Dodaj do ulubionych

O kompromitacjach pisiorow :O)

23.05.20, 08:22
Poprzez kompromitację wyborów Kaczyński wyjaśnił katastrofę smoleńską

Stanisław Skarżyński
23 maja 2020 | 05:55


Majowe wybory, do których nie doszło, pokazały, że prezes PiS-u nie umie liczyć i nie odróżnia przywidzenia od tego, co realne. Droga do zwycięstwa nad PiS-em wiedzie poprzez jego urojenia

Idąc do władzy, PiS obiecywał, że wyjaśni „tajemnicę” katastrofy smoleńskiej. Tajemnicę, której nigdy było, bo od lat już wiadomo, że 36. specpułk wojskowego lotnictwa do wożenia VIP-ów był niedofinansowany, niedoszkolony i miał katastrofalne braki kadrowe.

W państwie olewano wszystkie procedury: z lotniska wyleciał samolot z załogą niespełniającą norm, na pokładzie byli pasażerowie, którzy nigdy nie powinni byli się tam znaleźć – przykładem dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych – próbowano lądować po omacku, w gęstej mgle, na lotnisku niewyposażonym w sprzęt pozwalający na takie lądowanie. Samolot urwał skrzydło zawadzając o brzozę, obrócił się podwoziem do góry i rozbił o ziemię. Z punktu widzenia fizyki nie ma żadnej tajemnicy.

Można domniemywać, dlaczego próbowano wylądować: samolot z Warszawy wyleciał spóźniony, samolot z dziennikarzami wylądował, a lądowanie na lotnisku zapasowym oznaczało dalsze, wielogodzinne już opóźnienie przyjazdu prezydenta na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Rocznicy, którą Lech Kaczyński zaczynał kampanię wyborczą, w której po pięciu latach kiepskiej prezydentury miałby wyraźnie pod górę.

Zamach na rozum
PiS jednak, zamiast przyjąć do wiadomości kompromitującą – nie tylko jego ugrupowanie, bo całe państwo – rzeczywistość, wymyślił sobie, że doszło do zamachu. Zamach to był rzeczywiście, zamach na rozum, bo przez długie lata opowiadano w Polsce bezkarnie zupełnie niebywałe idiotyzmy.

O helu, którego ślady miały zostać w mankietach ofiar katastrofy. O ładunku eksplodującym na skrzydle, w skrzydle, pod skrzydłem i w samolocie, co popierano, miażdżąc puszki po napojach, gotując parówki i detonując blaszaną wiatę, na której tylko namalowano okna samolotu. Bredzono o bombie termobarycznej, o sztucznej mgle, o pancernej brzozie, o spisku Tuska i Putina.

Zatruto tymi bredniami debatę publiczną na lata tak skutecznie, że dopiero gdy Jarosław Gowin przy okazji – równie zresztą mądrej – walki z konwencją Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy domowej dał Polsce wynalazek „ideologii gender”, pojawiła się możliwość stopniowego przekierowania na nowe tory zasobów głupoty polskiej, które bogatsze są niż polskie złoża węgla.

Piszę o przekierowaniu stopniowym, bo po objęciu przez PiS władzy w 2015 r. Antoni Macierewicz wywalił grube miliony publicznych pieniędzy na tak nieudolne jak daremne próby udowodnienia swoich fantasmagorii. Nic zupełnie z tego nie wyszło, ale Macierewicz i jego podkomisja w 2020 r. dostali na to kolejne 2,7 mln złotych. Można zgadywać, że tyle rocznie trzeba będzie do końca rządów PiS-u wydawać na zagwarantowanie, że różni ludzie, którzy te brednie przez lata firmowali swoimi nazwiskami, nie zaczną nagle opowiadać, jak w rzeczywistości wyglądała „metoda naukowa” i produkcja tych „ekspertyz”, którymi obywatelom RP latami robiono wodę z mózgu.

Katastrofa zamieciona pod dywan
PiS jednak między 2015 a 2020 r. korzystał z Gowinowego wynalazku „ideologii gender”, który w połączeniu z odnowionym sporem o aborcję, szczuciem na uchodźców i rozkwitającym pod przyzwoleniem nowej władzy antysemityzmem pozwolił dyskretnie zamieść katastrofę smoleńską pod dywan.

Dla fanatyków smoleńskiego zamachu znaleziono alternatywne sposoby spędzania wolnego czasu – w końcu dojście PiS-u do władzy miało zdemaskować „zdradę Tuska”, a udający uchodźców homoseksualni terroryści muzułmańscy, próbujący wespół z amerykańskimi kongresmenami za pieniądze Sorosa zedrzeć odszkodowania za mienie Żydów ratowanych przez Polaków z narażeniem życia, to jest samograj, który się nigdy nie wypali.

Różni nienawistnicy od 2015 r. ciągle demonstrując, tylko na czele pochodu Piotra Rybaka z płonącą kukłą Żyda zastępuje biskup Jędraszewski zawodzący o tęczowej zarazie, jego z kolei zmienia Kaja Godek krzycząca o zarodkach, a ją dla odmiany Janusz Korwin-Mikke i jego brednie o eurokołchozie i socjalizmie.

Zajęci maszerowaniem nawet nie zauważyli, że choć wrak tupolewa przez pięć lat władzy PiS-u leży na lotnisku w Smoleńsku tak samo, jak leżał za Tuska, to PiS najpierw zaniechał organizacji miesięcznic smoleńskich, a potem ze sztafety prowadzących pochód wycofał Antoniego Macierewicza i o Smoleńsku mówi się w PiS-ie już tylko czasem, i to tylko półgębkiem.

Dziesiąta rocznica katastrofy była w ogóle dostrzegalna tylko z powodu epidemii – nikt by PiS-owskich obchodów nie zauważył, gdyby nie kontrast epidemii z tym festiwalem pogardy, jakim było publiczne pojawienie się prezesa partii wraz z szefem rządu, marszałek Sejmu i grupą innych osób w świetle fleszy. lekce sobie ważących walkę z epidemią. Potem raz jeszcze napluł obywatelom w twarz poprzez wjechanie limuzyną na otwarty tylko dla niego cmentarz. PiS-owi tak naprawdę bardzo było na rękę przemilczenie dziesiątej rocznicy tragedii w Smoleńsku, bo ten temat już się obozowi władzy znudził.

Chwilę później, przy okazji wyborów prezydenckich, Kaczyński i jego ludzie pokazali, na ile są gotowi, kiedy im na czymś zależy. Nie ma żadnych wątpliwości, że gdyby w PiS-owi na „godnym upamiętnieniu” dekady od śmierci prezydenta Kaczyńskiego zależało tak, jak na reelekcji Andrzeja Dudy, to cała Polska pod czujnym okiem policji szłaby pod Wawel na kolanach tyłem, niezależnie od tego, czy by to miało kosztować dziesięć tysięcy czy dziesięć milionów ofiar. Obchody dziesiątej rocznicy Smoleńska po prostu nie były w interesie politycznym obozu władzy, więc skorzystano z epidemii, by ich nie robić.

Karty wyborcze w błocie
Majowe wybory z kwietniową katastrofą łączy więcej niż dzień miesiąca. One są kropka w kropkę owocem tego samego sposobu myślenia: rzeczywistość się nie liczy, bo rzeczywistość ma się dopasować do widzimisię polityków oraz ich bieżących potrzeb. Ludzie, czas, pieniądze, środki materialne, kompetencje i prawo to tylko surowiec, który można mielić jak ziemię i lepić z niego, co się tym u władzy żywnie podoba – raz będzie to lądowanie samolotem we mgle, innym razem wybory podczas epidemii.

Problem w tym, że tak nie jest. Więc choćby prezes Kaczyński miał tysiąc Sasinów, a każdy Sasin zjadłby tysiąc kotletów i nie wiem, jak się wytężał, to nie da rady: nie da się w miesiąc zorganizować głosowania korespondencyjnego w 38-milionowym kraju. Dokładnie tak samo, jak nie da się lądować bez oprzyrządowania, w lesie, w gęstej mgle.

To właśnie jest w relacjach o ostatnich przepychankach między rzeczywistością a Jarosławem Kaczyńskim najbardziej wstrząsające: mimo iż dotknęło go to osobiście, mimo iż minęła właśnie dekada od najboleśniejszej kompromitacji państwa polskiego w jego najnowszej historii, gdy w błoto w Rosji wbił się samolot Wojska Polskiego z głową państwa i 95 innymi osobami, wśród nich całym dowództwem armii, wicemarszałkami Sejmu i Senatu oraz dużą grupą innych znaczących dla polskiego państwa osób na pokładzie. Prawo i Sprawiedliwość nie nawiązało nawet elementarnego kontaktu z tym punktem, który oddziela rzeczywistość poddającą się obróbce człowieka od tej, której można tylko ustąpić.

Obserwuj wątek
    • benek231 O kompromitacjach pisiorow :O) - 2 23.05.20, 08:27
      To, że 10 maja w Polsce były wybory, których tak naprawdę nie było, to dla Polski jako demokratycznego państwa prawa kompromitacja tego samego rzędu, co katastrofa smoleńska – oznaczają bowiem te niewybory, że w Polsce nie działają żadne bezpieczniki i że jako państwo nie jesteśmy w stanie reagować na rzeczywistość na poziomie najważniejszych jego instytucji. Rząd, Sejm, prezydent, większość parlamentarna – to są wszystko wydmuszki, skoro żadna z tych instancji nie ma punktu styku z rzeczywistością. W efekcie te miliony wydrukowanych bez żadnej podstawy prawnej kart wyborczych, na których jest wymyślona przez kogoś pieczęć, a które zalegają w jakimś magazynie Jacka Sasina, to jest część tej samej kolekcji polskiej głupoty, co leżące od dekady na lotnisku w Smoleńsku szczątki tupolewa.

      Są dwie różnice. Pierwsza, że ofiar katastrofy nie dało się ukryć, a w przypadku kopertowego głosowania nigdy nie się dowiemy, czy i ile ofiar pociągnęło za sobą drukowanie, pakowanie i wożenie tych pseudopakietów niby-wyborczych. Druga, że w ostatniej chwili powstrzymano największe szaleństwo i nie doszło do wielkiego roznoszenia wirusa. Ale mechanizm jest dokładnie ten sam – podjęto daleko idące działania, zupełnie ignorując rzeczywistość.

      Pogarda dla rzeczywistości
      Historia z wyborami, które się 10 maja odbyły i nie odbyły, oznacza, że lider Prawa i Sprawiedliwości nic zupełnie nie zrozumiał z tego, co bezwzględna rzeczywistość próbowała powiedzieć polskiemu państwu katastrofą smoleńską.

      To nie złośliwość – to radykalnie zmienia rozumienie tego, co PiS robi z państwem od 2015 r. Dotąd sądzono, że zamach PiS-u na instytucje państwa wynika z jakiejś szczególnej pogardy prezesa PiS-u dla III RP i prawa w niej stanowionego. Z braku szacunku dla Unii Europejskiej. Że przedkłada on politykę krajową nad politykę zagraniczną. Że uważa politykę ekonomiczną za wtórną wobec interesów politycznych. Że chce skupiać w swoich rękach władzę. Że wzoruje się na Viktorze Orbánie i Władimirze Putinie.

      Próbowano się w tym podpierać najkosmaciej: a to decyzjonizmem i teorią suwerenności Carla Schmitta, a to komunizmem w wariancie Włodzimierza Lenina, a to przywoływano ewolucję poglądów na temat źródeł prawa u promotora pracy doktorskiej Kaczyńskiego, prof. Stanisława Ehrlicha. Analizowano też wpływ Lecha Wałęsy i Jana Olszewskiego i studiowano, jak populiści patroszyli interwencjonizm Johna M. Keynesa, zamieniając tę doktrynę w paszkwil odpowiadający zezwierzęceniu doktryny gospodarczej neokonserwatyzmu.

      Wszystko na nic – i nic dziwnego, bo nie ma takiej filozofii politycznej, która opiera się na ignorowaniu rzeczywistości jako całości. A to właśnie pokazały wybory 10 maja: prezes PiS-u nie ignoruje wybranych aspektów rzeczywistości, ale świat faktów w ogóle, jako taki: czy jest to Konstytucja RP, czy kodeks wyborczy, czy aerodynamika lotnicza, czy działanie takich instytucji jak Poczta Polska. 100 tys. jej pracowników jest zorganizowanych w celu fizycznego przenoszenia rzeczy z miejsca na miejsce, co przy odpowiednim uporze, czasie i nakładzie środków może doprowadzić nawet do przeprowadzenia tak złożonego logistycznie przedsięwzięcia, jakim są wybory prezydenckie w kraju, w którym 30 mln obywateli jest uprawnionych do głosowania.

      Prezes jednak rzeczywistości w ogóle nie brał pod uwagę. Paradoksalnie wyszło na to, że to Jarosław Gowin w ostatniej chwili pociągnął za stery państwa i uratował Polskę i sam PiS przed niewyborami, które byłyby nie tylko bezprawne, bezskuteczne, nieudane i kompromitujące, ale podczas epidemii byłyby również zbrodnią przeciwko ludności.

      Puścić Kaczyńskiego na ścianę
      Jednak to, że Kaczyński nie ma żadnego kontaktu z rzeczywistością, a jego otoczenie z najwyższą trudnością jest mu w stanie wyłożyć sprawę tak elementarną, jak to, że nie ma na świecie takiej poczty, której uda się w trzy dni doręczyć 30 mln pakietów wyborczych – to jest informacja, której nie można zignorować.

      Opozycja powinna włączyć sabotaż do swojego arsenału i pomagać PiS-owi zderzać się ze ścianą. Skoro PiS nie odróżnia rzeczy niepotrzebnych i głupich od niemożliwych, można relatywnie niewielkim nakładem środków nie tylko posyłać tę władzę na deski jej własnymi siłami, eksploatując wewnętrzne tarcia w jej obozie i dyskretnie wspierając najgłupsze i najmniej realne z jej poczynań. Można też nie pozwalać Gowinowi rozbrajać ich skutków, ale również dostarczać narodowi mnóstwo powodów do zdrowej refleksji nad poziomem ludzi powołanych przez nich do rządów.

      Niech upamiętniający „cud na Wisłą” łuk triumfalny w poprzek rzeki postawią inżynierowie od Macierewicza, którzy „wyjaśniali” katastrofę smoleńską. Pozwólmy PiS-owi brnąć w brednię, że Lech Kaczyński był liderem „Solidarności”. Zaproponujmy postawienie w Warszawie złotego pomnika Jarosława Kaczyńskiego patrzącego z konia na wchód. Wyjmijmy karty do głosowania podczas następnego koszmaru legislacyjnego – pozwólmy PiS-owi zderzać się z rzeczywistością, aż ich ta rzeczywistość znokautuje.

      Nikt nie wie, na co dadzą się złapać ludzie obozu władzy: po niewyborach tylko ich ograniczona wyobraźnia stawia ograniczenia idiotyzmom, do których ten obóz jest zdolny. Pomóżmy ich wyobraźni, bo mamy przed sobą człowieka, który nie umie liczyć, nie odróżnia urojonego od realnego i otacza się ludźmi, którzy szepczą mu to, co on chce usłyszeć. Droga do zwycięstwa wiedzie poprzez jego urojenia.

      wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25968650,poprzez-kompromitacje-wyborow-kaczynski-wyjasnil-katastrofe.html#S.main_topic-K.C-B.3-L.2.glowka
      A zapoczatkowany juz rozklad PiSu przyspiesza klopoty z niedoborem kasy oraz nadmiarem bezrobotnych i spolecznego niezadowolenia.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka