benek231
14.01.18, 15:53
Maciej Stasiński: Czy Polska powinna przyjąć euro? Podpisał pan list do rządu w sprawie konieczności podjęcia przygotowań wejścia do strefy.
Marek Belka: Po raz pierwszy mówiłem o tym na nieformalnej konferencji byłych wicepremierów z premierem Morawieckim kilka miesięcy temu i nadal uważam tak samo.
Przyłączyłem się do listu „Rzeczpospolitej”, choć tam jest drobny błąd, mianowicie mówi się, że Europejski Bank Centralny będzie prowadził politykę pieniężną zgodną z interesem Polski. To niezupełnie tak. Formalnie prowadzi ją zgodnie z interesem całej strefy euro, a wielu Niemców sarkastycznie zauważa, że obecnie przede wszystkim zgodnie z interesem Włoch. Ten kraj jest bowiem najsłabszym ogniwem strefy euro, a jego upadek mógłby oznaczać koniec wspólnej waluty.
Czemu euro jest ważne dla Polski?
– Bo jest przemożna groźba wyjścia Polski z Unii, czyli polexitu. Trzeba się temu koniecznie przeciwstawić. Władze w Polsce nie chcą euro, bo nie chcą pogłębienia integracji europejskiej. Jak się czasem wydaje, nie wierzą w przetrwanie Unii Europejskiej. Polska prawica, podobnie jak Putin i Ławrow, uważa Unię za wybryk postmodernistyczny, który niedługo zniknie. Po co więc pakować się w coś takiego...
Gorzej, że nie wiadomo, co zamiast Unii.
Polska poza Unią to wyjście na jakieś dzikie pola, czyli nigdzie.
– Czytam „Dyplomację” Henry’ego Kissingera. Pisze tam o koncercie mocarstw w XIX wieku. Dla nas Święte Przymierze to grabarze Polski. Ale z punktu widzenia Europy to sto lat względnego pokoju i koordynacji polityki, sto lat bez powszechnej wojny w tym żmijowisku, jakim była Europa. Po II wojnie Unia to jest znowu szansa na pokój na sto lat. O to, cholera, warto się bić!
Dla mnie Unia to cud polskiej historii, największy od 400 czy 300 lat. Chcę, żeby to przetrwało i żeby Polska była w samym centrum Europy jak przez chwilę jeszcze niedawno.
Ale skupmy się na kwestiach ekonomicznych, bo jestem ekonomistą i mam obowiązek je rozważać.
Czy za euro przemawia 100 proc. argumentów? Nie. Sam mówiłem kiedyś, żeby się nie spieszyć. Jak zostałem szefem NBP, zaprosił mnie na spotkanie z klubem PiS Jarosław Kaczyński. Już po Smoleńsku. I to było świetne, ciekawe spotkanie. Umowa była, że nikt nie piśnie o nim słowa. Ale teraz już chyba można.
Kaczyński w pewnej chwili zabrzmiał dla mnie „antyeuro”. Odpowiedziałem, że ja bym się nie zarzekał, bo przyjęcie euro może się okazać konieczne. Wtedy prezes bardzo się wycofywał, zapewniał, że wcale nie jest z zasady przeciw.
Spotkałem się też z innymi klubami, m.in. z SLD. Tylko PO mnie zignorowała. Chodziło pewnie o kwestie ambicjonalne, bo Jacek Rostowski, zresztą bardzo dobry minister finansów, był chyba zazdrosny o swoją rolę mentora.
Dziś jednak jest znacznie gorzej. PiS jest wobec euro wrogi. Premier Mateusz Morawiecki idzie tą samą, arogancką drogą.
Jakie są argumenty przeciw?
– Pierwszy to ten, że własna waluta pozwala bronić własnej gospodarki przed zawirowaniami. Tak było w latach 2008-09, kiedy złoty pozwolił ochronić eksporterów przed załamaniem ich dochodów. Bo eksport spadł nagle o 25 proc. Ale złoty osłabił się o tyle samo i w złotych eksporterzy wcale nie stracili. Dlatego m.in. Polska dobrze przetrwała kryzys. Sam tego argumentu używałem.
Ale przecież wcześniej mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym wzrostem kursu złotego. Był to skutek tzw. carry trade, czyli wielkiego napływu kapitału do Polski, spowodowanego różnicą oprocentowania w naszym kraju i za granicą. Kapitał płynie tam, gdzie jest wysokie oprocentowanie. I banki finansowały m.in. tanie kredyty hipoteczne we frankach. Ale jak kurs waluty idzie tak ostro w górę, to musi kiedyś spaść. A kapitał równie łatwo napływa, jak odpływa.
Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi i umiemy ograniczać napływ kapitału finansowego. Możemy zwiększać ryzyko inwestowania w aktywa, które uważamy za niepożądane, albo w ogóle go zakazać. Poza tym złoty jest dzisiaj na normalnym poziomie, więc potencjał jego osłabienia jest ograniczony. I jak będzie kryzys, to złoty prawdopodobnie pozostanie stabilny względem euro – więc argument o dobrodziejstwach dewaluacji jest wątpliwy.
Drugi, „ludowy” argument przeciw to: „na pewno wzrosną ceny”. Tak mówili kiedyś Włosi. To tzw. efekt cappuccino. Ale kraje bałtyckie i Słowacja już wcale takiego wzrostu cen nie doświadczyły. Tam państwo dobrze działało i opanowało operację euroizacji gospodarki.
Trzeci argument to: „jesteśmy za biedni”. Używa go Morawiecki, ale on jest historykiem, a nie ekonomistą. Ten argument przypomina mi to, co mówili Francuzi przed naszym wejściem do Unii: niech Polacy się trochę wzbogacą, to się zobaczy.
Ale było dokładnie odwrotnie – to wejście do Unii dopiero dało nam takiego kopa, żeśmy się wzbogacili! Ten argument dzisiaj przemawia więc za wejściem do strefy euro.