po brexicie autorefleksja Unii musi splatać się z rozumieniem tego bytu jako społeczności opartej na wartościach, a nie tylko interesach. Do tych wartości należy właśnie praworządność – rozumiana jako przestrzeganie własnych reguł konstytucyjnych określających zasady podziału władz, sądowej kontroli konstytucyjności i prawa człowieka.

Państwo naruszające te zasady podważa wartości Unii. Ale także bardziej konkretnie: państwo, które poddaje sądy kontroli partyjnej, osłabia skuteczność stosowania prawa europejskiego - bo kluczowym instrumentem tego prawa są sądy krajowe. A spełniać mogą one swoją rolę, tylko jeśli są niezależne od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Bez zaufania do tych sądów prawo europejskie przestaje funkcjonować - choćby w takich sferach jak ochrona inwestycji, niedyskryminacja w zatrudnieniu czy realizacja europejskiego nakazu aresztowania.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Połóżmy na jednej szali wszystkie unijne niedociągnięcia - przerost biurokracji, zbędne regulacje, dysfunkcjonalną politykę rolną, kryzys eurozony - a na drugiej bezprecedensowe 60 lat bez wojny. Co gorsze: płonące miasta czy spór o definicję oscypka?

*

Ale zastosowanie procedury sygnalizacyjnej jest również w interesie Polski. Jednym z podstawowych motywów akcesji do Unii było osiągnięcie korzyści cywilizacyjnych polegających na konsolidacji demokracji. Przyjęcie zobowiązań w sferze demokracji, praw człowieka i praworządności było czymś na kształt nałożenia sobie samym eurokaftana bezpieczeństwa.

Kolejne traktaty, a w szczególności nicejski i lizboński, rozciągnęły warunki kopenhaskie stosujące się początkowo tylko do państw kandydackich, także na państwa członkowskie. To gwarantuje obywatelom państw Unii, że ich rządy będą dyscyplinowane, jeśli zechcą za bardzo poluzować swe normy postępowania, wykraczając poza uznane minimalne standardy praworządności.

Tak właśnie się stało w Polsce po 2015 roku. Komisja w swej rekomendacji towarzyszącej aktywacji artykułu 7 przypomina rozmaite czerwone linie przekroczone przez Polskę:

* Wygaszenie konstytucyjnej kadencji I prezes Sądu Najwyższego i obniżenie wieku emerytalnego wszystkich sędziów SN, skutkujące ich przedwczesnym odejściem.

* Arbitralna władza prezydenta w odniesieniu do zezwolenia niektórym sędziom na dalsze pełnienie ich funkcji.

* Wprowadzenie skargi nadzwyczajnej w SN podważającej stabilność porządku prawnego.

* Wygaszenie konstytucyjnej kadencji członków Krajowej Rady Sądownictwa.

* Ustanowienie nowej metody wyboru sędziów członków KRS, nie przez samych sędziów, lecz przez parlament – czyli w praktyce przez partię rządzącą.

· Skrócenie okresu zatrudnienia sędziów sądów powszechnych przez obniżenie wieku emerytalnego i obdarzenie ministra sprawiedliwości władzą dyskrecjonalną - czyli opartą na jego woli, nieskrępowaną przepisami - dotyczącą ewentualnego prawa do dalszego sprawowania zawodu sędziego.

* Dyskrecjonalna władza ministra sprawiedliwości powoływania i odwoływania prezesów sądów powszechnych.

* Wątpliwości co do wyboru niektórych sędziów, prezesa i wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego.

Żadna z tych procedur czy instytucji nie jest zgodna ze standardami demokratycznego państwa prawa, a łącznie kumulują się w fundamentalnie zaprzeczenie ideału praworządności. Dlatego interwencja Komisji Europejskiej jest niezbędna w interesie samej Polski. Skoro nasza demokracja została zdeformowana przez partię rządzącą w imię zasady „zwycięzcy wolno wszystko”, a opozycja została zmarginalizowana i de facto wykluczona z procesu legislacyjnego – musi interweniować Unia.>>
*

To wszystko oczywiście przy założeniu, że Polska ma pozostać we Wspólnocie. Zdaniem niektórych Jarosław Kaczyński ma plan wyprowadzenia Polski z Unii. Nie sądzę; raczej jego zamierzeniem jest wyprowadzenie Unii z Polski. Chodzi o sprowadzenie jej roli do dojnej krowy i pozbawienie głosu w sprawie deformacji ustroju demokratycznego w Polsce. Ale to sprzeczne ze zobowiązaniami, jakie przyjęliśmy, wstępując do Unii.

Wbrew opiniom osób, które nie znają dobrze prawa europejskiego, aktywacja artykułu 7 nie jest procedurą, która w perspektywie może skończyć się sankcją w postaci pozbawienia Polski prawa głosu w Radzie pod warunkiem jednomyślności pozostałych państw członkowskich. Obecnie wszczęta procedura może co najwyżej doprowadzić do stwierdzenia - przez większość kwalifikowaną w Radzie - istnienia „ryzyka” pogwałcenia wartości unijnych. To wyłącznie mechanizm w stylu tzw. naming and shaming – czyli wytykania i zawstydzania.

Z zawstydzaniem wiąże się wszelako paradoks: zawstydzić można tylko tych, którzy mają poczucie wstydu, a oni zazwyczaj nie dają powodów do zawstydzania. Rząd PiS się nie zawstydzi. Prezydent Duda nie dostrzega pewnie groteskowości sytuacji, w której ogłasza podpisanie ustaw w kilka godzin po tym, jak Komisja ogłosiła proces sygnalizacyjny związany właśnie z perspektywą wejścia tych ustaw w życie. Niechcący głowa państwa potwierdza słuszność decyzji Komisji.

Artykuł 7 często określany jest jako „broń atomowa” Unii. Skuteczność tej broni polegała, jak wiadomo, na odstraszaniu, a nie na jej faktycznym użyciu. Z drugiej strony – jeśli druga strona wie, że broń na pewno nie zostanie użyta, efekt odstraszania nie nastąpi. Teraz przyszedł najwyższy czas na wyciągnięcie tej „broni” z traktatu unijnego. Bo jeśli nie teraz – to kiedy?>>


wyborcza.pl/7,75968,22819620,europa-kontra-kaczynski-czas-na-bron-nuklearna.html

Wprawdzie na ten temat mowiono tu juz sporo, ale co profesor to profesor smile
    • benek231 Wielki krok od Europy :O) 23.12.17, 19:56
      Witold Gadomski20
      20 grudnia 2017 | 20:20

      >>
      Już sam fakt wszczęcia procedury z artykułu 7 oznacza, że Komisja Europejska ma poważne wątpliwości, czy Polska jest krajem praworządnym i czy wypełnia swoje zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii. Wątpliwości te podzielą zapewne inwestorzy.


      Gdy przed rokiem rozmawiałem z kilkoma przedstawicielami zagranicznych inwestorów, mówili, że perspektywy w Polsce są obiecujące. Nie podobały im się nieustanne zmiany prawa, niezrozumiała polityka gospodarcza, nieprzyjazna retoryka rządowych mediów, ale wszystkie minusy równoważył z nawiązką jeden plus. - Polska jest członkiem Unii Europejskiej - mówili - i to wyznacza kierunek dalszego waszego rozwoju. Macie dostęp do ogromnego rynku Unii, a unijne prawo sprawia, że czujemy się bezpieczni.

      Po rozpoczęciu przez Komisję Europejską wobec Polski procedury wynikającej z artykułu 7 traktatu lizbońskiego ich ocena perspektyw inwestowania w Polsce zapewne się zmieni.

      Już nie będzie wiary w polskie sądy
      Niezależnie od tego, czy procedura ta zostanie doprowadzona do końca, czy zablokowana przez jeden lub kilka krajów, już samo jej uruchomienie oznacza, że Komisja Europejska ma poważne wątpliwości, czy Polska jest krajem praworządnym i czy wypełnia swoje zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii.

      Wątpliwości te podzielą zapewne inwestorzy. Dotychczas byli przekonani, że wystarczy przestrzegać prawa unijnego i krajowego (to ostatnie nie może być sprzeczne z europejskim), by bezpiecznie prowadzić działalność, nie narażając się na szykany władz. W razie sporów z rządem można pójść do sądu polskiego, do międzynarodowego arbitrażu lub Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i uzyskać wyrok zgodny z prawem. Teraz wcale to nie jest takie pewne.

      Jeżeli rząd lekceważy zalecenia Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej, to czy można mieć gwarancje, że wykona postanowienie sądu, którego siedziba będzie poza granicami Polski? A wiarygodność sądów polskich po przejęciu nad nimi politycznej kontroli spadnie.

      Wiele zagranicznych firm inwestujących w Polsce lub rozważających taką możliwość jest obsługiwanych przez amerykańskie firmy prawnicze. Przed kilkoma dniami Stowarzyszenie Prawników USA - American Bar Association (ABA) - wezwało prezydenta Andrzeja Dudę do zawetowania ustaw, które „poważnie podważyłyby niezależność sądownictwa w Polsce”. ABA ma 400 tys. członków i opinia tej organizacji w dużym stopniu kształtuje nastroje inwestorów. Polska zostanie uznana za kraj podwyższonego ryzyka. Można w nim inwestować tylko wówczas, gdy zyski będą odpowiednio wysokie. Mówiąc prościej - gdy do zagranicznej inwestycji polski podatnik będzie dopłacać.

      Stempel na czole
      Unia Europejska działa na zasadzie nieustannych kompromisów, które dotyczą setek, jeśli nie tysięcy szczegółowych rozstrzygnięć mających wpływ na życie mieszkańców Europy i funkcjonowanie firm. Dobitnym tego przykładem jest przegrana przez Polskę batalia o pracowników delegowanych. Takich bitew, często mało zauważalnych dla opinii publicznej, lecz istotnych dla jakiejś branży lub grupy firm, będzie wiele.

      Polska, mając na czole pieczątkę kraju łamiącego rządy prawa, nie będzie w stanie stworzyć żadnej koalicji dla obrony swoich interesów. Ba, w sporach bilateralnych z innymi krajami wykorzystywane będzie przeciwko nam podejrzenie, że jesteśmy państwem nieprzestrzegającym prawa.

      PiS miał utopijną ideę stworzenia w Europie Środkowo-Wschodniej bloku państw stanowiących przeciwwagę dla starej Unii. Grupa Wyszehradzka, by stać się znaczącym graczem w Unii, nie może być z Niemcami i Francją zantagonizowana - co doskonale rozumieją wszyscy członkowie tej grupy, oprócz polskiego rządu. Ambicje kraju łamiącego praworządność, by przewodzić Wyszehradowi i tworzyć blok Międzymorza, są zupełnie niepoważne.

      Na drodze do polexitu
      Wszczęcie procedury artykułu 7 dramatycznie zwiększa też prawdopodobieństwo opuszczenia Unii Europejskiej przez Polskę. Oczywiście, do tego daleka droga i wciąż to scenariusz mało prawdopodobny, ale gdy ktoś inwestuje w Polsce miliardy euro lub dolarów, musi go brać pod uwagę.

      PiS, nawet nie planując polexitu, może się stać więźniem własnych poczynań i wypowiedzi. Gdy pierwsze sondaże pokażą, że Polacy nie zauważają sporu z Komisją Europejską lub, co gorsza, w tym sporze stają po stronie rządu, jest bardzo prawdopodobne, że PiS zaostrzy antyeuropejską retorykę i ostentacyjnie będzie lekceważyć unijne prawo.

      Unia zareaguje, kierując kolejne pozwy do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który karać będzie Polskę finansowo. PiS uzna, że to wszystko wina opozycji i jeszcze podkręci przeciw niej brutalną propagandę. Konsekwencją może być polexit, który dla polskiej gospodarki będzie katastrofą.

      Nie chodzi wcale o fundusze unijne, ale o znaczące obniżenie ratingów inwestycyjnych, wycofanie się kapitału z Polski i wyższe koszty zaciągania długu. Znacznie bogatsza od polskiej gospodarka brytyjska, mająca silne powiązania z amerykańską, odczuwa brexit boleśnie. Polska zerwanie z Unią odczuje bez porównania mocniej.

      Dotychczas Polacy entuzjastycznie odnosili się do Unii Europejskiej, traktując ją jako źródło funduszy i potencjalne miejsce lepiej opłacanej pracy. Nie wiem, czy większość naszych rodaków jest świadoma zobowiązań, jakie biorą na siebie kraje członkowskie, w tym przestrzegania praw unijnych i praworządności. W gruncie rzeczy od nas, milionów wyborców, będzie zależało, jak zakończy się spór rządu z Komisją Europejską i jak potoczą się nasze losy w Unii.

      Jeśli większość da się przekonać demagogii PiS, nasze dzieci, by pojechać do Berlina, Paryża czy Dublina, będą musiały stać w kolejce po wizy.>>

      wyborcza.pl/7,75968,22812823,wielki-krok-od-europy.html
      Problemy gospodarcze Polski nie zaczna sie oczywiscie juz teraz lecz przyjdzie na nie poczekac, ze dwa-trzy lata. Tyle, ze wtedy to one beda juz nieodwracalne. I zderza sie one z przegrana Trumpa, wiec w Waszyngtonie klero-faszysci nie beda juz mieli sprzymierzenca. Czyli czeka was, Najmilsi, narodowo-katolicki grajdol - trzeci swiat. Ale na zamowienie kleru.
      • benek231 Polska szkapa zamiast rumaka :O) 23.12.17, 22:33
        Nasza sytuacja jest mniej więcej taka jak kogoś, komu prokurator postawił zarzuty. I pomyśleć, że jeszcze niedawno byliśmy w gronie najpoważniejszych partnerów. Z Włodzimierzem Cimoszewiczem rozmawia Bartosz Wieliński.

        Włodzimierz Cimoszewicz - ur. w 1950 r., były premier, marszałek Sejmu, minister spraw zagranicznych, minister sprawiedliwości i senator. Z czynnej polityki wycofał się w 2015 r.

        Bartosz T. Wieliński: - Co mieszkańcy Hajnówki mówią o Unii Europejskiej?
        Włodzimierz Cimoszewicz: - Na co dzień się tym nie zajmują. Ale wielu zdaje sobie sprawę, że bez unijnej pomocy nie można by było zmodernizować ulic ani szos w okolicy. Nie byłoby kompleksu pływackiego, nie byłoby instalacji solarnych i fotowoltaicznych. Wielu lokalnych przedsiębiorców także korzystało z unijnych pieniędzy. I dzięki otwarciu granic sporo mieszkańców mojego regionu żyje teraz w innych krajach Europy. Pracują, studiują.

        Ludzie mają jakieś pojęcie o konkretnych korzyściach. Ale wiedza o zasadach i wartościach Unii, o jej wielowymiarowości zależy w dużym stopniu od wykształcenia. W Hajnówce i okolicach można łatwo spotkać świetnych rozmówców czujących się Europejczykami i zupełnych ignorantów.

        Pytam, bo słychać głosy, że Polaków tak naprawdę nie interesuje ani Unia, ani praworządność, a propaganda w mediach publicznych im nie przeszkadza. Dobrze im się żyje, mają pieniądze , pracę. Nie będą protestować.
        - Spora część społeczeństwa zawsze jest dość obojętna politycznie i bierna. Co do moich okolic, to są raczej biedne. Rodziny wielodzietne odczuwają realną pomoc państwa i takich ludzi do sprzeciwu nie przekonają żadne argumenty. A ci zakłopotani są rzecz jasna bezradni.

        A tym czasem protesty przeciwko tzw. reformie sądownictwa słabną. Gołym okiem widać różnicę między demonstracjami lipcowymi i grudniowymi.

        To nie jest szczególnie zaskakujące. Prawie wszystkie duże protesty w Polsce w ostatnich 60 latach miały podłoże socjalno-ekonomiczne. Wyjątkiem były chyba tylko wydarzenia Marca ‘68.

        Znaczenie i wartość naruszanych przez rządzącą partię zasad konstytucyjnych, praw i wolności rozumieją lepiej ludzie wykształceni. Ich determinacja jest często ograniczona, zwłaszcza gdy zawodzą ci, którym pozwolono stanąć na czele sprzeciwu lub gdy nasila się przekonanie o beznadziejności protestu, a opozycja nie potrafi wiarygodnie zaproponować zbyt wiele.
        - PiS chce uruchomienie art. 7 wykorzystać na swoją korzyść. Według przekazów dnia to wymierzony w Polskę spisek Berlina i totalnej opozycji. Obawiam się, że to może chwycić.

        U sporej części sympatyków PiS-u tak. Ich poparcie to częściej wyznanie wiary niż głos rozumu. Bo każdy, kto nie jest ignorantem i choć trochę myśli samodzielnie, musi zauważyć, że od kilkunastu miesięcy nasila się krytyka płynąca z niemal całego demokratycznego Zachodu. Że zaniepokojenie wyrażała nie tylko Rada Europy, Komisja Wenecka, Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie czy ONZ, ale również Stany Zjednoczone, i to już za Trumpa.

        Rzecz jasna prymitywna antyniemiecka i antyunijna propaganda może trafić do prostych umysłów, ale to ma krótkie nogi. Od powtarzania o „brukselskich eurokratach” nie znikną poważne międzynarodowe kłopoty Polski.


        16 kwietnia 2003 r. podczas szczytu Unii w Atenach, u stóp Akropolu, podpisywał pan wraz z premierem Leszkiem Millerem traktat akcesyjny. Widział pan jakieś zagrożenia?
        Niewiele. Nie byliśmy wtedy pewni wyniku referendum europejskiego. Kilka tygodni później za wejściem do Europy głosowało 13,5 mln Polaków. Nie byliśmy pewni, jaką postawę przyjmą rolnicy i Kościół. Ale zdecydowanie przeważał optymizm. Pierwsze 11 lat w Unii zdawały się to potwierdzać.

        Trudno było przewidzieć kryzys finansowy lat 2008-09 , gwałtowny wzrost agresywności Rosji czy destabilizację Afryki Północnej oraz kolejnych fragmentów Bliskiego Wschód i związaną z tym presję migracyjną. A właśnie to wszystko przyczyniło się do dzisiejszych kłopotów. Bo niestabilność, poczucie, że przyszłość jest nieprzewidywalna, groźna, sprawia, że ludzie stają się podatni na wirusy populizmu, nacjonalizmu, ksenofobii. Jeśli do tego dodać to, że przez osiem lat premier i jego otoczenie zajmowało się "harataniem w gałę" zamiast budową sensownych perspektyw dla młodego pokolenia, porządkowaniem służby zdrowia, zwalczaniem kolesiostwa, to łatwiej zrozumieć, dlaczego znaleźliśmy się w tym niewyobrażalnym niegdyś punkcie.

        Czy z szeregów PiS wyjdzie hasło Polexitu?
        Tego nie wykluczam. Prawicowi propagandyści już zaczynają o tym przebąkiwać. Rzekomo to, co mieliśmy wziąć z Unii, to już wzięliśmy, więc dość już tych fanaberii z wolnością zamieszkania, studiowania, pracy w każdym unijnym kraju. Dość wybierania posłów Parlamentu Europejskiego, wpływania na przyszłość Europy, dość udziału we wspólnym rynku.

        Może to gra obliczona na krajową publiczność, a może ci durnie rzeczywiście myślą, że wszystko sprowadza się do pomocy finansowej. A poza tym politycy PiS mogą zapewniać, że nie dążą do Polexitu, ale wydarzenia mogą nabrać własnej dynamiki, skoro nikt nie próbuje ich kontrolować.

        Tak czy inaczej najgorsze dla Polski jeszcze nie nastąpiło. Jeśli za kilkanaście miesięcy podczas negocjacji nad nowym unijnym budżetem okaże się, że przez kolejnych 7 lat po 2020 r. dostaniemy z Brukseli o 30 proc. mniej, jakoś trzeba będzie to Polakom wytłumaczyć. Wtedy dopiero antyniemiecki czy antyunijny jazgot zacznie zagłuszać jakiekolwiek odruchy rozumu.

        Na czym polega problem PiS z Unią? Chodzi o to, że Bruksela powoli dąży do budowy czegoś w rodzaju superpaństwa?
        Przede wszystkim - Unia nie tworzy superpaństwa, choć moim zdaniem wszystko, co się dzieje w świecie, powinno popychać Europę do silniejszej integracji. A przyczyny tych antyeuropejskich fobii są różne, poczynając od czysto taktycznych. Bo na antyeuropejskości można budować sukcesy polityczne. Robią to wszyscy cyniczni politycy, od Davida Camerona, premiera, który niechcący sprowokował prawdziwy Brexit do Marine LePen. Unia jest też kamykiem w bucie PiS, jeśli idzie o politykę wewnętrzną, przejmowanie władzy, bo przypomina o zasadach i wartościach demokracji i praworządności.

        Ale w stosunku PiS do Unii jest też jakaś ideowa domieszka anachronicznego myślenia o polityce międzynarodowej, połączona ze zwykłą ignorancją. Charakterystyczne jest choćby podnoszenie kwestii suwerenności, co wobec ogromnego rozwoju stosunków międzynarodowych i ich regulacji, coraz ściślejszych więzów na różnych gospodarczych, społecznych, instytucjonalnych poziomach straciło na aktualności.

        Może jednak mimo wszystko Komisja Europejska powinna wziąć pod uwagę zastrzeżenia PiS, chuchać na zimne i nie uruchamiać wobec Polski karnej procedury?
        Nie bardzo wiem, co miałaby brać pod uwagę. Przecież to, co się dzieje w naszym kraju od dwóch lat to oczywiste bezprawie. Komisja mogłaby oczywiście oportunistycznie zamykać na to oczy, ale Unia ma wiele poważnych problemów i musi traktować swoje fundamenty, jeśli chce obronić się przed rozbiciem.

        Politycy PiS twierdzą też, że konfliktu z Unią by nie było, gdyby politycy opozycji nie donosili na Polskę w Brukseli.
        Kolejna podła obelga. Po pierwsze, nie ma nic nieprawidłowego w mówieniu prawdy o sytuacji we własnym kraju. PiS nie miał żadnych wątpliwości, gdy w przeszłości korzystał z tego prawa, a ściślej, gdy nadużywał go, prezentując w Parlamencie Europejskim fałszywe oskarżenia wobec Polski.

        Po drugie, Komisja, Parlament i Rada Europejska to nie są zgromadzenia niedoinformowanych gamoni. Wiedzą swoje, mają instrumenty do gromadzenia informacji, analizowania i wyciągania wniosków.

        Po trzecie, zarzuty podobne do przedstawionych przez Komisję były i są podnoszone przez liczne kraje i instytucje międzynarodowe. Propagandyści PiS nie potrafią sobie z tym poradzić, dlatego sięgają do opartej na kłamstwach i pomówieniach retoryki.
        • benek231 Polska szkapa zamiast rumaka :O) - 2 23.12.17, 22:43
          Co decyzja Komisji w sprawie uruchomienia art. 7 zmienia w europejskiej pozycji Polski?
          Nasza sytuacja jest mniej więcej taka jak kogoś, komu prokurator postawił zarzuty. Niby to jeszcze nie wyrok, ale już problem. To nieporównywalna sytuacja z kimś, kto nie jest podejrzewany o nic złego.

          Bycie pierwszym w historii krajem Unii Europejskiej, wobec którego podjęto takie decyzje, to mały zaszczyt. Zwłaszcza jeśli jeszcze niedawno należało się do grona najpoważniejszych partnerów w tej wspólnocie.

          Rząd chyba był jednak bardziej nerwowy w styczniu zeszłego roku, gdy Komisja zaczęła się zajmować Polską. Teraz PiS przekonuje, że nic się nie stało.
          Prawie każdy przestępca boi się bardziej na początku, a później się rozzuchwala. A dodatkowo ludzie Kaczyńskiego muszą brnąć dalej i palić za sobą kolejne mosty, bo sami są w pewnego rodzaju pułapce. Muszą się licytować na antyunijność, żeby nie budzić we własnym środowisku podejrzeń. Taka jest logika zamkniętej grupy.

          PiS jest też przekonany, że Komisja nie nałoży na Polskę żadnej kary. Sankcji nie będzie, bo obronią nas Węgry.
          Komisja na razie przekazała sprawę Radzie Europejskiej, sama sankcji przecież nie nakłada. Ale będzie miała okazję do realnego ukarania Polski, gdy przedstawi propozycje przyszłego budżetu.

          Zmiany są nieuchronne, bo Brexit oznacza 15 proc. mniej wpływów, a nowe problemy w rodzaju napływu uchodźców czy sytuacja w strefie euro oznaczają konieczność innego zdefiniowania priorytetów, a tym samym innej struktury wydatków. Licząca się, odpowiedzialna Polska sprzed 2015 roku mogłaby negocjować, argumentować, korzystać z kredytu zaufania i sympatii.

          Pisowska Polska nie będzie miała już istotnego wpływu.

          A na lojalność Orbana nie postawiłbym złamanego grosza. Wystarczy zresztą objąć Węgry podobnym postępowaniem, żeby razem z Polską wyłączyć ten kraj z głosowania w sprawie kary. Unia może również tak określić uzależnić zasady przyznawania pomocy finansowej od wywiązywania się od obowiązków, jakie niesie członkostwo. Czyli od poszanowania praworządności. By przyjąć takie rozwiązanie, nie potrzeba jednomyślności.


          A jak zachowają się teraz pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej? Państwa Trójmorza?
          Oczywiście nie poprą Polski. Gdy mają do wyboru miedzy Brukselą, Paryżem i Berlinem a Warszawą, na pewno nie będą miały wątpliwości, po której stronie stać. W dodatku dla wielu z nich konflikt z Unią, w jaki wdała się Polska, to okazja do wzmocnienia własnej pozycji.

          Niedawno byliśmy dla nich wzorem do naśladowania...
          No właśnie. I na tym opierała się nasza pozycja w regionie. Teraz nagle staliśmy się cherlawą szkapą z gruźlicą. To jest prawdziwy dramat narodowy. Po raz kolejny w historii głupota, brak wyobraźni, awanturnictwo i prowincjonalizm niszczą dorobek pokolenia.

          Mateusz Morawiecki w expose jasno stwierdził, że Unia w obecnym kształcie to organizacja, która zajmuje się kolonizowaniem gospodarek nowych członków, a już na pewno ich nie poważa.
          Kiedy słyszę coś takiego, zastanawiam się, jak mogłem przez jakiś czas traktować go poważnie.

          Gdy wielu ekonomistów nie zostawiało suchej nitki na tzw. planie Morawieckiego, uważałem, że może przesadzają i należy ministrowi dać szanse. Okazało się, że to chyba człowiek chorobliwie ambitny i jednocześnie pozbawiony charakteru.
          Właśnie takie myślenie o Europie i takie argumenty mogą przyspieszyć oddalanie się od Unii. Czyli powrót do przeszłości, do pozycji kraju bez dostępu do gospodarek państw członkowskich, znacznie uboższego, narażonego na presję ze Wschodu. A Polacy nie mieliby praw i swobód należnych Europejczykom.

          Premier uważa , że Komisja Europejska nie ma prawa mieszać się w wewnętrzne sprawy swoich członków. Takich jak funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości.
          Od ponad 40 lat, czyli od przyjęcia międzynarodowych paktów praw człowieka i od podpisania Aktu Końcowego KBWE z Helsinek, prawa i wolności ludzkie i obywatelskie przestały być sprawą wewnętrzną państw. Nie ma realnych praw i wolności bez gwarancji. Jedną z najważniejszych jest prawo do sądu. I to nie byle jakiego, ale niezależnego od innych władz. Polska jest stroną Europejskiej Konwencji Praw Człowieka uznawanej nie tylko za podstawę Rady Europy, ale i fundament Unii. Wstępując do niej, musieliśmy spełnić tzw. kryteria kopenhaskie, wśród których wymieniono też rządy prawa. Tak więc czysto radziecka argumentacja z czasów zimnej wojny używana obecnie przez PiS jest warta funta kłaków.

          Prezydent Duda zapowiadając w środę podpisanie ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym powtórzył, że to, iż sędziów wybiera władza ustawodawcza, jest w wielu krajach normą. Podał nawet przykład amerykański, gdzie sędziowie Sądu Najwyższego są wybierani przez prezydenta.
          Przy okazji obficie sięgał po przemilczenia i niedomówienia. To prawda, że w Stanach prezydent powołuje sędziów federalnych, a gubernatorzy stanowych. Ale to nie znaczy, że system jest dobry. Powstał w XVIII wieku i sporo się od tych czasów zmieniło. Wielokrotnie pracując z amerykańskimi studentami powoływałem się na polskie rozwiązania jako dużo lepiej służące niezależności wymiaru sprawiedliwości. I nie zapominajmy, że już sędziowie Sądu Najwyższego są powoływani dożywotnio i tylko wtedy, gdy zwolni się w sądzie miejsce.

          Również przykłady z krajów europejskich politycy PiS dobierają sobie wybiórczo, pomijając przy tym prawne i zwyczajowe ograniczenia związane np. ze wskazywaniem kandydatów, z poważnymi konsultacjami oraz ich wysokimi kwalifikacjami zawodowymi. Do czego zdolny jest PiS, pokazują jego wybory sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, które nie tylko podważają legalność tego tworu, ale tez doszczętnie go kompromitują.

          Sądzi pan, że minister sprawiedliwości faktycznie będzie ręcznie sterować sądami? Że sędziowie będą otrzymywać z góry sygnały dotyczące tego jak mają orzekać?
          Bywają dni, gdy wymienia 20 prezesów sądów. Dlaczego? W jakim celu? Kim są nowi, gdy środowiska sędziowskie apelują do koleżanek i kolegów, by nie przyjmowali takich nominacji? Jeśli ktoś decyduje się na przyjęcie tak dwuznacznej nominacji i lekceważy opinię własnego środowiska, sam z góry skazuje się na zależność od ministra. I o to właśnie chodzi.

          Znajdą się też usłużni sędziowie. Nie chodzi przecież o to, żeby wszyscy stawali na baczność. Wystarczy mieć pod kontrolą kilka procent, żeby wiedzieć jaki wyrok zapadnie w ważnej dla PiS sprawie.

          Czy Polsce naprawdę grozi, że stanie się krajem autorytarnym?
          Tak. Brutalne zgwałcenie parlamentu, zniszczenie niezależnego Trybunału Konstytucyjnego, wyposażenie służb w uprawnienia inwigilacyjne poza realną kontrolą, gwarantowana prawem bezkarność prokuratorów i wreszcie praktyka, której elementem są setki spraw karnych przeciwko obywatelom demonstrującym swój sprzeciw - to wszystko czyni z Polski państwo pozorowanej demokracji i pozorowanej praworządności.

          Jak mówi Karol Modzelewski, jesteśmy już państwem policyjnym. A on dobrze wie, co to znaczy.

          wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22820428,wlodzimierz-cimoszewicz-artykul-7-1-to-niby-jeszcze-nie.html
    • monalisa2016 Re: Czas na broń nuklearną :O) 23.12.17, 22:21
      Benio NUDZISZ, od paru dni jest wałkowany ten temat a ty tak i tak nic z tego nie zrozumiałeś głosisz dalej twoją skopiowaną propagandę nazywając wystrzelenie kapiszona bombą nuklearną.
      Poczytaj sobie jaką MOC ma unia. smile

      www.breitbart.com/london/2017/12/20/eu-brexit-co-ordinator-demands-theresa-may-attack-poland-prove-britains-loyalty-eu-values/


      Swiat sie śmieje z tego cyrku!
Pełna wersja