benek231
11.02.18, 01:03
Sędzia Waldemar Żurek: Cały czas czuję oddech i presję władzy. Jakby mówili: będziemy dokręcać śrubę, aż twoja rodzina powie "dość"
Jarosław Sidorowicz, Monika Waluś
10 lutego 2018 | 05:58
Jeżeli tak traktują znającego procedury sędziego, prawnika, to jak służby traktują obywatela, który nie zna procedur, może być zastraszany. W jakim kraju żyjemy?
Sędzia Waldemar Żurek przez ponad 14 lat był rzecznikiem Sądu Okręgowego w Krakowie. Odwołała go 16 stycznia Dagmara Pawełczyk-Woicka, nowa prezes tego sądu, powołana tydzień wcześniej przez ministra Zbigniewa Ziobrę. Była to jej pierwsza decyzja personalna. W reakcji sześciu członków Kolegium Sądu Okręgowego zrezygnowało z udziału w nim. Twierdzili, że nie wyrazili zgody na odwołanie rzecznika, że na posiedzeniu kolegium nie było nawet głosowania w tej sprawie i że nie widzą możliwości dalszej współpracy z nową prezes. Minister Ziobro odwołał jedną z tych osób, sędzię Ewę Ługowską, ze stanowiska prezesa Sądu Rejonowego w Wieliczce.
Jarosław Sidorowicz, Monika Waluś: Dostaje pan pogróżki?
Waldemar Żurek: Cały czas.
Jakie?
– Gama jest bogata. E-maile, SMS-y, telefony. Najczęściej wulgaryzmy. Jedna osoba wysyłała na mój służbowy telefon około 20 wiadomości dziennie. Tylko od niej byłoby ich kilka tysięcy. W każdym hasła: „Pomiocie Tuska”, „Czerwona świnio”, „Do Korei!”. Wiadomości te są tak sprytnie napisane, żeby ich autor łatwo się wyłgał, gdybym chciał zawiadomić organy ścigania. Pisał je ktoś, kto zna się na rzeczy, to nie osoba niezrównoważona psychicznie.
Dzwonią też?
– Mam takiego pana, który dzwoni z zastrzeżonego numeru i zawsze to połączenie trwa siedem sekund. Jak w tanich amerykańskich filmach. – Będziesz w tym roku chodził w kajdanach! – ostatnio wykrzyczał. Pewnego razu podczas przerwy w posiedzeniu Krajowej Rady Sądownictwa stałem z posłanką PiS Krystyną Pawłowicz. Zadzwonił do mnie znów ten człowiek. Kiedy zobaczyłem numer zastrzeżony i usłyszałem pierwsze słowa, oddałem telefon posłance Pawłowicz. Ze słuchawki poleciała lawina obelg i wulgaryzmów. Pamiętam, jak zaczęła do niego krzyczeć: „Co pan mówi?!”, „Co pan sobie wyobraża?!”. Chwyciłem wtedy za telefon i powiedziałem mu: „To była pani poseł Krystyna Pawłowicz, będzie świadkiem”.
Kiedy zaczęło się nękanie?
– Zbiegło się z moimi częstszymi wystąpieniami w mediach, gdy niszczono Trybunał Konstytucyjny. I trwa do dziś, z mniejszym lub większym natężeniem. Tydzień temu dostałem kolejnego e-maila z pogróżkami.
Najbardziej bolą mnie te, w których mnie porównują do ubeków, komunistów, „resortowych dzieci”. Pradziadek zginął w wojnie polsko-bolszewickiej, nie wiadomo, gdzie jest pochowany. W domu dużo się o nim mówiło. Mój dziadek walczył we wrześniu 1939 roku. Wywarł na mnie ogromny wpływ. Uciekł z niewoli niemieckiej, potem zesłali go na roboty do Niemiec, stamtąd też uciekał. Opowiadał, jak został złapany, na skraju lasu esesmani ustawili go z kolegą do rozstrzelania. Dziadek zaczął się modlić po polsku. Jeden esesman był Ślązakiem. Zrozumiał, co dziadek mówił, i poprosił innych, by nie rozstrzeliwać Polaków. Odprowadzili go do obozu. To było pod koniec wojny. Przeżył. Dziadek powtarzał mi: „Nie patrz, kto jaki ma mundur, ale jakim jest człowiekiem”.
Dziadkowie byli mocno wierzący, rodzice też. Mój dom był typowo polski, katolicko-patriotyczny. Mama i tata należeli do „Solidarności”, nigdy nie byli w żadnej zielonej, błękitnej czy tym bardziej czerwonej partii. Ja działałem w KPN-owskim Strzelcu, u Adama Słomki w domu składałem przysięgę i do dziś mam legitymację na pamiątkę. Chodziłem na manifestacje, gdzie po drugiej stronie stało ZOMO, a mnie, kilkunastoletniemu chłopakowi, skóra cierpła ze strachu. W szkole średniej dyrektor wzywał mnie na rozmowę dyscyplinującą, bo z kolegami ogłosiliśmy strajk, że nie będziemy się uczyć rosyjskiego.
Do wszystkiego doszedłem sam. Rodzice nauczyli mnie uczyć się i dużo pracować. Nie byli doktorami czy profesorami na krakowskich uczelniach. A teraz robi się ze mnie komunistę.
Czuje się pan zagrożony?
– W pewien sposób tak. To nic przyjemnego słyszeć wyzwiska pod swoim adresem. Najbardziej dotknęła mnie jednak wiadomość, która przyszła e-mailem: „Jak pójdziesz do galerii z rodziną, to zobaczysz, jak z zaskoczenia dostaniesz dwa strzały…”. A dalej dopiero dopisane: „…w twarz”. Zanim doczytałem do końca, oblał mnie zimny pot. Wyobraziłem sobie, że idę z dzieciakiem i dostaję dwa strzały. To utkwiło mi w pamięci.
Niepokoją też rodzinę?
– Dom moich rodziców w Chrzanowie został obrzucony jajkami. Ojciec, który kończy w tym roku 80 lat, trochę to zlekceważył, zawsze uważał, że mężczyzna nie powinien okazywać strachu. Ale zadzwoniła wtedy do mnie matka: „Odpuść, przestań już występować, boję się wychodzić z domu!”.
Zgłosili to na policję?
– Rodzice nie chcieli być ciągani na przesłuchania. Zwłaszcza że po jakimś czasie sprawę pewnie by zamknięto z powodu niewykrycia sprawców. Zeznawałem w tej sprawie, bo pytała mnie prokuratura, ale prosiłem, by dali im spokój. Ale po roku od tego incydentu moi rodzice dzwonią do mnie, że jednak zostali wezwani do prokuratury. Każde na inną godzinę...
Jaki jest sens, żeby po roku o tym opowiadali?
– Nie ma żadnego. Chodzi o to, by ich pognębić, bo przesłuchiwanie przez prokuratora to nic przyjemnego. Widzę, ile ich to kosztuje.
Ile razy pana już przesłuchiwano?
– Dwa razy byłem przesłuchiwany przez prokuraturę i cztery razy przez CBA, które sprawdza moje oświadczenia majątkowe. Na ostatnim przesłuchaniu CBA powiedziało mi, że nie przygotowało wszystkich pytań. Resztę dosłali pocztą. Wyobrażacie sobie? Mija 15 miesięcy od kontroli moich oświadczeń majątkowych, a oni mi mówią, że nie przygotowali wszystkich pytań. Absurd!
Obchodzą przepisy i mówią, że mają dziewięć miesięcy na skontrolowanie, ale przez pierwsze pół roku nie dostaję zawiadomienia, że taka kontrola w ogóle się toczy. Chociaż wcześniej wystąpiono z oficjalnymi pismami do sądów. Do Sądu Okręgowego w Krakowie z pytaniem, jakie funkcje pełniłem, a do Apelacyjnego – o oświadczenia majątkowe. Chociaż mogli je wziąć z urzędu skarbowego.
Kiedy rozeszły się pogłoski o kontroli, zapytałem oficjalnie prezesa, czy to prawda. Odpisał, że służby tego zażądały. Do tego czasu nie wszczęto żadnego postępowania, nie zostałem o tym poinformowany. Ale niczego nie chcieli ukrywać, chcieli, bym się dowiedział, że czegoś na mnie szukają. Wreszcie sam skierowałem do CBA pismo z pytaniem, dlaczego prowadzą w mojej sprawie postępowanie. – Bo dziennikarze się interesują – odpowiedzieli po kilku miesiącach.
Rzecznik CBA tłumaczył, że to „rutynowa kontrola”.
– Rutynowa kontrola 11 sędziów na 11 tysięcy?! W tym oczywiście sędzia Żurek. Przypadek?
Co się dzieje dalej. Jestem w trakcie przygotowywania konferencji prasowej w sprawie protestu w sądach. Nagle dzwoni do mnie CBA, po kilka razy, że pilnie chcą się ze mną spotkać. Powiedziałem im, że mogą mi jedynie wysłać oficjalne wezwanie na przesłuchanie. Ale oni uparcie swoje: – Wie pan, chcemy porozmawiać.
Według mnie komuś bardzo zależało, aby nagrać mnie, jak wchodzę do budynku CBA w dniu, gdy zapowiadamy protest w sądach. W „Wiadomościach” TVP mieliby wtedy świetną narrację, że Żurek nawołuje do protestu, a sam wchodzi do CBA. Nie dałem się w to ubrać. Ustawa o policji jasno mówi, że takie wezwanie muszą dostarczyć osobiście lub pocztą.