cepekolodziej
15.07.18, 22:12
Dom, w którym mieszkaliśmy w Kamiennej Górze przez ponad trzy lata,
mówił do mnie, wciąż mówi. Odzywał się do mnie szeptami dawnych
lokatorów, chciał mnie w siebie wchłonąć, przenieść wbrew mojej woli w
inny wymiar czasu. Bałem się go, jego ciemnych schodów i mrocznych
zakamarków. Otwierał przede mną piwnice, strychy, i wciąż nowe ślady
obecności tych innych, poprzednich lokatorów.
Ten dom gadał. Obecnością wielkich pieców w pokojach, sztukateriowych plafonów,
dębowych boazerii. Wielkiego kotła w kuchni, w którym podgrzewała się
woda. Wielkich, ciężkich mebli, zbieraniny dziwnych bibelotów z
niepolskimi napisami, pejzaży na ścianach z niepolskimi nazwiskami
malarzy. Gadał przez niemieckiego Polaka, zegarmistrza Bednarka,
który miał swój warsztat i mieszkanie na parterze. Od czasu do czasu
pani Bednarkowa zapraszała mnie do siebie, częstowała kompotem. Na
ścianie ich ciemnego mieszkania, pełnego mięsistych stor i aksamitnych
powleczeń na meble, wisiała wielka fotografia płonącego sterowca; pani
Bednarkowa, ocierając łzy fartuchem mówiła: to Zeppelin, spalił się w
Ameryce, tam był nasz jedyny syn (dowiedziałem się później, że to był
"Hindenburg", spłonął w Lakehurst w trzydziestym siódmym; żałoba Bednarków była
niedawna, zaledwie trzynaście lat).
Ten dom wciąż we mnie żyje, był, myślę, moim najważniejszym
doświadczeniem przestrzeni, przestrzeni do opanowania, labiryntu dróg
w nim samym, ścieżek wiodących z niego i do niego.
Pamiętam jego fasadę, rynny okryte szarym nalotem; jedna, na samym
rogu, była dziurawa, przy wielkich ulewach tryskała z niej pozioma
strużka wody. Przy samym domu chodnik z drobnej granatowo-ciemnej
granitowej kostki. Kute balustradki przy oknach mansardowych
pomieszczeń. Grube krokwie podtrzymujące dach, bielone kominy
rozjaśniające mrok strychu. Ciężkie, rzeźbione drewniane drzwi, ze
skrzypiącymi zawiasami. Schody niemal niewidoczne - nie paliła się
żadna żarówka, świetlika u góry od wielu lat nie czyszczono.
Ten dom zostawił we mnie trwały ślad. Śni mi się, wracam do niego -
mimo że sam nie zostawiłem w nim żadnego śladu swego istnienia. Ten
dom już wtedy umierał, zbudowano go solidnie, na przełomie XVIII i XIX
wieku, ale nie na wieczność.
W dziewięćdziesiątym czwartym byłem po czterdziestu dwu latachw Kamiennej Górze, na godzinę, nie więcej. Chodnik po obu bokach naszego, narożnego domu, był
odgrodzony wysokim parkanem z desek i falistej blachy; na parkanie
napis: prace rozbiórkowe.
Jedna ściana mojego domu, mojego dzieciństwa, mojej historii,
była już zawalona. Widziałem pochyloną
podłogę pokoju, w którym ojciec czytał nam dzieciom książki, w którym
później odrabiałem pierwsze lekcje, widziałem potrzaskane legary,
strzępy trzcinowych mat wypełniających ukryte dla mnie niegdyś
przestrzenie między podłogą i sufitem.
Rozbieranie domu. Pośmiertna nagość.
Nie zabrałem stamtąd żadnego kawałka domu. Chciało mi się płakać,
musiałem przestać patrzeć, musiałem odejść. Usiadłem na chwilę na
ławce, tyłem do domu, na skwerze, który za moich czasów ocieniony był
czworobokiem wielkich kasztanów (patrzyłem na nie przez okno); teraz
po drzewach nie zostało już ani śladu.
Usiadłem obok pani w grubych okularach krótkowidza, z wyglądu mojej rówieśniczki. Nie, nie
pamiętała nikogo z tamtych czasów. Spytała mnie, kiedy wyjechałem.
Kiedy powiedziałem, że w pięćdziesiątym drugim, odpowiedziała – mieliście szczęście,
że udało się wam wyjechać z tego przeklętego miasteczka Kamienna Góra.