benek231
18.01.20, 15:06
Jeden wyjechał, o drugim nic nie słyszałem"
Beata Maciejewska
18 stycznia 2020 | 07:21
Za moich czasów mówiło się, że komunizm odciska na mózgu swą matrycę. Jak widać, u Mateusza Morawieckiego wykonano tę operację wyjątkowo starannie - mówi Władysław Frasyniuk, legenda walki z komuną.
Rozmowa z Władysławem Frasyniukiem
Beata Maciejewska: Komunistyczni sędziowie wychowali sobie następców – twierdzi premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla „Die Welt”. Ciągle zresztą opowiada, że w sądownictwie nie było rozliczeń z komunizmem, to już obsesja. W 2018 r. pokazywał wykonane w latach 70. czarno-białe zdjęcie Edwarda Gierka z członkami Socjalistycznego Związki Studentów Polskich, twierdząc fałszywie, że jedna z widocznych na zdjęciu kobiet to Małgorzata Gersdorf, prezes Sądu Najwyższego.
Beata Maciejewska
Władysław Frasyniuk: Morawiecki bierze na siebie duże ryzyko. Każdy może dostać taką etykietkę, on też. Chodził do peerelowskiej szkoły, studiował na peerelowskim uniwersytecie, więc zapewne uczyli go komuniści, a potem postkomuniści. Czyli jest komunistycznym bękartem. A jego dzieci i wnuki będą bękartami postkomunistycznymi.
Za moich czasów mówiło się, że komunizm wyciska na mózgu swą matrycę, i u Morawieckiego wykonano tę operację wyjątkowo starannie. Przypomnę, że przekonywał świat, że za zbrodnię katyńską odpowiedzialni są Niemcy. Propagandowa matryca!
Premier Morawiecki w historii zbyt biegły akurat nie jest, lista jego wpadek jest długa i kompromitująca. Ale widać, że trzyma się zasady: historia magistra vitae. To nie byłoby takie złe, gdyby nie wymyślał tej historii.
– Jesteśmy pokoleniem wykształconym i wychowanym przez poprzedni system, co ma oczywiście konsekwencje. Mamy świadomość, że łatwiej wywalczyć wolność granic niż stać się wolnym człowiekiem. Takie wypowiedzi premiera Morawieckiego tylko ujawniają tęsknotę za dawnym systemem. Zarządzanie było wtedy takie proste, pierwszy sekretarz – którego PiS ma na Nowogrodzkiej – wydawał polecenie i wszyscy się temu podporządkowali, od premiera przez przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej po prezesów sądów.
PiS to kalka PZPR – dzielą społeczeństwo, żeby łatwiej było rządzić, wskazują wroga, marzą o wymianie elit i stworzeniu nowych obywateli. Okropny język, uruchamiający konflikt, agresję, nienawiść, odwet.
Prawdziwy przywódca, lider buduje zespół motywacją opartą na przyszłości,pozytywnym przekazie, a nie na wiecznych rozliczeniach i podejrzeniach.
A jeśli przeszłość motywuje skuteczniej? W milion samochodów elektrycznych czy 3 miliony mieszkań wybudowanych do 2030 r. trudno uwierzyć. Łatwiej umeblować na nowo przeszłość. Senator PiS prof. Jan Żaryn wyłożył jasno, że po 1989 r. tkwiliśmy w „zbiorowym marazmie”, bo „elita intelektualna (…) nie była w ogóle zainteresowana, żeby w państwie polskim dopominać się (…) o reprezentowanie tej wykładni polskiej historii, która jest zgodna z naszym zbiorowym, wspólnotowym oczekiwaniem”. Ale teraz wystarczy, że władza w imieniu suwerena sformułuje wspólnotowe oczekiwanie i zastosuje odpowiednią wykładnię.
– Dzięki takim ludziom jak Mateusz Morawiecki mówienie o współczesnej historii Polski staje się nieznośne. Ludzie już nie chcą tego słuchać, bo ilość głupot wypowiedzianych przez ostatnie 30 lat zabija to, co jest w naszej przeszłości najlepsze. W ciągu dwustu lat mieliśmy tylko trzy zwycięskie powstania. Dwa lokalne – wielkopolskie i śląskie, a trzecie powstanie narodowe – Solidarności.
Ma pan rację, ludzie już nie chcą słuchać o „Solidarności”, tym bardziej że dawno przestała być narodowa, a stała się partyjną przybudówką. I co, mamy ją nieść na sztandarach? Razem z hasłami o „złodziejach i komunistach, z których śmieje się cała Polska”, jak to pięknie wyłożył na Marszu Wolności i Solidarności Jarosław Kaczyński?
– Nie chcą słuchać o „S”, ale nic o niej nie wiedzą. Ludzie nie mają poczucia sukcesu, dumy, wiary w siebie, we wspólnotę. Są podzieleni, zniechęceni. Najbardziej brakuje mi radości z tego, co się dzięki „Solidarności” udało zrobić. Czcimy ciągle ofiary i porażki. Owszem, szlachetną, ale jednak przegraną walkę oraz martwych bohaterów. W technologii obchodzenia świąt narodowych dominuje wzorzec martyrologiczny: śpiewamy „Janek Wiśniewski padł”, a potem idziemy do kościoła, żeby się modlić nie za żywych, tylko za poległych.
Nie ma pozytywnej emocji. Może się kiedyś pojawi polski Tarantino, który nakręci „Dawno temu w Polsce”, ale na razie wszystko widzimy w czarnych barwach. Klęska, zdrada, męczeństwo.
Pan też opowiada o więzieniu. O biciu, izolatkach, przesłuchaniach, czyli cenie, którą się płaciło za sprzeciw. Dokładniej, którą nieliczni zapłacili, ale liczni żałują, że nie mają w CV takiego wpisu.
– Niech mnie pani nie wkurza, moje więzienne opowieści to zwykle relacje z pierwszych dwóch minut wydarzenia. Wtedy jest ciekawie, czasem śmiesznie. Bo jak już powiedziałem do naczelnika więzienia per „łysy chuju” albo odmówiłem wiórkowania podłogi potłuczonym szkłem, to wpadali, bili. Więc potem nie ma o czym opowiadać.
Ale nie mam z tym żadnego problemu, a opowiadam, żeby ludzie się nie bali. Masz poczucie, że racja jest po twojej stronie, że robisz to, bo tak trzeba – z poczucia przyzwoitości, wartości, odpowiedzialności za swoją rodzinę, przyjaciół, kraj – to wszystko wytrzymasz. Ba, będziesz miał poczucie zwycięstwa, bo zachowałeś się jak trzeba.
Profesor Modzelewski wspominał w autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii”, że został wychowany w przekonaniu o więziennej nobilitacji. Mury, kraty, kajdanki – uczciwy człowiek musi być na to gotowy. A wnuk i syn łagierników ma więzienie w genach.
– Tak, bo to nie przymus, to wybór. Możesz nic nie robić, choć to wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa, a możesz walczyć.
Pięknie powiedziane, ale nie miał pan żadnej gwarancji na wygraną.
– I co z tego? A Modzelewski miał? Szczerze mówiąc, myślałem, że do końca życia będę odsiadywał kolejne wyroki. „Solidarność” przywróciła ludziom godność. Kiedy zostałem przewodniczącym Zarządu Regionu, prof. Mieczysław Zlat i Olek Labuda powiedzieli mi: „Pamiętaj, jesteś człowiekiem wybranym w demokratycznych wyborach. Ludzie zdeponowali w tobie swoje marzenia”. Ludzie mają prawo do strachu, przywódca nie. I ja byłem gotów zrobić wszystko, żeby tej godności, tych marzeń bronić.
Godność, marzenia, odpowiedzialność przywódcy... Brzmi jak ze szkolnej czytanki. Naiwnie, ale miał pan 26 lat, gdy zaczął walczyć o te marzenia.
– Chce pani powiedzieć, że nie miałem wyobraźni, za to zbyt dużo brawury? Owszem, byłem młody. Lech Wałęsa, który miał 11 lat więcej, wydawał się „leśnym dziadkiem”. Ale szybko dojrzałem. Zwinęli mnie w październiku 1982 r. po 10 miesiącach poszukiwań przez SB. Miałem 28 lat, jak pierwszy raz poszedłem do więzienia.
Prokurator żądał 10 lat, sąd wymierzył 6 lat. Nie ma pan poczucia krzywdy, żalu? A może premier Morawiecki ma jednak rację?
– Jestem przekonany, że podwójnie nie ma racji, bo ci sędziowie i prokuratorzy ze stanu wojennego budzili właśnie motywację w młodszym pokoleniu, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której stracą niezawisłość i będą występować w roli funkcjonariuszy państwowych, podległych władzy wykonawczej, zawsze dyspozycyjnych.
Ja myślę dobrze o ludziach, uważam, że większość ma potrzebę bycia przyzwoitymi. Chcą być wolni. Nawet w komunistycznym systemie walczyli o zachowanie człowieczeństwa.