Polska poza Unia jest niczym - wywiad z Belka :O)

14.01.18, 15:53
Maciej Stasiński: Czy Polska powinna przyjąć euro? Podpisał pan list do rządu w sprawie konieczności podjęcia przygotowań wejścia do strefy.
Marek Belka: Po raz pierwszy mówiłem o tym na nieformalnej konferencji byłych wicepremierów z premierem Morawieckim kilka miesięcy temu i nadal uważam tak samo.

Przyłączyłem się do listu „Rzeczpospolitej”, choć tam jest drobny błąd, mianowicie mówi się, że Europejski Bank Centralny będzie prowadził politykę pieniężną zgodną z interesem Polski. To niezupełnie tak. Formalnie prowadzi ją zgodnie z interesem całej strefy euro, a wielu Niemców sarkastycznie zauważa, że obecnie przede wszystkim zgodnie z interesem Włoch. Ten kraj jest bowiem najsłabszym ogniwem strefy euro, a jego upadek mógłby oznaczać koniec wspólnej waluty.

Czemu euro jest ważne dla Polski?
– Bo jest przemożna groźba wyjścia Polski z Unii, czyli polexitu. Trzeba się temu koniecznie przeciwstawić. Władze w Polsce nie chcą euro, bo nie chcą pogłębienia integracji europejskiej. Jak się czasem wydaje, nie wierzą w przetrwanie Unii Europejskiej. Polska prawica, podobnie jak Putin i Ławrow, uważa Unię za wybryk postmodernistyczny, który niedługo zniknie. Po co więc pakować się w coś takiego...

Gorzej, że nie wiadomo, co zamiast Unii.

Polska poza Unią to wyjście na jakieś dzikie pola, czyli nigdzie.
– Czytam „Dyplomację” Henry’ego Kissingera. Pisze tam o koncercie mocarstw w XIX wieku. Dla nas Święte Przymierze to grabarze Polski. Ale z punktu widzenia Europy to sto lat względnego pokoju i koordynacji polityki, sto lat bez powszechnej wojny w tym żmijowisku, jakim była Europa. Po II wojnie Unia to jest znowu szansa na pokój na sto lat. O to, cholera, warto się bić!

Dla mnie Unia to cud polskiej historii, największy od 400 czy 300 lat. Chcę, żeby to przetrwało i żeby Polska była w samym centrum Europy jak przez chwilę jeszcze niedawno.

Ale skupmy się na kwestiach ekonomicznych, bo jestem ekonomistą i mam obowiązek je rozważać.

Czy za euro przemawia 100 proc. argumentów? Nie. Sam mówiłem kiedyś, żeby się nie spieszyć. Jak zostałem szefem NBP, zaprosił mnie na spotkanie z klubem PiS Jarosław Kaczyński. Już po Smoleńsku. I to było świetne, ciekawe spotkanie. Umowa była, że nikt nie piśnie o nim słowa. Ale teraz już chyba można.

Kaczyński w pewnej chwili zabrzmiał dla mnie „antyeuro”. Odpowiedziałem, że ja bym się nie zarzekał, bo przyjęcie euro może się okazać konieczne. Wtedy prezes bardzo się wycofywał, zapewniał, że wcale nie jest z zasady przeciw.

Spotkałem się też z innymi klubami, m.in. z SLD. Tylko PO mnie zignorowała. Chodziło pewnie o kwestie ambicjonalne, bo Jacek Rostowski, zresztą bardzo dobry minister finansów, był chyba zazdrosny o swoją rolę mentora.

Dziś jednak jest znacznie gorzej. PiS jest wobec euro wrogi. Premier Mateusz Morawiecki idzie tą samą, arogancką drogą.

Jakie są argumenty przeciw?
– Pierwszy to ten, że własna waluta pozwala bronić własnej gospodarki przed zawirowaniami. Tak było w latach 2008-09, kiedy złoty pozwolił ochronić eksporterów przed załamaniem ich dochodów. Bo eksport spadł nagle o 25 proc. Ale złoty osłabił się o tyle samo i w złotych eksporterzy wcale nie stracili. Dlatego m.in. Polska dobrze przetrwała kryzys. Sam tego argumentu używałem.

Ale przecież wcześniej mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym wzrostem kursu złotego. Był to skutek tzw. carry trade, czyli wielkiego napływu kapitału do Polski, spowodowanego różnicą oprocentowania w naszym kraju i za granicą. Kapitał płynie tam, gdzie jest wysokie oprocentowanie. I banki finansowały m.in. tanie kredyty hipoteczne we frankach. Ale jak kurs waluty idzie tak ostro w górę, to musi kiedyś spaść. A kapitał równie łatwo napływa, jak odpływa.

Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi i umiemy ograniczać napływ kapitału finansowego. Możemy zwiększać ryzyko inwestowania w aktywa, które uważamy za niepożądane, albo w ogóle go zakazać. Poza tym złoty jest dzisiaj na normalnym poziomie, więc potencjał jego osłabienia jest ograniczony. I jak będzie kryzys, to złoty prawdopodobnie pozostanie stabilny względem euro – więc argument o dobrodziejstwach dewaluacji jest wątpliwy.

Drugi, „ludowy” argument przeciw to: „na pewno wzrosną ceny”. Tak mówili kiedyś Włosi. To tzw. efekt cappuccino. Ale kraje bałtyckie i Słowacja już wcale takiego wzrostu cen nie doświadczyły. Tam państwo dobrze działało i opanowało operację euroizacji gospodarki.

Trzeci argument to: „jesteśmy za biedni”. Używa go Morawiecki, ale on jest historykiem, a nie ekonomistą. Ten argument przypomina mi to, co mówili Francuzi przed naszym wejściem do Unii: niech Polacy się trochę wzbogacą, to się zobaczy.

Ale było dokładnie odwrotnie – to wejście do Unii dopiero dało nam takiego kopa, żeśmy się wzbogacili! Ten argument dzisiaj przemawia więc za wejściem do strefy euro.

    • benek231 Polska poza Unia jest niczym - wywiad z Belka:O) 2 14.01.18, 15:58
      Ma też wersję ludową. – Co, mam pracować za 500 euro? – mówi taksówkarz. – A Niemiec za 5 tysięcy! Skandal.

      Na to odpowiedź jest prosta. Przecież już dziś, człowieku, za tyle pracujesz, a czy w złotówkach, czy w euro – na to samo wychodzi. To takie głupie, że nie warto z tym dyskutować.

      Czwarty argument dotyczy powstania tendencji do wzrostu cen wywołanego presją płacową, szczególnie w usługach, które nie są przedmiotem handlu międzynarodowego. Niskie stopy procentowe (a w strefie euro są dzisiaj bliskie zera) powodują wzrost popytu, co w danym kraju wywołuje presję na wzrost płac. To z kolei przekształci się we wzrost cen. Oznacza to obniżanie się międzynarodowej konkurencyjności i stagnację gospodarki. Ekonomiści znają to zjawisko jako tzw. efekt Samuelsona-Balassy, który wystąpił np. w Portugalii po przyjęciu euro.

      Ale nie wystąpił w naszych krajach ościennych, na Słowacji, w krajach bałtyckich. I nie wiadomo, czy wystąpiłby u nas. Uważam zresztą, że nie byłoby nic złego w tym, by płace rosły szybciej. Dziś są u nas za niskie w stosunku do PKB.

      To jednak podtrzymuje konkurencyjność naszej gospodarki.
      – Przecież wciąż ostrzegamy przed pułapką średniego rozwoju, przed brakiem modernizacji i innowacyjności w gospodarce. Nie możemy wciąż konkurować niskimi płacami. Nasze zasoby pracy się kończą, chyba że ściągniemy pracowników z Bangladeszu czy Pakistanu, ale to przecież są ci „okropni muzułmanie”. To jak?

      Rosnące płace mogą właśnie wymusić inwestycje modernizacyjne i innowacje. Czy to nie jest pożądane? Nasi przedsiębiorcy potrzebują większej dyscypliny rynkowej.

      Mamy już prawdziwych czempionów, jak Synthos czy CIECh w dziedzinie chemii, to światowe potęgi. Ale do Doliny Krzemowej nam daleko.

      W Polsce panuje bardzo niska kultura ryzyka. Bankructwo to powód do samobójstwa. A w USA bankructwo to nowy początek.

      Jest także wątpliwość, którą sam zgłaszałem, i minister Rostowski też: czy wchodzić do strefy euro, która jest w kryzysie?

      Otóż strefa euro się teraz umacnia. Unia wchodzi w bardzo dobry okres ekonomiczny. Powstaje unia bankowa. Jest wola budowania wspólnego budżetu strefy. Kwestią otwartą pozostaje to, jaki będzie i na co przeznaczony. Ale nowy budżet powstanie kosztem budżetu solidarnościowego, czyli przeznaczonego na finansowanie spójności.

      Podstawowy problem strefy euro to tzw. dywergencja, czyli trwała rozbieżność tempa i kierunków rozwoju różnych krajów. Wskutek jednostronnego przepływu kapitału pogłębia się strukturalny podział na kraje wierzycielskie i dłużników.

      Ale teraz zostało to w dużej mierze zahamowane. Francja i Niemcy dążą do umocnienia instytucji europejskich. Jak SPD wejdzie do rządu w Niemczech, to kurs proeuropejski się jeszcze umocni.

      Krótko mówiąc, strefa euro ma swoje skazy, ale są usuwane – i ona się będzie umacniała.

      Wynika z tego, że wychodzenie poza nawias Unii to dla Polski katastrofa.
      – No właśnie. Ale nawet jeśli strefa euro się rozpadnie, to co wtedy? Czy lepiej być w środku, czy na zewnątrz? To jest problem, nad którym powinniśmy się zastanowić, choć intuicja podpowiada mi, że w obu przypadkach byłoby bardzo źle. Upadek wspólnej waluty oznaczałby potężny kryzys wspólnego rynku, a to wspólny rynek – nie fundusze unijne – jest podstawową przyczyną naszych sukcesów gospodarczych.

      Prawica nacjonalistyczna mówi, że „wycisnęliśmy brukselkę”, ile się dało, a teraz możemy sobie pójść precz. To nonsens.

      Argumenty ekonomiczne mogą być trudne do sprzedania. Ale pan jest także politykiem i obywatelem. Europa jest dla nas windą cywilizacyjną, a nie kasą zapomogową.
      – Korzyści polityczne z bycia w Unii są oczywiste. Tylko będąc w niej, decydujemy o kierunkach reform. W sprawie pracowników delegowanych widać jak na dłoni, że gdy honorowo byliśmy poza, to przerżnęliśmy. Czesi i Słowacy negocjowali i w rezultacie kompromis nie jest wcale taki zły i dla nas. Ale gdybyśmy byli przy stole, byłby lepszy.

      Tak samo będzie w sprawie przyszłości Unii. Nie jesteśmy wcale małym krajem. Była wielka szansa grać w pierwszej lidze. Niemcy nas potrzebowali jako sojuszników do negocjowania z Francją i południem Europy. Była grupa weimarska i wszyscy się nami interesowali. Po wyjściu Wielkiej Brytanii, jeśli ostatecznie do niego dojdzie, szanse mielibyśmy jeszcze większe. A teraz się całkowicie dystansujemy – i to jest prawdziwa katastrofa.

      Żeby wrócić, trzeba nie tylko nauczyć się kultury kompromisu, ale i mieć wiarę, że Unia jest trwałym elementem światowego ładu, że jej siła i spoistość leżą w interesie Polski.

      Nieprawda – twierdzą przeciwnicy – bo leży w interesie Niemiec.
      – Teza, że Unia jest zdominowana przez Niemcy, jest śmiesznie głupia. A bez Unii Europa byłaby mniej zdominowana? Przecież znacznie bardziej, bo unijne instytucje ograniczają hegemonię Niemiec, które są mocarstwem ekonomicznym.

      Unia i euro to oczywiście lepsze warunki działania dla naszych przedsiębiorstw. Brak ryzyka kursowego zapewnia stabilność. Wystawianie przedsiębiorstw na konkurencję też jest potrzebne, bo nasi przedsiębiorcy mają zbyt komfortowe warunki działania. A jak jest jeden pieniądz, to są one takie same dla wszystkich, dla kapitału zagranicznego i rodzimego.

      Ryzyko kursowe ogranicza skłonność do inwestowania. A bardzo słabe inwestycje to największa porażka rządu PiS. Powinniśmy inwestować 25 proc. PKB, a dziś stopa inwestycji to 17 proc.

      Za to buzuje konsumpcja, i to także luksusowa. W Polsce ponad 60 proc. mieszkań jest kupowanych za gotówkę. To szaleństwo! Ludzie handlują diamentami. Albo kupują luksusowe auta. Może nie bentleye, ale w Mławie czy Leżajsku jeżdżą lepsze samochody niż w Buenos Aires. Mamy więc inwestowanie ucieczkowe albo tezauryzację w nieruchomościach, albo w „żyje się raz”.
      • benek231 Polska poza Unia jest niczym - wywiad z Belka:O) 3 14.01.18, 16:06
        Klimat dla inwestycji produktywnych jest niedobry. Mimo że mamy najwyższy w historii wskaźnik wykorzystania mocy produkcyjnych – 84 proc.
        Jest niepewność prawa podatkowego, groźba ministra Ziobry karania 25 latami więzienia za przestępstwa VAT-owskie to jakiś absurd, przejmowanie sądownictwa przez rząd itd.

        Rząd PiS nie lubi kapitału zagranicznego, bo nas wyzyskuje.
        – Premier Morawiecki publicznie głosi nacjonalizm gospodarczy. Ale to trzeba robić roztropnie. Nie lubimy kapitału obcego? OK, ale tak można, gdy się ma własny. My go mamy mało – i on jeszcze się zmniejsza. Jest konsumowany, a powinien być inwestowany. To sprawa awansu cywilizacyjnego. Musimy mieć kapitał zagraniczny, bo innego nie ma i nie będzie. A teraz jego napływ spadł i nie rośnie.

        Siła robocza jest w stagnacji, zasoby pracy się kończą, demografia nie sprzyja, mamy wcześniejsze emerytury. Perspektywy rozwojowe się pogarszają. A skoro w unii walutowej sytuacja się poprawia, to ryzyko jest niewielkie. Nie jest to skok do pustego basenu, bo w nim jest woda.

        Te rozważania brzmią akademicko. PiS buduje inny ustrój niż europejska demokracja liberalna, świadomie chce mieć Polskę poza Europą. Prawo mają stanowić wódz i jego partia, a instytucje mają być podporządkowane władzy centralnej.
        – Po kolei. W gospodarce mamy wciąż rynek, ale budowany jest coraz wyraźniej kapitalizm państwowy i korporacyjny, w którym panuje silna władza rządu i krajowych czempionów w postaci spółek skarbu państwa. Prywatni potentaci, jak Kulczyk czy Solorz, są podejrzani. Towarzyszy temu retoryka, że jesteśmy skolonizowani przez Zachód i musimy wstać z kolan.

        Lansuje się „wielkie budowy socjalizmu”, „grandioznyje” projekty – jak centralny postój taksówek, czyli ten port lotniczy. Odra ma być jak Amazonka, przekopiemy Mierzeję Wiślaną itd. To współczesna wersja Gdyni i Huty Katowice. Na wzór Korei Południowej, Tajwanu i Chin. Demokracja jest niepotrzebna. Korea się bez niej wiele lat obywała, bo miała światłych dyktatorów. Tam polityka państwa polegała na dotowaniu niektórych gałęzi gospodarki kosztem innych. Był wielki transfer środków do wielkich czeboli – Samsunga, Hyundaia i innych.

        Czy my tak możemy robić „kosztem polskich rodzin”? A i tak dotujemy węgiel, z którego mamy smog i coraz mniej sprawną energetykę.

        Mamy odejście od demokracji liberalnej. Liberalizm się PiS-owi i prawicy kojarzy z aborcją i małżeństwami jednopłciowymi, choć to sprawa siedemnastorzędna. Niszczone są wszystkie bezpieczniki przeciw dyktatowi większości, czyli konstytucja jako prawo najwyższe, Trybunał Konstytucyjny, niezależne sądownictwo, media itd.

        Nie ma jednak innej demokracji niż liberalna. Nieliberalna demokracja ma tyle wspólnego z demokracją co demokracja ludowa. Prędzej czy później prowadzi do autokracji...

        ...prof. Karol Modzelewski złości się na ten niezrozumiały dla ludzi termin. Woli mówić wprost o państwie policyjnym...
        – ...OK, czyli państwa policyjnego – jak celnie zauważa wielki Karol Modzelewski.

        Ubolewam nad tym bardzo. Bez wolnych sądów i wolnych mediów, z lekceważoną konstytucją czeka nas cywilizacyjna katastrofa.

        Czy da się w XXI wieku modernizować Polskę w dyktaturze, pomiędzy Niemcami a „Wspólnotą Nie Bardzo Niepodległych Państw”?
        Przecież my nie jesteśmy na krańcach Azji, ale w samym środku Europy. Taki ustrój jest wbrew Europie, stawiamy się na aucie. W ten sposób albo zostaniemy z Unii usunięci, albo się sami wyprowadzimy.

        Nie chodzi tylko o utratę pieniędzy – to pryszcz w porównaniu ze stratą cywilizacyjną, wspólnego rynku i szans rozwojowych. Wielka Brytania może sobie pozostać w jednym rynku, bo nie depcze wspólnych europejskich wartości. Znajdą się w Europie siły i ludzie, którzy postarają się, żeby Polska wypadła ze wspólnego rynku.

        Polska poza Unią to stagnacja i petryfikacja modelu naśladowczego, rezygnacja z nowoczesności i innowacji. I żadne hasła w rodzaju budowy 1 mln aut elektrycznych tego nie zmienią . Niby skąd te silniki? Chyba z Niemiec.

        Budowa takiego kapitalizmu państwowego i ustroju abstrahuje od kontekstu geopolitycznego, utrwala słabości, wyrzuca poza Europę. To jest nierealne i niebezpieczne.

        Chłodno pan mówi o czymś, co jest dramatem.
        – Tak mówię, bo mam tylko jeden głos. A czytelnicy „Gazety Polskiej” zagłosują w masie, jak im powie prezes Kaczyński i proboszczowie. Jak długo można żyć wstawaniem z kolan, dumą narodową, siłą, wielkością i chwałą historyczną, przekonaniem, że jesteśmy narodem wybranym i wszystko nam się należy?

        Ludzie w Polsce odwrócą się od władzy dopiero wtedy, kiedy rzeczywistość stanie się dla nich dolegliwa. Ale czy i kiedy – to problem. Najlepiej byłoby zawiesić Unię na rok. Wtedy będziemy mieli PiS z głowy. Wrócą granice, paszporty, wizy, d... będzie, a nie biznes. Obywatel zacznie być poniewierany przez sądy. Młode pokolenie jest faszystowskie na marginesach, ale jednak wychowało się w wolności i Europie. Europa i rynek są dla niego jak powietrze.


        • benek231 Polska poza Unia jest niczym - wywiad z Belka:O) 4 14.01.18, 16:11
          Skąd w Polsce ta męczeńsko-nacjonalistyczna kultura umysłowa?
          – Obciążanie za wszystko komuny nie ma sensu. Jasne, że PRL nas nieco zainfekował, ale za komuny nie wykluło się nic złego, czego by nie było w polskiej świadomości wcześniej.

          Zasługą PRL było masowa urbanizacja, czyli wyprowadzenie ludu folwarcznego do miast. 90 proc. chłopskich Polaków żyło przez wieki przywiązanych do ziemi. Naród szlachecki, te 7 proc. ludności, żył tyłem do miast, a miasta powstawały tyłem do szlachty. Mieszczaństwo było obce, niemieckie albo żydowskie. Reformacja była naskórkowa, choć kiedyś, w XVI w., wielcy magnaci bywali kalwinami.

          A miasta to wymiana myśli, życie intelektualne i oświecenie, przedsiębiorczość i handel. Słabość kultury miejskiej to słabość życia intelektualnego. I trwa do dzisiaj.

          Lud folwarczny, z którego sam się wywodzę, przeniósł do miast wiele zwyczajów i obyczajów. W tym antysemityzm. Mój ojciec wrócił w styczniu 1945 r. do swojej wsi pod Garwolinem. I opowiadał mi kiedyś, że spotkał dawnych kolegów. Pyta: „Skąd macie takie złote pierścionki?”. „A takiemu żydkowi zabraliśmy, pogoniliśmy go na kartoflisko”. „A żydek?”. „No, został na kartoflisku”.

          Jak się ma dziś kapitalizm na świecie? Dwa lata temu mówił pan, że kapitał finansowy zdominował gospodarkę realną, czyli ogon machał psem. Zmieniło się coś?
          – Po dziesięciu latach od wybuchu kryzysu możemy powiedzieć, że nie nastąpił ogólny krach, nie było światowej depresji, „meltdownu”. Przywódcy G20 i ekonomiści opanowali kryzys. Nie przewidzieli go wprawdzie, ale dobrze zareagowali.

          Za naszego życia może zdarzyć się kolejny kryzys, ale taki sam raczej już nie. Bańka spekulacyjna na aktywach nieruchomości już raczej nie powstanie i nie pęknie. Może być jednak jakaś inna, np. na rynku akcji.

          Świadomość niebezpieczeństwa jest silna w tym pokoleniu polityków i ekonomistów. W Unii nie należy się spodziewać podobnego kryzysu w ciągu najbliższych 10 lat. System finansowy jest lepiej uregulowany, chociaż nie dostatecznie. Nie ma nadal podatku Tobina. Interesy państw i korporacji są wciąż silniejsze niż interesy światowej gospodarki.

          Niedostateczny jest postęp w ochronie krajów wschodzących przed napływem i odpływem kapitału spekulacyjnego.

          Jestem członkiem powołanego przez grupę G20 zespołu, który pracuje nad reformami światowego systemu pieniężnego i finansowego mającymi zwiększyć jego stabilność i odporność na kryzysy. Zasadniczy problem pogłębiających się nierówności pozostał jednak nierozwiązany. Jego charakter jest inny w USA i w Europie.

          W Europie mimo kryzysu i stagnacji, czy to w Hiszpanii, czy to we Włoszech, wciąż rozbudowany system ochrony socjalnej ogranicza biedę.
          Ale jest też imigracja i uchodźcy. Powstają kieszenie kiepskiej integracji lub wręcz społecznego wykluczenia.

          Są za to ciekawe eksperymenty, jak dochód podstawowy w Finlandii. We Francji Macron z sukcesem rozluźnia rynek pracy. W USA Sanders, socjalista w końcu, prawie zdobył nominację Demokratów, a gdyby pokonał Hillary Clinton, to może i zostałby prezydentem.

          Jednak zamiast tego mamy Trumpa, który dryfuje w zupełnie przeciwną stronę. Zwyciężył dzięki ludowemu niezadowoleniu, nawet wkurzeniu klasy średniej, ale nie robi nic, żeby je usunąć. Miał być „swoim człowiekiem”, pogonić Meksykanów, muzułmanów, z buta potraktować Koreę Północną i kogo tam jeszcze.

          Tymczasem obniża podatki dla korporacji, a klasa średnia nic z tego nie będzie miała. Aż 90 proc. korzyści przypadnie górnemu 1 proc. Amerykanów. Bo w USA mit niskich podatków pokutuje co najmniej od czasów Ronalda Reagana.

          Gospodarka USA ma słabości strukturalne. Amerykanom wciąż się nie mieści w głowie, że każdy powinien mieć ubezpieczenie zdrowotne, co jest normą w Europie.
          Jak tam trzeba nagle wezwać do kogoś pogotowie, to najpierw się pytają, czy chory jest ubezpieczony.

          Ludzie z tzw. underclass będą mieli problem z Trumpem. Tanie towary z Chin już są, a Chiny produkują coraz drożej. Dalej tą drogą konsumpcji zwiększać nie sposób. Amerykanie są ogromnie zadłużeni, co i tę drogę szybkiej poprawy standardu życia wyklucza. A płace realne pracowników o niskich i średnich kwalifikacjach rosnąć nie chcą. Amerykanie mają niezwykłego ducha przedsiębiorczości, ale to dotyczy tylko tych górnych 10 proc.

          Amerykańskie uniwersytety są najlepsze na świecie, ale tylko tych pierwszych 200, a reszta, nie mówiąc o publicznej edukacji średniej i podstawowej, ma się marnie.

          Ameryka jest nadal wolnym światem i wolę ten model niż chiński, ale nie działa tak wspaniale, jak bym chciał.


          wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22889156,marek-belka-suwerennosc-godnosc-sila-tylko-z-euro.html
          • maksimum Belka bez PZPR bylby nikim. 14.01.18, 16:27
            benek231 napisał:

            > Lud folwarczny, z którego sam się wywodzę, przeniósł do miast wiele zwyczajów i
            > obyczajów.

            Nie musialem zgadywac skad sie Belka wywodzi.
            I z tego ludu folwarcznego PZPR robila inteligencje,ktora zarzadzala komunistycznym burdelem.
            Dziwi kogos ,ze ten burdel upadl i nie wroci wiecej?
            • benek231 A jesli ty jestes nikim przy Belce, bo jestes, :O) 14.01.18, 20:17
              to powiedz nam, poprosze, w jak glebokim rynsztoku ty sie znajdujesz(?)

              Facet pisze z sensem ale ty tego nie potrafisz zrozumiec, wiec zamiast na temat mowisz to co wiesz o Belce.
              A ja mysle, ze bez wzgledu na wszystko, lepszy komuch Belka, od waszego czerwonego prokuratora Piotrowicza.
              • lont12 Re: A jesli ty jestes nikim przy Belce, bo jestes 14.01.18, 21:03
                lepszy komuch niż narodowiec, jak głosi doktryna Michnika
    • maksimum Belka bez PZPR bylby nikim. 14.01.18, 16:02
      W okresie PRL działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich[5], Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej[6] (sekretarz komitetu uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Łódzkim w Łodzi[7]).

      pl.wikipedia.org/wiki/Marek_Belka
      Najbardziej smieszy mnie to,ze te komunistyczne niedouki sa autorytetami tzw ciamajdanowej opozycji,ktora znika wrecz w oczach w sondazach popularnosci.
      • lont12 Re: Belka bez PZPR bylby nikim. 14.01.18, 21:11
        studia skończył w wieku lat 20 - geniusz!
    • qwardian Re: Polska poza Unia jest niczym - wywiad z Belka 14.01.18, 17:31
      Kto mógł umieścić komuchową mendę od której nazwiska pochodzi zabójczy dla katolików podatek Belki?
Pełna wersja