Dodaj do ulubionych

Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O)

03.12.20, 16:11
Marta, chrzestna moich dzieci, dziś zaprasza na obiady Kaczyńskiego. Co się z nią stało? Kto mi ukradł przyjaciół?

Anne Applebaum
19 października 2018 | 23:00


Ludzie, którzy witali w moim domu nowe tysiąclecie nie przekroczyliby już mojego progu, a nawet nie chcieliby się przyznać, że kiedykolwiek tu byli. Z grubsza połowa gości naszej imprezy nie zamieniłaby dzisiaj słowa z pozostałą połową.

31 grudnia 1999 r. urządziliśmy sylwestra. Koniec tysiąclecia i początek następnego ludzie chcieli uczcić w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyjęcie spełniało to kryterium. Wydaliśmy je w Chobielinie – dworku w północno-zachodniej Polsce, który kupili mój mąż i jego rodzice – wówczas zapleśniałej ruinie. Powolutku odrestaurowaliśmy ten dom. W 1999 r. nie był jeszcze gotowy, ale miał już dach oraz wielki, odmalowany i nieumeblowany salon – idealny na przyjęcie.
Goście byli rozmaici: zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Berlina, paru dyplomatów urzędujących w Warszawie, dwoje przyjaciół przyleciało z Nowego Jorku. Ale w większości byli to Polacy, nasi przyjaciele i koledzy mojego męża, wówczas wiceministra spraw zagranicznych. Była też garstka młodych polskich dziennikarzy – żaden nie był szczególnie sławny – wraz z kilkoma urzędnikami państwowymi i jednym czy dwoma członkami rządu.
Większość z nich można było z grubsza zaliczyć do kategorii nazywanej przez Polaków prawicą – konserwatystów, antykomunistów. W tamtym jednak czasie można też było określić większość moich gości mianem liberałów – wolnorynkowych bądź klasycznych – a może thatcherystów. Nawet ci, którzy mieli mniej zdecydowane poglądy ekonomiczne, z pewnością wierzyli w demokrację, w rządy prawa, w Polskę należącą do NATO i zmierzającą do członkostwa w Unii Europejskiej. W latach 90. ubiegłego wieku to właśnie określało „prawicę”.
Przyjęcie było trochę improwizowane. W wiejskiej Polsce lat 90. nie istniał catering, więc przyrządziłyśmy z teściową kadzie gulaszu wołowego i pieczonych buraków. Brakowało hoteli, zatem naszych stu kilku gości zamieszkało w wiejskich domach albo u przyjaciół w pobliskim mieście. Przygotowałam listę, kto ma się gdzie zatrzymać, ale i tak parę osób spało na kanapie w naszej piwnicy.

Różnice kultur ujawniły się tylko przy muzyce – mikstejpach skompilowanych przed erą Spotify. Piosenki pamiętane przez moich amerykańskich przyjaciół z lat uniwersyteckich były inne od tych, które pamiętali z tych czasów Polacy, trudno więc było wspólnie tańczyć.
W pewnej chwili poszłam na górę i dowiedziałam się, że ustąpił Borys Jelcyn. Napisałam krótki komentarz do brytyjskiej gazety, po czym wróciłam do gości na kolejny kieliszek wina. Około trzeciej nad ranem trochę zwariowana Polka wyjęła z torebki pistolecik i zaczęła strzelać w powietrze ślepakami.

Przyjęcie trwało całą noc, przeciągnęło się do wczesnego obiadu po południu. Zapamiętałam ówczesny nastrój optymizmu, wszak odbudowaliśmy dom, przyjaciele odbudowywali kraj. Szczególnie wyraźnie pamiętam przechadzkę po śniegu (dzień wcześniej, a może dzień po) – wszyscy z naszej grupy gadali jednocześnie, angielski i polski mieszały się i niosły echem po brzozowym lasku. Wówczas, tuż przed przystąpieniem Polski do Zachodu, czuło się, że wszyscy jesteśmy drużyną. Łączyły nas poglądy na demokrację i na to, jaką drogę obrać do ekonomicznej pomyślności – byliśmy zgodni, że sprawy idą w dobrym kierunku.

Przyjaciele poszli do PiS. I koniec rozmów
Dzisiaj, kilkanaście lat później, wolałabym przejść na drugą stronę ulicy, by uniknąć spotkania z niektórymi uczestnikami owego sylwestra. Oni zaś nie przekroczyliby już progu mojego domu, a nawet nie chcieliby się przyznać, że kiedykolwiek tu byli. Z grubsza połowa gości naszej imprezy nie zamieniłaby dzisiaj słowa z pozostałą połową.

To podział polityczny, nie osobisty. Polska jest teraz jednym z najbardziej spolaryzowanych społeczeństw w Europie. Stoimy nagle na przeciwnych brzegach głębokiej przepaści; dzieli ona nie tylko niegdysiejszą polską prawicę, ale także dawną prawicę węgierską, włoską oraz – przy pewnych różnicach – prawicę brytyjską i amerykańską.
Niektórzy z naszych sylwestrowych gości, podobnie jak mąż i ja, nadal są zwolennikami centroprawicy proeuropejskiej, prorynkowej, popierającej rządy prawa. Pozostają w partiach politycznych mniej lub bardziej utożsamiających się z europejskimi chrześcijańskimi demokratami, z liberalnymi partiami Niemiec i Holandii, z Partią Republikańską Johna McCaina. Niektórzy uważają się dziś za centrolewicę. Inni jednak przerzucili poparcie na rodzimą partię Prawo i Sprawiedliwość, która radykalnie odeszła od stanowiska, które zajmowała, kiedy po raz pierwszy krótko rządziła w latach 2005-07 i kiedy miała prezydenta w latach 2005-10.

PiS wyznaje dzisiaj nowe idee – nie tylko ksenofobiczne i pełne podejrzliwości wobec reszty Europy, ale też jawnie autorytarne. Po zdobyciu nieznacznej większości parlamentarnej w 2015 r. przywódcy tej partii złamali konstytucję, wyznaczając nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Później za pomocą podobnego niekonstytucyjnego scenariusza obsadzili Sąd Najwyższy. Partia przejęła państwową Telewizję Polską; wyrzuciła z pracy popularnych prezenterów; uprawia na koszt podatnika bezwstydną propagandę upstrzoną łatwymi do zdemaskowania kłamstwami. Rząd okrył się międzynarodową niesławą, gdy wprowadził prawo ograniczające publiczną debatę o Holocauście. Chociaż pod amerykańskim naciskiem ustawę w końcu zmieniono, miała ona szerokie poparcie ideologicznej bazy PiS – wśród dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, w tym niektórych gości mojego sylwestra, przekonanych, że antypolskie siły usiłują przypisać Polsce odpowiedzialność za Auschwitz.
Z powodu takich poglądów trudno mi z niektórymi z owych gości rozmawiać o czymkolwiek. Od czasu histerycznej rozmowy w kwietniu 2010 r., kilka dni po katastrofie pod Smoleńskiem, ani razu nie rozmawiałam z niegdyś jedną z moich najbliższych przyjaciółek, matką chrzestną jednego z moich dzieci – nazwijmy ją Martą. W następnych latach Marta zbliżyła się do brata bliźniaka prezydenta, który wówczas zginął – przywódcy PiS Jarosława Kaczyńskiego. Zaprasza go na obiady i omawia z nim, kogo powinien mianować do rządu. Usiłowałam się z nią ostatnio zobaczyć w Warszawie, ale odmówiła. – O czym mamy rozmawiać? – spytała i zamilkła.
Kobieta, która podczas naszego sylwestra strzelała w powietrze, z czasem rozeszła się z mężem Brytyjczykiem. Dzisiaj zdaje się poświęcać cały czas na internetowe trollowanie, fanatycznie propagując teorie spiskowe, w tym wiele zjadliwie antysemickich. Tweetuje o żydowskiej odpowiedzialności za Holocaust; niegdyś zamieściła kopię średniowiecznego malowidła angielskiego przedstawiającego chłopca rzekomo ukrzyżowanego przez Żydów z komentarzem: „A dziwią się, że ich wygnano”. Idzie w ślady luminarzy amerykańskiej alternatywnej prawicy (alt-right), a nawet wzmacnia jej język.





Obserwuj wątek
    • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 2 03.12.20, 16:13
      Przypadkiem wiem, że obie te kobiety są skłócone ze swoimi dziećmi ze względu na poglądy polityczne. Tego rodzaju myślenie poróżniło rodziny i przyjaciół. Mamy koło Chobielina sąsiadkę, której rodzice słuchają prorządowego, katolickiego i rozpowszechniającego teorie spiskowe Radia Maryja. Powtarzają mantry tego radia, a jego wrogów uznają za własnych. Sąsiadka powiedziała mi: – Straciłam matkę, żyje w innym świecie.
      Muszę tu wyjaśnić, że nie jestem bezstronna, gdyż część owego spiskowego myślenia skupia się na mnie. Mój mąż był przez półtora roku ministrem obrony w koalicyjnym rządzie kierowanym przez PiS, gdy partia ta pierwszy raz sprawowała przez krótki czas władzę; później zerwał z nią i przez siedem lat był ministrem spraw zagranicznych w koalicyjnym rządzie kierowanym przez centroprawicową Platformę Obywatelską. W 2015 r. nie ubiegał się o urząd. Jako dziennikarka i jego urodzona w Ameryce żona zawsze wzbudzałam pewne zainteresowanie prasy. Kiedy jednak PiS wygrał w 2015 r. wybory, na okładkach dwóch proreżimowych czasopism: „wSieci” i „Do Rzeczy” – a w obu pracują nasi dawni przyjaciele – zostałam przedstawiona jako żydowska koordynatorka prasy międzynarodowej, skrycie kierująca jej negatywnymi opisami Polski. Podobne historie ukazały się w wieczornych „Wiadomościach” TVP.
      Z czasem przestano o mnie pisać; negatywne opisy sytuacji w Polsce stały się zbyt powszechne, by wierzyć, że jedna osoba, nawet Żydówka, mogła sama tym zarządzać. Choć od czasu do czasu sprawa wraca w mediach społecznościowych.

      To nie rok 1937. Ale jest podobnie
      W słynnym dzienniku z lat 1935-44 rumuński pisarz Mihail Sebastian odnotował jeszcze bardziej radykalną zmianę w swoim kraju. Sebastian także był Żydem, a większość jego przyjaciół, podobnie jak moich, zaliczała się do prawicy. Opisywał, jak przyciągała ich jednego po drugim – jak płomień przyciąga ćmy – ideologia faszystowska. Odtwarzał tę arogancję i pewność siebie, której nabywali, kiedy porzucali tożsamość Europejczyków – podróżujących do Paryża wielbicieli Prousta – w zamian uznając się za Rumunów „z krwi i ziemi”. Słuchał, jak zagłębiali się w teorie spiskowe, obserwował ich rosnące zwykłe okrucieństwo. Ludzie, których znał od lat, nagle lżyli go prosto w twarz, po czym zachowywali się, jakby nic się nie stało. „Czy możliwa jest przyjaźń z ludźmi, którzy mają zupełnie obce myśli i uczucia – tak obce, że wystarczy, bym stanął w drzwiach, żeby nagle zamilkli ze wstydu i zakłopotania?” – pisał w 1937 r.

      To nie jest rok 1937. Jednak podobne przemiany zachodzą dzisiaj w Europie, w której mieszkam, i w Polsce, której obywatelstwo otrzymałam. Przemian tych nie da się uzasadnić kryzysem gospodarczym, który ogarnął Europę w latach 30. ubiegłego wieku. Nawet po globalnym załamaniu finansowym 2008 r. Polska nie przeżyła żadnej recesji. Co więcej, wcale nie odczuła fali uchodźców, która uderzyła w inne kraje europejskie. Nie ma obozów dla migrantów, nie ma islamskiego ani żadnego innego terroryzmu.
      Jeszcze ważniejsze jest to, że ludzie, o których tu piszę, rodzimi ideolodzy – chociaż może nie odnoszą takich sukcesów, jakich by chcieli (o czym za chwilę) – nie są ani biedakami, ani mieszkańcami wsi. W żadnym sensie nie są ofiarami politycznej transformacji ani zubożałą podklasą. Przeciwnie, są wykształceni, znają języki obce, podróżują za granicę – zupełnie jak przyjaciele Sebastiana w latach 30. XX wieku.
      Jakie są przyczyny tych przemian świadomości? Czy niektórzy z naszych przyjaciół zawsze byli ukrytymi zwolennikami autorytaryzmu? Czy może ludzie, z którymi wznosiliśmy toast w pierwszych chwilach nowego tysiąclecia, zmienili się w ciągu kolejnych 20 lat? Sądzę, że wyjaśnienie jest skomplikowane i uniwersalne. W odpowiednich warunkach każde społeczeństwo może się zwrócić przeciwko demokracji. Jeśli można jakieś wnioski wysnuć z historii – to wszystkie społeczeństwa z czasem to zrobią.
      Afera Dreyfusa i honor narodu
      Zanim przejdę dalej – rzecz warta przypomnienia: otóż to wszystko już kiedyś się zdarzyło. Głębokie zwroty polityczne – wydarzenia, które nagle rozdzierają rodziny i przyjaciół, idą w poprzek społecznych podziałów klasowych, dramatycznie zmieniają sojusze polityczne – nie są co prawda w Europie codziennością, ale wcale nie są nieznane. Mało w ostatnich latach poświęca się uwagi wielkiemu konfliktowi w XIX-wiecznej Francji, choć stanowił on zapowiedź wielu sporów publicznych XX wieku i odbija się wyraźnym echem do dziś.

      Afera Dreyfusa rozpoczęła się w roku 1894, kiedy wykryto, że we francuskiej armii ktoś zdradzał informacje Niemcom, które ćwierć wieku wcześniej pokonały Francję, po czym okupowały Alzację i Lotaryngię. Francuski wywiad twierdził, że wyśledził sprawcę. Kapitan Alfred Dreyfus był Alzatczykiem, mówił z niemieckim akcentem, oraz był Żydem, a zatem dla niektórych nie był prawdziwym Francuzem. Okazało się w końcu, że był niewinny. Ale w efekcie sfabrykowanych przez śledczych dowodów i ich fałszywych zeznań sąd wojskowy skazał Dreyfusa na zsyłkę w odosobnieniu na Diabelskiej Wyspie u wybrzeży Gujany Francuskiej.
      Afera podzieliła francuskie społeczeństwo wedle linii znanych i dzisiaj. Ci, którzy uznawali winę Dreyfusa, byli swoistą alternatywną prawicą tamtych czasów, jak dzisiaj PiS czy francuski Front Narodowy. Propagowali teorię spiskową. Na jej rzecz krzyczały nagłówki żółtej prasy prawicowej – XIX-wiecznej wersji współczesnych, skrajnie prawicowych trolli. Przywódcy tego obozu kłamali w imię honoru armii, a ich zwolennicy upierali się – przekonani, że tego wymaga narodowa lojalność – iż Dreyfus jest zdrajcą, nawet wtedy, gdy fałszywe oskarżenie zostały już zdemaskowane.
      Dreyfus nie był szpiegiem. Żeby udowodnić, co było nie do udowodnienia, antydreyfusowcy dopuszczali się nie tylko obrazy prawa, ale nawet racjonalnego myślenia. W stan podejrzenia postawili wręcz naukę, dlatego że wyrażała to co nowoczesne i uniwersalne, stając w konflikcie z emocjonalnym kultem przodków i macierzy. Jak pisał jeden z antydreyfusowców, „w każdej pracy naukowej” jest coś „groźnego” i „przypadkowego”.
      • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 3 03.12.20, 16:15
        Dreyfusowcy natomiast dowodzili, że niektóre zasady są ważniejsze niż honor narodu, że istota rzeczy polega na tym, czy Dreyfus jest winny, czy niewinny. I przede wszystkim – że państwo francuskie ma obowiązek jednakowo traktować wszystkich obywateli niezależnie od ich wyznania. Oni także byli patriotami, ale innego rodzaju. Pojmowali naród nie jako etniczny klan, lecz jako ucieleśnienie ideałów sprawiedliwości, uczciwości, neutralności sądów. Była to wizja bardziej abstrakcyjna, intelektualna, trudniejsza do uchwycenia, ale niepozbawiona zdolności przekonywania.

        Te dwie wizje rozdarły Francję na pół. Szalały emocje. W paryskich domach wybuchały kłótnie. Rodziny przestawały ze sobą rozmawiać, niekiedy na pokolenia. Podział ten wciąż się czuło w XX-wiecznej polityce, w sprzecznych ideologiach Vichy i francuskiego ruchu oporu. Trwa on do dzisiaj, widoczny w zmaganiach między nacjonalizmem „Francji dla Francuzów” Marine Le Pen a wizją Francji otwartej Emmanuela Macrona opartej na zbiorze wartości abstrakcyjnych: sprawiedliwości, uczciwości, neutralności sądów oraz globalizacji i integracji.
        Dla mnie afera Dreyfusa jest najbardziej interesująca dlatego, że została wywołana tylko z jednej przyczyny. Jedna głośna sprawa sądowa, jeden sporny proces pogrążył kraj we wściekłej awanturze i stworzył niedające się zasypać przepaści między ludźmi, którzy wcześniej nie uświadamiali sobie dzielących ich różnic. Owe całkowicie odmienne wyobrażenia o tym, czym jest Francja, musiały więc istnieć wcześniej i czekać na ujawnienie się. Podobnie 20 lat temu musiały już istnieć odmienne wyobrażenia o tym, czym jest Polska – aż zostały ożywione i wzmocnione za sprawą przypadku, nowych okoliczności lub osobistych ambicji.

        Leninowskie państwo jednopartyjne
        Być może nie ma w tym nic dziwnego. Wszak rdzeniem tych sporów – czy to we Francji lat 90. XIX wieku, czy w Polsce lat 90. XX wieku – są ważne pytania: kto definiuje naród? kto więc ma narodem rządzić? Przez wiele lat sądziliśmy, że są to kwestie już dawno rozstrzygnięte. Ale właściwie dlaczego miałyby być rozstrzygnięte kiedykolwiek?
        Monarchia, tyrania, oligarchia, demokracja – wszystkie te ustroje znał już Arystoteles ponad 2 tys. lat temu. Jednak nieliberalne państwo jednopartyjne – dzisiaj istniejące w całym świecie; to choćby Chiny, Wenezuela, Zimbabwe – pierwszy wymyślił i stworzył Lenin w Rosji w 1917 r. W przyszłych podręcznikach nauk politycznych założyciel ZSRR zostanie na pewno zapamiętany nie z powodu swoich marksistowskich przekonań, lecz właśnie dlatego, że wynalazł tę trwałą formę organizacji politycznej. Model, który dzisiaj naśladuje wielu początkujących autokratów.

        W odróżnieniu od marksizmu leninowskie państwo jednopartyjne nie jest filozofią. Stanowi mechanizm utrzymania władzy. Jest skuteczne, bo jasno definiuje, kto ma być elitą – polityczną, kulturalną, finansową. W monarchiach, takich jak przedrewolucyjna Francja i Rosja, prawo do rządzenia przysługiwało arystokracji, która definiowała siebie za pomocą surowych kodeksów pochodzenia i etykiety. We współczesnych demokracjach zachodnich prawo do rządzenia, przynajmniej w teorii, wynika z rozmaitych form konkurencji: prowadzenia kampanii i wyborów; merytokratycznych testów określających dostęp do wyższego wykształcenia i do służby cywilnej, z wolnego rynku.
        Hierarchie społeczne w starym stylu także zwykle zależą od tej mieszaniny czynników, ale we współczesnej Wielkiej Brytanii, Ameryce, Niemczech, we Francji, a do niedawna też w Polsce, przyjmowaliśmy, że konkurencja jest najbardziej sprawiedliwą i efektywną metodą dystrybucji władzy. Zarabiać najwięcej powinny więc przedsiębiorstwa najlepiej prowadzone. Rządzić powinni politycy najbardziej przekonujący i kompetentni. Rywalizacja między nimi powinna przebiegać na zasadzie wyrównanych szans, żeby zapewnić sprawiedliwy wynik.
        Jednopartyjne państwo Lenina było oparte na odmiennych wartościach. Obaliło porządek arystokratyczny. Nie zastąpiło go jednak modelem konkurencyjnym. Bolszewickie państwo jednopartyjne nie było jedynie niedemokratyczne; było też antykonkurencyjne i antymerytokratyczne. Miejsca na uniwersytetach, stanowiska w służbie cywilnej, w rządach i w przemyśle nie przypadały ludziom najzdolniejszym ani najbardziej pracowitym. Przypadały najbardziej lojalnym. Awansowali, bo byli gotowi podporządkować się regułom członkostwa w partii.

        Reguły te zmieniały się w czasie, ale pod pewnymi względami były niezmienne. Zazwyczaj wykluczały dawną elitę rządzącą i jej dzieci oraz podejrzane grupy etniczne. Sprzyjały dzieciom klasy robotniczej. A nade wszystko tym, którzy głośno deklarowali polityczną wiarę, brali udział w zebraniach partyjnych, publicznie demonstrowali swój entuzjazm. W odróżnieniu od zwykłej oligarchii państwo jednopartyjne umożliwia mobilność pionową – prawdziwie „wierzący” mogą awansować. Jak pisała Hannah Arendt jeszcze w latach 40. XX wieku, najgorsza odmiana państwa jednej partii „zastępuje wszystkie pierwszorzędne talenty, niezależnie od ich sympatii, świrami i głupcami, u których brak inteligencji i kreatywności jest najlepszą gwarancją lojalności”.
        System jednopartyjny był też odbiciem wrogości Lenina wobec idei neutralnego państwa, apolitycznych urzędników służby cywilnej i obiektywnych mediów. Pisał, że wolność prasy „jest oszustwem”. Wyszydzał wolność zgromadzeń jako „pusty frazes”. Sama zaś demokracja parlamentarna była wedle niego jedynie „mechanizmem ucisku klasy robotniczej”. Dla bolszewików prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, że kontroluje je klasa robotnicza – za pośrednictwem partii.
        Ludzie, którzy sądzą, że zasługują na władzę
        Ta parodia opartych na konkurencji instytucji „demokracji burżuazyjnej” i kapitalizmu miała też od dawna wersję prawicową. Zwykle jako przykład wymienia się Niemcy hitlerowskie. Ale jest wiele innych. Południowa Afryka w okresie apartheidu była w rzeczywistości państwem jednej partii korumpującym prasę i sądownictwo w celu wykluczenia czarnych z życia politycznego i wspierania interesów Afrykanerów, czyli białych wywodzących się głównie z osadników holenderskich, którzy nie radzili sobie w kapitalistycznej gospodarce utworzonej przez imperium brytyjskie.
        Dzisiaj w Europie są u władzy dwie nieliberalne partie: PiS w Polsce oraz Fidesz, partia Viktora Orbána, na Węgrzech. W Austrii i we Włoszech podobne partie wchodzą w skład rządzących koalicji albo cieszą się szerokim poparciem. Istnienie przeciwników politycznych tolerują, ale chwytają się wszelkich środków, legalnych i nielegalnych, żeby osłabiać zdolność oponentów do działania oraz ograniczać konkurencję w polityce i gospodarce. Nie lubią inwestycji zagranicznych i krytykują prywatyzację, chyba że służy ich zwolennikom. Podważają merytokrację. Podobnie jak Donald Trump drwią z idei neutralności i profesjonalizmu dziennikarzy i służby cywilnej. Zniechęcają firmy do reklamowania się w „opozycyjnych”, traktowanych jako bezprawne mediach.
        • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 4 03.12.20, 16:17
          Znamienne, że jednym z pierwszych posunięć rządu PiS była zmiana na początku 2016 r. ustawy o służbie cywilnej ułatwiająca zwalnianie z pracy profesjonalistów i zatrudnianie funkcjonariuszy partyjnych. Polska służba zagraniczna zamierza też znieść wymóg znajomości przez dyplomatów dwóch języków obcych, co było za wysoką poprzeczką dla faworyzowanych kandydatów. Rząd usunął ze stanowisk szefów firm państwowych. Mieli oni przynajmniej jakieś doświadczenie w pracy rządowej czy gospodarczej, teraz zastąpili ich członkowie partii, ich krewni i znajomi. Typowy przykład to Janina Goss, przyjaciółka Kaczyńskiego, od której były premier pożyczył niegdyś dużą sumę, podobno na koszty kuracji swojej matki. Goss, biegła w robieniu konfitur i przetworów, została członkiem rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, największej firmy energetycznej w kraju, zatrudniającej 40 tys. ludzi.
          Można to nazwać nepotyzmem, przejmowaniem przez państwo. Ale jeśli się uprzeć, można szukać określeń pozytywnych: koniec wreszcie ze wstrętną merytokracją i konkurencją, czyli z zasadami z definicji niekorzystnymi dla ludzi, którzy nie osiągają sukcesów. Taki system układów wykluczający konkurencję jest fatalny, jeśli chcesz żyć w społeczeństwie rządzonym przez ludzi utalentowanych. Ale jeżeli wcale nie to jest najważniejsze, to czym się tu przejmować?
          Jeżeli więc ktoś wierzy, jak dziś moi dawni przyjaciele, że Polsce będzie się wiodło lepiej, gdy rządzą nią ludzie, którzy na to zasługują – skoro głoszą swoisty patriotyzm i są lojalni wobec przywódcy partii albo, wedle samego Kaczyńskiego, są „lepszym sortem” Polaków – to państwo jednopartyjne jest właśnie BARDZIEJ sprawiedliwe niż demokracja oparta na konkurencji. Z jakiej racji pozwalać różnym partiom, by rywalizowały na równych prawach, jeśli tylko jedna ma moralne prawo do tworzenia rządu? Z jakiej racji pozwalać przedsiębiorstwom, by konkurowały na wolnym rynku, jeśli tylko niektóre są lojalne wobec partii, zasługują więc na bogacenie się?
          Poglądy takie wzmacnia rozpowszechnione w Polsce, na Węgrzech i w wielu innych krajach dawniej komunistycznych przekonanie, że reguły konkurencji są wadliwe z powodu nieuczciwych reform z lat 90. XX wieku, które pozwoliły wielu dawnym komunistom zamienić władzę polityczną na ekonomiczną.

          Argumentacja ta, która wydawała się ważna przed ćwierćwieczem, dziś jest raczej kiepska i pozorna. Co najmniej od 2005 r. Polską rządzili prezydenci i premierzy, których polityczne biografie mają początek w antykomunistycznym ruchu „Solidarności”. Nie ma też w Polsce żadnego potężnego postkomunistycznego monopolu – przynajmniej na poziomie ogólnokrajowym, gdzie mnóstwo ludzi dorobiło się bez szczególnych powiązań politycznych. Uderzające, że najbardziej znanym byłym komunistą w polityce jest teraz poseł PiS Stanisław Piotrowicz – wielki wróg (co pewnie niedziwne) niezależnego sądownictwa.
          Jednak prawicowi intelektualiści z mojego pokolenia wciąż wyznają przekonanie o trwałych wpływach i układach komunistycznych. Niektórym chyba pomaga to wytłumaczyć ich osobiste niepowodzenia lub zwykły brak szczęścia. Nie każdy dysydent z lat 70. ubiegłego wieku mógł po 1989 r. zostać premierem, autorem bestsellerów czy powszechnie szanowanym intelektualistą. Wielu z nich żywi więc palącą urazę. Jeżeli sądzisz, że zasługujesz na udział we władzy, to masz silną motywację, by atakować elity, ustawiać sądy czy manipulować prasą dla zaspokojenia swoich ambicji. Urazy, zawiść, a nade wszystko przeświadczenie, że „system” jest niesprawiedliwy – to ważne emocje intelektualistów polskiej prawicy.

          Bracia Kurscy – awers i rewers
          Nie chcę przez to powiedzieć, że nieliberalne państwo jest pozbawione rzeczywistej atrakcyjności. Jednak przynosi także osobiste korzyści niektórym swoim zwolennikom – dlatego oddzielenie motywacji politycznych od osobistych jest niezwykle trudne. Przykładem jest historia Jacka Kurskiego, szefa telewizji państwowej i ideologa polskiego państwa nieliberalnego. Zaczynał w tym samym miejscu i czasie co jego brat Jarosław Kurski, redaktor największego i najbardziej wpływowego polskiego dziennika liberalnego. Są oni awersem i rewersem tej samej monety.

          Aby zrozumieć braci Kurskich, trzeba wiedzieć, że pochodzą z Gdańska, gdzie dźwigi portowe wznoszą się jak ogromne bociany nad hanzeatyckimi fasadami domów. Kurscy dorastali tam na początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy miasto było zarówno ośrodkiem antykomunistycznej działalności, jak i dość prowincjonalnym miejscem, gdzie w równych dawkach odmierzało się intrygi i nudę.
          W tamtym szczególnym czasie i miejscu bracia Kurscy się wyróżniali. Senator Bogdan Borusewicz, wówczas jeden z przywódców związkowego podziemia, powiedział mi, że ich szkoła, tzw. Topolówka, była znana z antykomunistycznej „rewolty”. Jarosław reprezentował swoją klasę w szkolnym parlamencie i z grupą kolegów o nastawieniu konserwatywnym zaczytywał się w historii i literaturze. Jacek, nieco młodszy, mniej interesował się intelektualną batalią z komunizmem, uważał się za aktywistę i radykała. Gdy wprowadzono stan wojenny, bracia brali udział w protestach ulicznych z hasłami i flagami. Obaj najpierw redagowali nielegalne pisemko szkolne, a potem nielegalne pismo zarządu regionu gdańskiego podziemnej „Solidarności” (o tym samym tytule).
          W październiku 1989 r. Jarosław został rzecznikiem prasowym Lecha Wałęsy, przywódcy „Solidarności”, który po powstaniu pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego poczuł się odstawiony na boczny tor. W chaosie wywołanym przez rewolucyjne reformy gospodarcze i gwałtowne zmiany polityczne zabrakło bowiem dla niego oczywistej roli. Pod koniec 1990 r. Wałęsa wygrał wybory prezydenckie m.in. dzięki zmobilizowaniu ludzi, którzy odrzucali wynegocjowany kompromis towarzyszący upadkowi komunizmu w Polsce (np. odstąpienie od uwięzienia czy karania byłych komunistów). Doświadczenie to uświadomiło Jarosławowi, że nie lubi polityki, a zwłaszcza polityki resentymentu: „Zobaczyłem, na czym naprawdę polega robienie polityki… brudne intrygi, szukanie haków, kampanie pomówień”. Wtedy też po raz pierwszy zetknął się z Kaczyńskim – „mistrzem w tej dziedzinie. W jego politycznym myśleniu nie istnieje przypadek… Jeżeli coś się dzieje, to ktoś musi maczać w tym palce. Jego ulubiony wyraz to układ ”.
          (Jacek Kurski nie chciał ze mną rozmawiać. Wspólny przyjaciel dał mi numer jego telefonu komórkowego. Napisałam do niego SMS, potem kilka razy dzwoniłam i zostawiałam wiadomości. Zadzwoniłam znowu i ktoś zachichotał, kiedy podałam swoje nazwisko, głośno je powtórzył i powiedział: „Oczywiście, oczywiście. Naturalnie prezes oddzwoni”. Ale nigdy nie oddzwonił).
          • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 5 03.12.20, 16:19
            W końcu Jarosław odszedł do „Gazety Wyborczej” założonej w czasie pierwszych częściowo wolnych wyborów w 1989 r. Jak mi powiedział, w nowej Polsce chciał współtworzyć wolną prasę i to mu wystarczało. Jacek poszedł w przeciwnym kierunku. Powiedział bratu: „jesteś idiotą”, kiedy się dowiedział, że rzucił pracę u Wałęsy. A sam, choć był jeszcze w liceum, już się sposobił do kariery politycznej, sugerował nawet, że przejmie stanowisko po bracie na zasadzie, że nikt tego nie zauważy.
            Jarosław mówi mi, że Jacka zawsze „fascynowali” bracia Kaczyńscy, spiski i intrygi. Zaliczał się do prawicy, ale nie interesowały go szczególnie zakręty polskiego konserwatyzmu, książki czy dyskusje, które frapowały jego brata. Przyjaciółka obu braci powiedziała mi, że Jacek nie kieruje się żadną prawdziwą filozofią polityczną. „Konserwatysta? Nie sądzę, a przynajmniej nie według ścisłej definicji konserwatyzmu. Jest człowiekiem, który chce być na szczycie”. I począwszy od późnych lat 80. XX wieku, do tego właśnie dążył.
            Nie wystarczy jeden artykuł, by opisać całą późniejszą karierę Jacka. Z czasem zwrócił się przeciw Wałęsie, być może dlatego, że nie dał mu stanowiska, na które Jacek w swoim mniemaniu zasłużył. Ożenił się i rozwiódł, kilka razy pozywał do sądu gazetę swojego brata, a ona z kolei skarżyła jego. Był współautorem płomiennej książki i twórcą filmu o froncie tajnych sił przeciwko prawicy. Należał do rozmaitych partii lub frakcji, niekiedy zupełnie marginalnych, niekiedy bardziej centrowych. Został posłem do Parlamentu Europejskiego. Zaczął się specjalizować w tzw. czarnym PR. Słynna była jego akcja w celu storpedowania prezydenckiej kampanii Donalda Tuska (który potem został premierem) po części za pomocą plotki, że dziadek Tuska był ochotnikiem w Wehrmachcie. Pytany o ten wymysł miał powiedzieć grupce dziennikarzy, że to oczywiście nieprawda, ale „ciemny lud to kupi”. Borusewicz nazywa go „człowiekiem bez skrupułów”.

            Jacek nie zdobył powszechnego uznania, które jego zdaniem należy się aktywiście „Solidarności” ze stażem od nastolatka. Było to ogromne rozczarowanie. Jarosław mówi: „Przez całe życie wierzył, że należy mu się wielka kariera… że zostanie premierem, że jest predestynowany do wielkich rzeczy. Ale los zrządził, że spotykał go jeden zawód po drugim… Doszedł do wniosku, że to wielka niesprawiedliwość”. Za to Jarosław odniósł sukces, wszedł do establishmentu.
            W 2015 r. Kaczyński wyciągnął Jacka ze względnego zapomnienia na marginesach polityki i zrobił go szefem państwowej telewizji. On zaś zmienił Telewizję Polską nie do poznania, wyrzucając najbardziej znanych dziennikarzy i radykalnie zmieniając linię polityczną stacji. Mimo że TVP finansują podatnicy, nowe programy nawet nie udają obiektywizmu czy neutralności. Na przykład w kwietniu tego roku stacja zafundowała sobie szczególną autoreklamę. Pokazała klip z konferencji prasowej szefa partii opozycyjnej Grzegorza Schetyny. Pytany o to, co Platforma Obywatelska osiągnęła przez osiem lat rządów w latach 2007-15, Schetyna zastanawia się, marszczy brwi – wideo zwalnia i na tym się kończy. Wygląda więc na to, że Schetyna nie ma nic do powiedzenia.

            W rzeczywistości mówił przez kilka minut i wymienił wiele osiągnięć, od intensywnej budowy dróg i inwestycji na wsiach, po sukcesy w polityce zagranicznej. Jednak ten zmanipulowany klip uznano za tak znakomity, że przez kilka dni tkwił na szczycie wpisów na Twitterze TVP. Pod rządami PiS telewizja państwowa nie produkuje jedynie reżimowej propagandy – ona wręcz celebruje fakt, że to robi. Nie ogranicza się do przekręcania i wypaczania informacji, lecz wręcz oszustwem się szczyci.
            Jacek – przez tyle lat głodny szacunku – bierze wreszcie odwet. Dotarł tam, gdzie sądzi, że powinien być – w centrum uwagi. Oto radykał ciskający – w przenośni – koktajlami Mołotowa w tłum. Nieliberalne państwo jednopartyjne całkowicie mu odpowiada. A jeżeli komunizm nie nadaje się już na rzeczywistego wroga, którego można z kolegami zwalczać, to trzeba poszukać nowych wrogów.

            Po Kłamstwie Wielkim – Kłamstwo Średnie
            Od Orwella do Koestlera europejscy pisarze XX wieku mieli obsesję Wielkiego Kłamstwa. Ogromne konstrukcje ideologiczne komunizmu i faszyzmu, plakaty wzywające do wierności Partii lub Wodzowi, maszerujące formacje brunatnych i czarnych koszul, marsze z pochodniami, siejące terror policje – te Wielkie Kłamstwa były tak absurdalne i nieludzkie, że ich narzucenie wymagało długotrwałego stosowania przemocy, a utrzymanie – gróźb jej użycia. Wymagały one przymusowej edukacji, totalnej kontroli nad kulturą, upolitycznienia dziennikarstwa, sportu, literatury i sztuki.
            Natomiast polaryzujące Europę ruchy polityczne w XXI wieku żądają od swoich zwolenników znacznie mniej. Nie wymagają wiary w rozbudowaną ideologię, nie potrzebują przemocy ani terroryzującej ludzi policji. Nie zmuszają ludzi do wiary, że czarne jest białe, że wojna jest pokojem ani że państwowe gospodarstwa rolne wyrabiają tysiąc procent planu. Przeważnie nie posługują się propagandą sprzeczną z codzienną rzeczywistością. A jednak wszystkie opierają się, jeśli nie na Wielkim Kłamstwie, to na Kłamstwie Średnim albo wiązce Kłamstw Średnich – terminy te podsunął mi kiedyś historyk Timothy Snyder. Innymi słowy, wszystkie te ruchy zachęcają zwolenników do zaangażowania się, przynajmniej częściowo, w rzeczywistość alternatywną. Niekiedy powstałą w sposób naturalny, ale częściej starannie sformułowaną za pomocą nowoczesnych technik marketingowych, segmentacji odbiorców i kampanii w mediach społecznościowych.

            Amerykanie dobrze wiedzą, w jaki sposób kłamstwo zwiększa polaryzację i rozpala ksenofobię. Donald Trump wjechał do polityki na kłamstwie „złego urodzenia” („birtherism”) – o tym, że prezydent Barack Obama nie urodził się w Ameryce. Tej teorii spiskowej wówczas nie doceniano, ale utorowała ona drogę następnym kłamstwom – od „meksykańskich gwałcicieli” do „pizzagate”. W Polsce jednak, a także na Węgrzech, mamy obecnie przykłady tego, co się dzieje, kiedy Kłamstwo Średnie – teoria spiskowa – jest najpierw rozpowszechniane przez partię polityczną jako główny wątek jej kampanii wyborczej, a potem przez partię rządzącą, za którą stoi cała siła współczesnego scentralizowanego aparatu państwowego.
            Na Węgrzech kłamstwo nie jest oryginalne – jest nim przekonanie, podzielane przez Kreml oraz amerykańską alternatywną prawicę, o nadludzkiej potędze miliardera George’a Sorosa, węgierskiego Żyda, który jakoby spiskuje, by doprowadzić naród węgierski do upadku za pomocą umyślnego importu migrantów, mimo że w ogóle ich na Węgrzech nie ma.
            • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 6 03.12.20, 16:21
              W Polsce kłamstwo jest zaś jedyne w swoim rodzaju. Chodzi o teorię zamachu pod Smoleńskiem, przeświadczenie, że nikczemny spisek był przyczyną katastrofy prezydenckiego samolotu w kwietniu 2010 r. Historia ta ma szczególną siłę oddziaływania w Polsce, gdyż wypadek ten budzi niesamowite echa historyczne. Prezydent Lech Kaczyński leciał na uroczystość uczczenia ofiar zbrodni w Katyniu, gdzie w 1940 r. Stalin wymordował ponad 21 tys. Polaków – znaczną część polskiej elity. Na pokładzie samolotu były dziesiątki wysokich rangą wojskowych i polityków, z których wielu było moimi przyjaciółmi. Mój mąż sądzi, że znał wszystkich, z obsługą lotu włącznie.

              Katastrofa wywołała falę emocji. Naród ogarnął rodzaj histerii, coś podobnego do szaleństwa w Ameryce po 11 września 2001 r. Prezenterzy telewizyjni włożyli czarne, żałobne krawaty, do naszego warszawskiego mieszkania przychodzili przyjaciele rozmawiać o tym, że w tym ciemnym, wilgotnym lesie rosyjskim powtórzyła się historia. Zrazu tragedia wydawała się kraj jednoczyć. Wszak zginęli politycy z każdej większej partii, w wielu miastach odbyły się pogrzeby z udziałem tłumów ludzi. Nawet Władimir Putin, wtedy premier Rosji, zdawał się przejęty. Wieczorem po katastrofie pojechał do Smoleńska spotkać się z premierem Tuskiem. Następnego dnia jeden z największych kanałów rosyjskiej telewizji pokazał „Katyń”, wstrząsający, bardzo antysowiecki film Andrzeja Wajdy, największego polskiego reżysera. Ani przedtem, ani potem Rosja niczego podobnego nie widziała.
              Jednak ta katastrofa nie zbliżyła ludzi do siebie. Śledztwo w sprawie jej przyczyn – także nie.
              Tego samego dnia przybyli na miejsce polscy eksperci. Zrobili, co mogli, żeby rozpoznać zwłoki, z których wiele było już tylko popiołem. Badali wrak samolotu. Po odnalezieniu czarnej skrzynki przystąpili do transkrypcji nagrań z kabiny pilotów. Prawda, która wychodziła na jaw, nie była krzepiąca dla PiS ani dla przywódcy partii – brata bliźniaka nieżyjącego prezydenta. Samolot wystartował z opóźnieniem; prezydent chciał prawdopodobnie szybko wylądować, bo zamierzał w Katyniu rozpocząć swoją kampanię na rzecz reelekcji. W Smoleńsku nie było prawdziwego lotniska, lecz jedynie pas do lądowania w lesie. Gdy zeszła gęsta mgła, piloci rozważali skierowanie samolotu gdzie indziej, co jednak oznaczałoby kilkugodzinną podróż samochodami, by dotrzeć na ceremonię. Po krótkiej rozmowie prezydenta z bratem doradcy głowy państwa najprawdopodobniej nalegali na próbę lądowania. Niektórzy wbrew protokołowi wchodzili podczas lotu do kokpitu. Dowódca sił powietrznych, również wbrew procedurom, usiadł obok pilotów. Powiedział: „Zmieścisz się śmiało”. Kilka sekund później samolot ściął wierzchołki brzóz, obrócił się i uderzył w ziemię.

              Początkowo Jarosław Kaczyński zdawał się sądzić, że był to wypadek. Powiedział mojemu mężowi, wówczas ministrowi spraw zagranicznych, który go powiadomił o katastrofie: „To pana wina i wina tabloidów”. Chodziło mu o to, że rząd, zastraszany przez sensacyjną prasę popularną, nie kupił nowych samolotów dla VIP-ów. Jednak śledztwo przynosiło nowe ustalenia, które już Kaczyńskiemu nie odpowiadały. Samolot nie miał żadnej usterki.
              Być może – tak jak wielu ludzi, w których mniemaniu teorie spiskowe nadają sens przypadkowym tragediom – Kaczyński po prostu nie mógł się pogodzić z tym, że jego ukochany brat zginął bezsensownie. A może nie pogodził się z jeszcze trudniejszymi do przyjęcia przesłankami świadczącymi o tym, że brat i jego ekipa naciskali na pilotów, by lądowali. Albo może, tak jak Trump, Kaczyński uznał, że teoria spiskowa pomoże mu zdobyć władzę.
              Podobnie jak Trump, który za pomocą kłamstwa „złego urodzenia” Obamy i sfabrykowanego zagrożenia przestępczością ze strony imigrantów zmotywował swoich zwolenników, tak Kaczyński wykorzystał tragedię smoleńską do mobilizowania poparcia dla PiS i przekonywania stronników, by nie wierzyli rządowi ani mediom. Niekiedy sugerował, że to Rosjanie strącili samolot. Kiedy indziej za śmierć brata winił Platformę (poprzednio rządzącą, a dziś największą partię opozycyjną), wykrzykując w Sejmie: „Zniszczyliście mojego brata, zamordowaliście go, jesteście kanaliami!”.

              Żadnego z jego oskarżeń nie da się jednak udowodnić. Kaczyński – być może po to, żeby się jakoś zdystansować od skądinąd celowo powtarzanych kłamstw – powierzył zadanie forsowania teorii spiskowych jednemu ze swoich najstarszych i najdziwaczniejszych towarzyszy. Antoni Macierewicz należy do tego samego pokolenia co Kaczyński, od dawna jest antykomunistą, chociaż ma przedziwnych przyjaciół i zwyczaje, osobliwy wzrok i obsesje (kiedyś uznał „Protokoły mędrców Syjonu” za dokument prawdopodobnie wiarygodny). Zapewne dlatego PiS zapewnił w kampanii wyborczej 2015 r., że Macierewicz w żadnym razie nie będzie ministrem obrony.

              Polityka smoleńskiego spisku
              Jednak zaraz po wygranych wyborach Kaczyński złamał tę obietnicę i zrobił Macierewicza ministrem obrony. On zaś od razu zinstytucjonalizował kłamstwo smoleńskie. Utworzył nową komisję do badania katastrofy złożoną z maniaków: etnomuzykologa, emerytowanego pilota, psychologa, rosyjskiego ekonomisty i innych ludzi niemających żadnej wiedzy o katastrofach lotniczych. Poprzedni oficjalny raport usunięto z rządowej witryny internetowej. Policja wkroczyła do domów ekspertów lotnictwa, którzy uczestniczyli w pierwotnym śledztwie, przesłuchała ich i skonfiskowała im komputery. Kiedy Macierewicz poleciał do Waszyngtonu na spotkania w Pentagonie, pierwsze pytanie, które zadał, dotyczyło tego, czy wywiad amerykański ma jakiekolwiek tajne informacje na temat Smoleńska. Mówiono mi, że rozmówcy Macierewicza obawiali się o stan psychiczny polskiego ministra.
              Kilka tygodni po wyborach 2015 r., kiedy europejskie instytucje i organizacje obrony praw człowieka zaczęły reagować na poczynania rządu PiS, skupiły się na tym, że podważa on niezależność sądów i przejmuje media publiczne. Nie zwracały zaś szczególnej uwagi na instytucjonalizację spiskowych teorii smoleńskich – szczerze mówiąc, zbyt kuriozalnych, by ludzie z zewnątrz mogli je zrozumieć. Jednak decyzja o użyciu spiskowego mitu jako rdzenia polityki polskich władz była w istocie źródłem autorytarnych działań, które nastąpiły później.

              Mimo że komisja Macierewicza nigdy nie dostarczyła wiarygodnego odmiennego wyjaśnienia katastrofy, to kłamstwo smoleńskie stało się moralnym podłożem innych kłamstw. Ludzie gotowi wierzyć bez żadnych dowodów w wydumany spisek smoleński mogą przyjąć wszystko. Nie przeszkadza im np. złamanie obietnicy, że Macierewicz nie wejdzie do rządu. Ludzie ci gotowi są też zaakceptować – mimo że PiS mieni się partią „patriotyczną” i antyrosyjską – decyzje tego ministra o wyrzuceniu wielu najwyższych stopniem dowódców wojskowych, o wycofaniu się z kontraktów zbrojeniowych, o awansowaniu ludzi o rosyjskich powiązaniach, o nalocie w środku nocy na obiekt NATO w Warszawie.
              • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 7 03.12.20, 16:22
                Kłamstwo smoleńskie dostarczało żołnierzom skrajnej prawicy podstawy ideologicznej do tolerowania różnych naruszeń prawa. Jakiekolwiek bowiem błędy popełnia partia, jakiekolwiek prawa łamie, to przecież „prawda” o Smoleńsku zostanie w końcu powiedziana.
                Teoria smoleńskiego spisku, podobnie jak węgierska teoria spiskowa o uchodźcach, służyła jeszcze innemu celowi. Młodszemu pokoleniu, które nie pamięta komunizmu, oraz społeczeństwu, w którym byli komuniści w większości odeszli już z polityki, dawała nowy powód do nieufności do polityków, biznesmenów i intelektualistów – uczestników zmagań z lat 90. ubiegłego wieku, a dziś przywódców kraju. Co ważniejsze zaś, oferowała definicję nowej, lepszej elity – takiej, która nie potrzebuje konkurencji, egzaminów, życiorysów pełnych osiągnięć. Każdy wyznawca wiary w kłamstwo smoleńskie jest więc z definicji prawdziwym patriotą i nadaje się na posadę rządową.

                Emocjonalna atrakcyjność teorii spiskowej polega na jej prostocie. Odrzuca złożoność zjawisk, objaśnia przypadkowe zdarzenia i wypadki, daje wierzącemu w nią satysfakcjonujące poczucie, że ma szczególny, uprzywilejowany dostęp do prawdy. Powtórzmy też jednak, że bardzo trudno oddzielić siłę przekonywania teorii spiskowej od wpływu tej teorii na kariery jej propagatorów. Strażnikom państwa jednopartyjnego rozpowszechniającym oficjalną teorię spiskową jej proste wyjaśnienia przynoszą jeszcze jedną nagrodę – władzę.

                Przemiany Márii Schmidt
                Mária Schmidt nie była gościem naszego przyjęcia sylwestrowego, ale znam ją od dawna. W 2002 r. zaprosiła mnie do Budapesztu na inaugurację Terror Háza – muzeum Dom Terroru – i od tamtego czasu byłam z nią w kontakcie. Muzeum, którego jest dyrektorką, przedstawia historię totalitaryzmu na Węgrzech, a w chwili otwarcia było jednym z najbardziej innowacyjnych muzeów we wschodniej części Europy.
                Miało też od początku surowych krytyków. Wielu odwiedzającym nie podobała się pierwsza sala z szeregiem telewizorów nadających propagandę hitlerowską, a na przeciwległej ścianie – telewizorów z propagandą komunistyczną. W 2002 r. jeszcze szokowało takie porównanie obu reżimów, choć dzisiaj już pewnie mniej. Inni znów uważali, że muzeum nie przywiązuje dostatecznej wagi i nie poświęca dość miejsca zbrodniom faszyzmu, tyle że komuniści rządzili na Węgrzech znacznie dłużej niż faszyści, więc jest więcej do pokazania. Uważałam za cenne, że w muzeum przedstawiono kolaborację zwykłych Węgrów z obu reżimami, co mogło się przyczynić do zrozumienia przez społeczeństwo własnej odpowiedzialności za krajową politykę i do uniknięcia nacjonalistycznej pułapki obwiniania obcych o własne problemy.

                Jednak dziś Węgry wpadły w taką właśnie nacjonalistyczną pułapkę. Spóźniony rozrachunek z komunistyczną przeszłością – muzea, nabożeństwa upamiętniające, wskazywanie winnych – nie wzmocnił, wbrew moim oczekiwaniom, szacunku dla prawa, ograniczenia władzy państwowej ani pluralizmu. Przeciwnie, 16 lat po otwarciu Terror Háza partia rządząca nie uznaje żadnych ograniczeń. Poszła znacznie dalej niż PiS w upolitycznianiu mediów państwowych oraz niszczeniu prywatnych za pomocą gróźb i blokowania dostępu do reklam. Stworzyła nową elitę biznesu lojalną wobec Orbána. Węgierski biznesmen, który woli, by nie podawać jego nazwiska, opowiedział mi, jak wkrótce po przejęciu władzy przez Orbána jego kumple zażądali, żeby sprzedał im firmę za bezcen. Kiedy odmówił, nasłali na niego „kontrole podatkowe”, nękali na różne sposoby i zastraszali, aż musiał wynająć ochronę osobistą. Wreszcie sprzedał swój majątek na Węgrzech i wyemigrował.
                Podobnie jak polski rząd węgierski uprawia Kłamstwo Średnie – propagandę obwiniającą o problemy kraju nieistniejących imigrantów muzułmańskich, Unię Europejską i wspomnianego George’a Sorosa. Mária Schmidt – historyczka, naukowiec, kurator muzeum – należy do głównych autorów tego kłamstwa. Regularnie pisze na blogu długie, gniewne, podburzające napaści na Sorosa, na budapeszteński Uniwersytet Środkowoeuropejski, pierwotnie założony za jego pieniądze, oraz na „lewackich intelektualistów”, mając na myśli głównie liberalnych demokratów, od centrolewicy do centroprawicy.
                Życie Márii Schmidt jest pełne paradoksów. Należy ona do czołowych beneficjentów rzekomo brudnej transformacji; jej nieżyjący mąż zbił fortunę na postkomunistycznym rynku nieruchomości, dzięki czemu wdowa mieszka we wspaniałym domu na wzgórzach Budy. Jej syn jest absolwentem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, przeciwko któremu prowadzi ona kampanię. Mimo że wie bardzo wiele o wydarzeniach w kraju w latach 40. ubiegłego wieku, to po przejęciu szanowanego czasopisma „Figyelö” krok po kroku, wedle recepty partii komunistycznej, pozbyła się niezależnych dziennikarzy i zastąpiła ich lojalnymi stronnikami rządu.

                „Figyelö” jest nadal „własnością prywatną”. Ale widać jak na dłoni, kto to czasopismo wspiera. Numer atakujący węgierskie organizacje pozarządowe – na okładce porównano je graficznie do państwa islamskiego – zawierał aż kilkanaście stron opłaconych przez rząd reklam promujących węgierski bank centralny, skarb państwa i państwową kampanię przeciwko Sorosowi. Tak oto odkrywa się na nowo prorządową prasę państwa jednopartyjnego wraz z cynicznym językiem pomówień – jak niegdyś w wydawnictwach komunistycznych.
                Schmidt zgodziła się ze mną porozmawiać – choć wcześniej nazwała mnie „arogantką i ignorantką” – pod warunkiem że wysłucham jej krytyki artykułu, który właśnie napisałam dla „Washington Post”. Poleciałam więc do Budapesztu. Miałam nadzieję na interesującą rozmowę, ale – co już mnie nie dziwi – okazało się to niemożliwe. Schmidt znakomicie mówi po angielsku, ale sprowadziła tłumacza – dość wystraszonego młodzieńca, który opuszczał, sądząc z późniejszego zapisu, całe fragmenty jej wypowiedzi. A mimo że zna mnie od niemal 20 lat, postawiła na stole magnetofon, co uznałam za dowód braku zaufania.

                Potem zaczęła powtarzać argumenty ze swojego bloga. Jako główny dowód na to, że George Soros „ma w kieszeni” amerykańską Partię Demokratyczną, zacytowała epizod z satyrycznej audycji telewizyjnej „Saturday Night Live”. Jako dowód na to, że USA są „twardym ideologicznym mocarstwem kolonialnym”, przywołała wzmiankę z przemówienia Baracka Obamy, że jakaś węgierska fundacja proponuje wznieść pomnik na cześć Bálinta Hómana, który w latach 30. i 40. ubiegłego wieku był autorem węgierskich ustaw antyżydowskich. Powtórzyła swoją tezę, że imigracja poważne zagraża Węgrom, i zezłościła się, kiedy kilka razy spytałam, gdzie są ci wszyscy imigranci. W końcu warknęła, że „są w Niemczech” i że ostatecznie Niemcy zmuszą Węgry do „przyjęcia z powrotem wszystkich tych ludzi”.
                • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 8 03.12.20, 16:24
                  Mária Schmidt mnie nagrywa
                  Schmidt ucieleśnia to, co bułgarski politolog Iwan Krastew niedawno analizował jako pragnienie wielu mieszkańców Europy Wschodniej i Środkowej „zrzucenia z siebie kolonialnej zależności wynikającej wprost z samej koncepcji westernizacji”, czyli szerzenia zachodniej cywilizacji; jako pragnienie uwolnienia się od upokorzeń, których przyczyną był ich status wiecznych naśladowców Zachodu. Schmidt mówiła, że zachodnie media, zapewne łącznie ze mną, „traktują z góry tych na dole, jak poddanych w koloniach”. Jej zdaniem mówienie na Zachodzie o węgierskim antysemityzmie, korupcji i autorytaryzmie to „kolonializm”. Mimo że głosiła, jak oddana jest sprawie promowania wyjątkowości Węgier, „węgierskości”, to hurtem zapożyczała się ideologicznie od skrajnie prawicowego amerykańskiego portalu Breitbart News, łącznie z karykaturalnym opisem amerykańskich uczelni i szyderstw z „transseksualnych łazienek”. Zaprosiła nawet do Budapesztu Steve’a Bannona, założyciela Breitbart News, i gwiazdę alternatywnej prawicy w USA Milo Yiannopoulosa.
                  Słuchając tego, zrozumiałam, że poglądy Márii Schmidt nigdy „nie uległy zmianie”. Nigdy się nie odwróciła od demokracji liberalnej, ponieważ nigdy w nią nie wierzyła, a przynajmniej nie uważała jej za szczególnie istotną. W jej mniemaniu odtrutką na komunizm jest nie demokracja, lecz antydreyfusowska wizja suwerenności narodowej. A jeżeli suwerenność narodowa staje się tożsama z państwem, którego elitę określają nie zdolności i talenty, lecz swoisty „patriotyzm” – czyli w praktyce gotowość służenia polityce Orbána – to ona świetnie się z tym czuje.

                  Márię Schmidt cechuje głęboki cynizm. Wsparcie Sorosa dla syryjskich uchodźców nie jest żadną filantropią – na pewno wynika z zamiaru zniszczenia Węgier. Polityka Angeli Merkel w sprawie uchodźców również nie wynika z chęci pomocy. Schmidt: „Uważam, że to kompletna bzdura. Merkel chce tylko udowodnić, iż tym razem to Niemcy są dobrzy. I że mogą wszystkich uczyć humanitaryzmu i moralności. Niemcom jest obojętne, czego uczą resztę świata, oni po prostu muszą kogoś pouczać”.
                  Kłamstwo Średnie jest oczywiście skutecznym narzędziem Orbána (i Trumpa), choćby dlatego że skupia uwagę świata na retoryce przywódcy, a nie na tym, co on robi. Przez większą część tej nieprzyjemnej dwugodzinnej rozmowy spierałam się z Márią Schmidt o nonsensy: czy Soros jest właścicielem Partii Demokratycznej? Czy nieistniejący imigranci, którzy i tak nie chcą żyć na Węgrzech, są zagrożeniem dla narodu? Nie rozmawiałyśmy w ogóle o rosyjskich wpływach na Węgrzech, dziś bardzo silnych. Ani o korupcji czy niezliczonych metodach (udokumentowanych m.in. przez „Financial Timesa”), dzięki którym przyjaciele Orbána korzystali z subsydiów europejskich i z prawnego kuglarstwa (partia rządząca, która upolityczniła sądy i zdławiła media, może znacznie łatwiej kraść).
                  Niewiele się w końcu dowiedziałam o samej Schmidt. W Budapeszcie mówiono mi, że jej motywacją jest dążenie do bogactwa i władzy. Jedną z kilku osób, od których usłyszałam, że „na Węgrzech nikt się nie wzbogaci, o ile nie utrzymuje jakichś relacji z premierem”, jest posłanka Zsuzsanna Szelényi, kiedyś członkini Fideszu, partii Orbána, a dziś niezależna. Dzięki Orbánowi Schmidt nadzoruje muzeum i parę instytutów historycznych. Ma dzięki temu wyjątkową sposobność kształtowania pamięci Węgrów o ich historii, co sobie bardzo ceni. Być może naprawdę wierzy, że Węgry stoją w obliczu złowrogiej groźby egzystencjalnej w postaci Sorosa i jakichś niewidzialnych Syryjczyków. Albo traktuje własną stronę polityczną oraz jej przeciwników z równym cynizmem – a wszystko to jest wyszukaną grą.
                  Jakąś odpowiedź przynosi to, co nastąpiło po naszej rozmowie. Mocno przeredagowany jej zapis Schmidt opublikowała bez mojej zgody na blogu, przedstawiając go bałamutnie jako swój wywiad ze mną. Zapis ukazał się po angielsku również na oficjalnej witrynie węgierskiego rządu (by pojąć, jakie to osobliwe, wyobraźmy sobie, że Biały Dom publikuje zapis rozmowy np. szefa Smithsonian Institution z cudzoziemskim krytykiem Trumpa). Oczywiście ten „wywiad” nie miał być dla mnie korzystny, lecz stanowił demonstracyjny akt lojalności Schmidt wobec reżimu i jej gotowości, by go bronić. Taka jest Mária Schmidt.

                  Historia kolista. Nie tylko grecka
                  Nie tak dawno pewnego pięknego wieczoru w restauracji rybnej w Atenach opowiedziałam znajomemu greckiemu politologowi o moim sylwestrze w 1999 r. Stathis Kalyvas zaśmiał się z cicha. Coś, co nazwałam polaryzacją, nie było dlań niczym nowym. – Polaryzacja jest czymś normalnym. A okresem wyjątkowym był liberalizm po 1989 r. – uważa Kalyvas. Jeszcze istotniejsze jest to – dodam od siebie – że czymś normalnym jest również sceptycyzm wobec liberalnej demokracji. Wieczna zaś jest atrakcyjność autorytaryzmu.

                  Kalyvas napisał kilka znanych książek o wojnach domowych, w tym o greckiej wojnie domowej w latach 40. XX wieku, która była jednym z wielu momentów w historii Europy, kiedy radykalnie odmienne ugrupowania polityczne rzuciły się na siebie zbrojnie, by się nawzajem pozabijać. Ale w Grecji „wojna domowa” i „pokój społeczny” to pojęcia w najlepszym razie względne. Rozmawialiśmy z Kalyvasem akurat w czasie, gdy niektórzy greccy intelektualiści skłaniali się ku centrum. Nagle modne stało się bycie „liberałem” – o czym mówiło mi w Atenach mnóstwo ludzi, nie mając na myśli ani komunistów, ani zwolenników autorytaryzmu, ani skrajnej lewicy, jak rządząca partia Syriza, ani skrajnej prawicy, jak jej nacjonalistyczny partner koalicyjny Niezależni Grecy. „Neoliberałami” nazywają siebie awangardowi młodzi ludzie, przejmując termin, który jeszcze parę lat temu był obelżywy.
                  Nawet jednak najbardziej optymistyczni centryści nie są przekonani, że jest to zmiana trwała. – Przeżyliśmy lewicowych populistów. Teraz szykujemy się na prawicowych populistów – mówiło mi parę osób z ponurą miną. Od dawna nabrzmiewał konflikt o nazwę i status Macedonii, sąsiadującej z Grecją republiki dawnej Jugosławii. Zaraz po moim wyjeździe rząd grecki wydalił dyplomatów rosyjskich za próby wzniecania antymacedońskiej histerii na północy kraju. Tak to bywa – kiedy tylko twoje państwo osiąga jako taką równowagę, zawsze w kraju czy za granicą znajdzie się ktoś, kto uzna, że warto ją zakłócić.
                  Cenne przypomnienie. Otóż my, Amerykanie, z naszą dzielną historią powstania republiki, nadzwyczajnym respektem dla konstytucji, naszą względną izolacją geograficzną i dwoma stuleciami sukcesów gospodarczych, długo żyliśmy w przekonaniu, że demokracja liberalna, którą stworzyliśmy, jest trwała. Historię Ameryki przedstawia się jako opowieść o postępie – zawsze w przód i wzwyż; z wojną secesyjną traktowaną jako nieszczęśliwy epizod, przeszkodę, którą zdołaliśmy przezwyciężyć. Grecy natomiast odczuwają historię nie jako linearną, lecz cykliczną. Po liberalnej demokracji przychodzi oligarchia. Kiedy liberalna demokracja powraca, nagle następuje dywersja z zagranicy, po czym próba komunistycznego puczu; dalej: wojna domowa, a wreszcie dyktatura. I tak to biegnie w koło od czasów republiki ateńskiej.
                  • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 9 03.12.20, 16:28
                    Historia jako proces cykliczny istnieje w świadomości także innych społeczeństw Europy. Rozdzierający Polskę podział jest uderzająco podobny do tego we Francji po aferze Dreyfusa. Język skrajnej prawicy europejskiej – żądania „rewolucji” przeciwko „elitom”, marzenia o „oczyszczającej” przemocy i o apokaliptycznym zderzeniu kultur – jest niesamowicie podobny do języka, którym niegdyś posługiwała się europejska skrajna lewica. Wejście na scenę sfrustrowanych intelektualistów – którzy uważają, że reguły gry są niesprawiedliwe, więc niewłaściwi ludzie mają niezasłużone wpływy – nie jest zjawiskiem wyłącznie europejskim. Moisés Naim, publicysta wenezuelski o światowej renomie, odwiedził Warszawę kilka miesięcy po przejęciu władzy przez PiS. Poprosił, żebym mu opisała nowych polskich przywódców: jacy to są ludzie? Rzuciłam kilka przymiotników: „gniewni”, „mściwi”, „mający za złe”. – To jak u nas chaviści, zwolennicy Cháveza – skomentował.
                    Po prawdzie, dysputy, kto właściwie powinien rządzić, nie mają końca nigdy, zwłaszcza w epoce, w której ludzie już dawno zanegowali przywileje arystokracji, a więc nie sądzą, że przywództwo należy się z urodzenia albo że klasa rządząca pochodzi z Bożego nadania. Niektórym z nas, w Europie i Ameryce Północnej, bliska jest idea, że najbardziej uczciwą alternatywą dla władzy dziedzicznej bądź nadanej z góry są różne formy demokratycznej i ekonomicznej konkurencji.
                    Nie powinny nas jednak zaskakiwać sytuacje – ja sama nie powinnam im się dziwić – gdy zasady merytokracji i konkurencji są kwestionowane. Przecież demokracja i wolne rynki mogą przynosić niezadowalające skutki, zwłaszcza gdy przepisy regulujące ustrój i gospodarkę działają wadliwie lub kiedy nikt nie ufa tym, którzy te przepisy tworzą i którzy wymagają ich przestrzegania, albo kiedy istnieją między ludźmi wielkie nierówności na starcie do owej konkurencji. A wtedy ci, którzy wyścig przegrają, w końcu – prędzej czy później – zaczną podważać wartość i zalety samej konkurencji.
                    Co jeszcze ważniejsze, zasady konkurencji, nawet jeżeli zachęcają ludzi utalentowanych i prowadzą do awansu społecznego, niekoniecznie przynoszą odpowiedzi na pogłębione pytania dotyczące tożsamości narodowej ani nie zaspokajają pragnienia ludzi, by należeć do pewnej moralnej wspólnoty. Natomiast państwo autorytarne czy półautorytarne – nieliberalne państwo jednej partii – właśnie to obiecuje. A mianowicie, że rządzić krajem będą najlepsi – ludzie, którzy na to zasługują, zwłaszcza członkowie partii, wyznawcy Średniego Kłamstwa. Aby taki cel osiągnąć, czyli stworzyć takie państwo, być może trzeba wręcz naginać demokrację, korumpować biznes bądź zniszczyć sądownictwo. Jeśli zaś uważasz się za jednego z owych ludzi, którzy na przywództwo zasługują, przyczynisz się do tworzenia takiego państwa.
                    Przełożył Andrzej Ehrlich
                    Artykuł ukazał się oryginalnie w październikowym wydaniu miesięcznika „The Atlantic”; tytuł i śródtytuły od redakcji „Gazety Wyborczej”
                    © 2018 The Atlantic Media Co., as first published in The Atlantic Magazine. All rights reserved. Distributed by Tribune Content Agency
                    Anne Applebaum – amerykańsko-polska dziennikarka, laureatka Nagrody Pulitzera (2004) za książkę „Gułag” (wyd. polskie, przeł. Jakub Urbański i Małgorzata Claire Wybieralska, Warszawa, Świat Książki); publicystka „The Washington Post”. Ukończyła Uniwersytet Yale, studiowała w London School of Economics i w Oksfordzie. Karierę dziennikarską rozpoczęła w 1988 r. jako korespondentka tygodnika „The Economist” w Warszawie; do 1991 r. opublikowała tu serię artykułów o przemianach społecznych i politycznych w Europie Wschodniej. Pracowała też w „The Spectator”, „Evening Standard”, internetowym magazynie Slate. Kieruje projektami „Transitions Forum” (przemiany polityczno-gospodarcze) w londyńskim think tanku Legatum Institute. Po polsku ukazały się też książki: „Między Wschodem a Zachodem: przez pogranicza Europy” (przeł. Ewa Kulik-Bielińska, Warszawa, Prószyński i S-ka 2001 i 2009); „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956” (przeł. Barbara Gadomska, Warszawa, Świat Książki, współpr. Agora 2013); „Czerwony głód” (przeł. Barbara Gadomska, Wanda Gadomska, Warszawa, Agora 2018). Została Człowiekiem Roku 2018 „Gazety Wyborczej”. Żona Radosława Sikorskiego.



                    wyborcza.pl/magazyn/7,124059,24066810,anne-applebaum-marta-chrzestna-moich-dzieci-dzis-zaprasza.html#weekend#S.W-K.C-B.5-L.1.maly
        • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 3 05.12.20, 06:48
          >> Jednak nieliberalne państwo jednopartyjne – dzisiaj istniejące w całym świecie; to choćby Chiny, Wenezuela, Zimbabwe – pierwszy wymyślił i stworzył Lenin w Rosji w 1917 r. W przyszłych podręcznikach nauk politycznych założyciel ZSRR zostanie na pewno zapamiętany nie z powodu swoich marksistowskich przekonań, lecz właśnie dlatego, że wynalazł tę trwałą formę organizacji politycznej. Model, który dzisiaj naśladuje wielu początkujących autokratów.

          W odróżnieniu od marksizmu leninowskie państwo jednopartyjne nie jest filozofią. Stanowi mechanizm utrzymania władzy. Jest skuteczne, bo jasno definiuje, kto ma być elitą – polityczną, kulturalną, finansową. W monarchiach, takich jak przedrewolucyjna Francja i Rosja, prawo do rządzenia przysługiwało arystokracji, która definiowała siebie za pomocą surowych kodeksów pochodzenia i etykiety. We współczesnych demokracjach zachodnich prawo do rządzenia, przynajmniej w teorii, wynika z rozmaitych form konkurencji: prowadzenia kampanii i wyborów; merytokratycznych testów określających dostęp do wyższego wykształcenia i do służby cywilnej, z wolnego rynku.
          Hierarchie społeczne w starym stylu także zwykle zależą od tej mieszaniny czynników, ale we współczesnej Wielkiej Brytanii, Ameryce, Niemczech, we Francji, a do niedawna też w Polsce, przyjmowaliśmy, że konkurencja jest najbardziej sprawiedliwą i efektywną metodą dystrybucji władzy. Zarabiać najwięcej powinny więc przedsiębiorstwa najlepiej prowadzone. Rządzić powinni politycy najbardziej przekonujący i kompetentni. Rywalizacja między nimi powinna przebiegać na zasadzie wyrównanych szans, żeby zapewnić sprawiedliwy wynik.
          Jednopartyjne państwo Lenina było oparte na odmiennych wartościach. Obaliło porządek arystokratyczny. Nie zastąpiło go jednak modelem konkurencyjnym. Bolszewickie państwo jednopartyjne nie było jedynie niedemokratyczne; było też antykonkurencyjne i antymerytokratyczne. Miejsca na uniwersytetach, stanowiska w służbie cywilnej, w rządach i w przemyśle nie przypadały ludziom najzdolniejszym ani najbardziej pracowitym. Przypadały najbardziej lojalnym. Awansowali, bo byli gotowi podporządkować się regułom członkostwa w partii.

          Reguły te zmieniały się w czasie, ale pod pewnymi względami były niezmienne. Zazwyczaj wykluczały dawną elitę rządzącą i jej dzieci oraz podejrzane grupy etniczne. Sprzyjały dzieciom klasy robotniczej. A nade wszystko tym, którzy głośno deklarowali polityczną wiarę, brali udział w zebraniach partyjnych, publicznie demonstrowali swój entuzjazm. W odróżnieniu od zwykłej oligarchii państwo jednopartyjne umożliwia mobilność pionową – prawdziwie „wierzący” mogą awansować. Jak pisała Hannah Arendt jeszcze w latach 40. XX wieku, najgorsza odmiana państwa jednej partii „zastępuje wszystkie pierwszorzędne talenty, niezależnie od ich sympatii, świrami i głupcami, u których brak inteligencji i kreatywności jest najlepszą gwarancją lojalności”.
          System jednopartyjny był też odbiciem wrogości Lenina wobec idei neutralnego państwa, apolitycznych urzędników służby cywilnej i obiektywnych mediów. Pisał, że wolność prasy „jest oszustwem”. Wyszydzał wolność zgromadzeń jako „pusty frazes”. Sama zaś demokracja parlamentarna była wedle niego jedynie „mechanizmem ucisku klasy robotniczej”. Dla bolszewików prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, że kontroluje je klasa robotnicza – za pośrednictwem partii.
          Ludzie, którzy sądzą, że zasługują na władzę
          Ta parodia opartych na konkurencji instytucji „demokracji burżuazyjnej” i kapitalizmu miała też od dawna wersję prawicową. Zwykle jako przykład wymienia się Niemcy hitlerowskie. Ale jest wiele innych. Południowa Afryka w okresie apartheidu była w rzeczywistości państwem jednej partii korumpującym prasę i sądownictwo w celu wykluczenia czarnych z życia politycznego i wspierania interesów Afrykanerów, czyli białych wywodzących się głównie z osadników holenderskich, którzy nie radzili sobie w kapitalistycznej gospodarce utworzonej przez imperium brytyjskie.
          Dzisiaj w Europie są u władzy dwie nieliberalne partie: PiS w Polsce oraz Fidesz, partia Viktora Orbána, na Węgrzech. >>

          **
          Z calego artykulu najbardziej istotnym wydaje mi sie wlasnie fragment cytowany powyzej. Bo podobienstwo pomyslu Kaczynskiego na zagadnienia ustrojowe z tym co na ten temat mial do powiedzenia Lenin, jest wrecz powalajace. Znaczy wykorzystal Kaczynski wiedze zdobyta na WUMLach. Bardzo konkretna wiedze bo dot. zdobycia i utrzymania wladzy. Wszystko inne bylo dla niego niezbyt istotne. Co jednak zlosliwie ciagle wylazi niczym sloma z jego butow.
          Wiem, ze wam, Najmilsi, najzupelniej nie przeszkadza powrot do PRL, tylnymi drzwiami, gdyz wazne dla was jest, ze ten powrot odbywa sie przy dzwiekach organow, oraz w strugach swieconej wody. Bo taki komunizm jest sluszny.
      • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) - 2 04.12.20, 06:26
        >> Sebastian także był Żydem, a większość jego przyjaciół, podobnie jak moich, zaliczała się do prawicy. Opisywał, jak przyciągała ich jednego po drugim – jak płomień przyciąga ćmy – ideologia faszystowska. Odtwarzał tę arogancję i pewność siebie, której nabywali, kiedy porzucali tożsamość Europejczyków – podróżujących do Paryża wielbicieli Prousta – w zamian uznając się za Rumunów „z krwi i ziemi”. Słuchał, jak zagłębiali się w teorie spiskowe, obserwował ich rosnące zwykłe okrucieństwo. Ludzie, których znał od lat, nagle lżyli go prosto w twarz, po czym zachowywali się, jakby nic się nie stało. >>

        **
        Applebaum bardzo ladnie przywoluje czytelnikowi atmosfere lat dominowania faszyzmu w Europie, oraz przemiany jakich doswiadczali wowczas obywatele kilku krajow europejskich. Najwyrazniej chodzilo jej o to bym skojarzyl sobie owczesne zmiany w ludziach z najbardziej wspolczesnymi. A podobienstwo jest uderzajace bo i aktualna fascynacja autorytaryzmem, faszyzmem i nazizmem, jest niebezpiecznie powszechna na prawej stronie.
        Polska prawica okazala sie przepelniona tesknota do czasow i porzadkow przedwojennych - do czasow sanacji z poograniczanymi prawami obywatelskimi, do rzadow piesci. Nasluchali sie od swoich drobnomieszczanskich rodzicow o tym jak wowczas bylo swietnie. Bo to wlasnie polska prawica reprezentuje soba: dazenie do rzadow piesci, gdyz wie, ze jest to jedyny sposob na uchronienie sie przed nieublaganie nadchodzacym postepem. A oni chcieliby wszystko zakonserwowac na poziomie czasow sanacji, albo rzadow Salazara, gdzie wszelka mysl niezaakceptowana przez Pedofilow bylaby tepiona z uzyciem policji obyczajowej, badz specjalnych jednostek wyposazonych w teleskopowe, metalowe palki. Bo ma byc tak jak chca oni, i wylacznie wlasnie tak. To nic, ze zamordyzm - wazne, ze dla realizacji pieknej i jedynie slusznej idei.



    • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 03.12.20, 19:09
      benek231 napisał:

      >> PiS wyznaje dzisiaj nowe idee – nie tylko ksenofobiczne i pełne podejrzliwości wobec reszty Europy, ale też jawnie autorytarne. Po zdobyciu nieznacznej większości parlamentarnej w 2015 r. przywódcy tej partii złamali konstytucję, wyznaczając nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Później za pomocą podobnego niekonstytucyjnego scenariusza obsadzili Sąd Najwyższy. Partia przejęła państwową Telewizję Polską; wyrzuciła z pracy popularnych prezenterów; uprawia na koszt podatnika bezwstydną propagandę upstrzoną łatwymi do zdemaskowania kłamstwami. Rząd okrył się międzynarodową niesławą, gdy wprowadził prawo ograniczające publiczną debatę o Holocauście. Chociaż pod amerykańskim naciskiem ustawę w końcu zmieniono, miała ona szerokie poparcie ideologicznej bazy PiS – wśród dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, w tym niektórych gości mojego sylwestra, przekonanych, że antypolskie siły usiłują przypisać Polsce odpowiedzialność za Auschwitz. >>

      **
      A mnie klero-faszystami wydali sie juz za ich poprzednich rzadow. Kaczynski kombinowal jak by tu mozna bylo obchodzic prawo, badz je po prostu olewac, przez co juz wtedy stal sie podejrzany o antydemokratyczne i autorytarne sympatie.
      To wowczas uznalem, ze Kaczynski jest najwiekszym polskim szkodnikiem od czasow przedzaborowych. Tacy jak on doprowadzili wtedy do upadku Polski oraz zaborow. A teraz kombinuje jak by tu zrobic powtorke z Targowicy, grajac na rzecz oderwania Polski od Zachodu czyli po mysli Putina. Kaczynski to zdrajca polskich interesow narodowych, a wraz z nim cala ta jego klero-faszystowska i narodowa banda.
      • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 03.12.20, 22:56
        oleg3 napisał:

        > wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-bzdury-ktore-zachwycily-obame,nId,2652815

        **
        Interesujaca odpowiedz Ziemkiewicza, ale zawierajaca niewiele nt. budowy partii oraz systemu w iscie leninowskim stylu. A dla mnie to wlasnie jest najistotniejsze. Takze dla Autorki. Systemu zmierzajacego do wyeliminowania konkurencyjnosci i zastapienia jej elita zbudowana wg. leninowskich wzorcow i wedlug przyslowia "bierny, mierny, ale wierny".

        Pomogla Kaczynskiemu w tym katastrofa smolenska, ktora pisiory, z pomoca kleru, przerobili na smolenski etos dla smolenskiego ludu. Zgoda poszla A.A. na skroty nie wspominajac o innych przyczynach porazki obozu Tuska, czyli o ich arogancji, spolecznego zmeczenia i zniechecenia ciagla niemoznoscia PO, swirem na punkcie liberalnej ekonomii.... Ale nie wspomniala ona takze o udziale kleru w marszu PiSu po wladze. A ten zaczal sie zaraz po katastrofie i na poczatek zaowocowal wstawieniem L.Kaczynskiego na Wawel (niby za jakie zaslugi?) A to bylo kluczowe dla spodziewanego tworzenia sie kultu. Klechy doskonale o tym wiedzialy wpuszczajac Kaczynskiego na Wawel.

        Mowi tez Ziemkiewicz o stosunkowo niskim poparciu dla idei zamachu ale chyba ostatnimi laty, gdyz do 2015 roku to poparcie bylo bardzo wysokie. Wlasnie dzieki liczebnosci "ludu smolenskiego" i generowaniu przez macierewicza kolejnych klamstw w charakterze dowodow na zamach.

        Czasem tak to wyglada jakby odjechal peron wiec moglo i Applebaum wydawac sie, ze to jej towarzystwo odskoczylo. A moze jednak nie miala przewidzen, bo jesli odpowiadala jej demokracja (oczywiscie liberalna) i przy tym pozostala to odskoczylo jednak jej towarzystwo, ktore takze mowilo o demokracji. Jak takze mialem wielu kolegow z ktorymi walczylem o demokracje a pozniej okazalo sie, ze oni, jeden po drugim, rezygnowali z demokracji bo zlodziejski kosciolek zakolebal ich wiara w to do czego daza. Po 35 latach okazalo sie, takze, ze wielu moich kolegow z 'S' pozostalo dokladnie w tym miejscu z ktorego wystartowali, nie ewoluowali, i skupili sie wylacznie na socjalnych i placowych potrzebach pracobiorcow (glownie). Peron oczywiscie pozostal na miejscu a tylko pociag odjechal. Niemniej wzgledne przemieszczenie pozostalo faktem. Co za roznica kto byl w ruchu skoro tak czy owak oddalalismy sie od siebie.Gdy rok temu rozmawialem z jednym z nich to nie bardzo wiedzial o co mi chodzi z ta demokracja, no bo komuna zostala obalona i sa regularne wybory. O to chodzilo mu kiedys, tym sie zadowolil, i na tym poprzestal.

        Ziemkiewicz wspomina o numerze jaki wywineli Tuski z TK, wybierajac ponadprogramowych sedziow. Szkoda, ze tak lekko przeszedl do porzadku dziennego nad sposobem odplacenia sie przez pisiory. Bo zgodnie z prawem Tuski mogly sobie pozwolic na pomylke, gdyz tak zdecydowal Sejm. Pozniej jednakze decyzja ta zostala zaskarzona przez PiS do TK - czyli zgodnie z procedurami, gdy uwaza sie, ze cos jest "nie tak". PiS mial prawo skarzyc gdyz Platfusy zrobili zle prawo. W efekcie TK odrzucil to prawo (po wycofaniu przez PiS skargi i niesieniu jej przez sama PO) i uniewaznil nadliczbowych sedziow. Na co PiS, gdy tylko mogl, uznal, ze nie opublikuje tego wyroku i bedzie udawal, ze go nie bylo. Dzieki czemu bedzie mogl sobie wprowadzic do TK swoich ponadliczbowych "dublerow". A wlasnie to bylo naruszeniem konstytucji - niepublikowanie wyroku oraz powolanie dublerow. Ale to Ziemkiewicz wolal przemilczec, przez co usmolil sie sam, choc przyganial Applebaum.

          • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 04.12.20, 16:52
            oleg3 napisał:

            > Krzysiu, popatrz na daty. Gazeta wyciąga starocie, a ty je propagujesz.

            **
            Patrzylem. Wszystko aktualne. A ja widze ten art. po raz pierwszy. Powiem wiecej, bo jest on nawet aktualniejszy niz byl 2 lata temu. Wowczas moglismy miec wiecej watpliwosci co do charakteru organizacji Kaczynskiego. Teraz mamy ich zdecydowanie mniej. To jest paria na leninowska modle - ozwierciedlajaca leninowska idee awangardy mas. Mierny, bierny, ale wierny - to jest to.

            Swoja droga czepia sie ten Ziemkiewicz dupereli bo tak naprawde nie wiadomo kto od kogo odszedl - co za roznica, nawiasem mowiac. Wszyscy wyznawali konserwatywne wartosci, wszyscy mowili o demokracji, ale tylko zapomnieli uscislic, zdefiniowac, co kto mial na mysli. Bo o ile konserwatyzm A.A. nie klocil sie z liberalna demokracja, bo w Stanach on sie nie kloci, wyobraz sobie, o tyle konserwatyzm Ziemkiewicza byl blizej panstwa wyznaniowego i zorientowany na czasy Sanacji. Naczytali sie chlopaki pieknych opowiesci jak to fantastycznie bylo wowczas, za Pilsudskiego, ze az zakochali sie w tych wizjach i postanowili je sobie zrekonstruowac. W postaci sitwy na wzor leninowski lub kaczynski. Majac w dupie dazenia milionow obywateli, ktorzy przez dekady pod komuna marzyli o ustroju na wzor amerykanski, kanadyjski, czy niemiecki... Bo rekonstruowali je sobie.

            Kiedys, w pudle nieco zaskoczony bylem, oraz rozczarowany, podejsciem Kropiwnickiego do demokracji. Bo jak na faceta ktory spedzil w Stanach sporo czasu na stypendium to on o demokracji bardzo malo wiedzial. Zupelnie jakby mu ta wiedza nie byla potrzebna do szczescia. Pozniej dopiero wyszlo na jaw dlaczego nie byla mu potrzebna. Mial wlasna, niekoniecznie pokrywajaca sie z doswiadczeniem amerykanskim. Z cala pewnoscia nie byl on jedynym takim. Przynajmniej Kaczynski byl drugim. Efekty tego widzimy. W postaci rozwijajacej sie demokratury, w miejsce demokracji. Demokratury w duchu leninowskim. On odszedl ode mnie czy ja od niego - co za roznica. Pewnie nikt nie odchodzil lecz kazdy szedl wlasna droga.
                  • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 06:31
                    oleg3 napisał:

                    > Od zawsze!

                    **
                    W takim razie pewnie byl (i jest?) zwolennikiem czegos od zawsze.

                    Tyle, ze mnie to niespecjalnie interesuje - nie jestem wyznawca. Interesuje mnie natomiast to co on ma do powiedzenia nt. artykulu Applebaum. A juz najbardziej jej obserwacji dot. zasad na ktorych zostal stworzony, oraz dziala, PiS. Tak, chodzi o ten leninowski sposob na zdobycie i utrzymywanie wladzy poprzez jednopartyjnosc i wynagradzanie swoich za sluzalczosc czy tez lojalnosc. W dodatku w przypadku partii ktora jest wlasnoscia Kaczynskiego. Tak tak - wlasnoscia. A tu Ziemkiewicz jest mocno wstrzemiezliwy w ocenach co, jak na niego, jest przynajmniej dziwne. Jak to on, w zamian, stwierdzil jednak, ze to co napisala A.A. jest glupie. I juz. Bez proby wykazania, ze tezy A.A. dot. charakteru partii i proponowanego ustroju sa nie na miejscu.
                    • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 15:29
                      na ktorych zostal stworzony, oraz dziala, PiS. Tak, chodzi o ten leninowski sposob na zdobycie i utrzymywanie wladzy poprzez jednopartyjnosc i wynagradzanie swoich za sluzalczosc czy tez lojalnosc. W dodatku w przypadku partii ktora jest wlasnoscia Kaczynskiego. Tak tak - wlasnoscia. A tu Ziemkiewicz jest mocno wstrzemiezliwy w ocenach

                      Krzysiu, obejrzyj linkowany przeze mnie materiał z yotuby i przestań pierdolić bzdety.


                      • benek231 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 20:33
                        oleg3 napisał:

                        > Krzysiu, obejrzyj linkowany przeze mnie materiał z yotuby i przestań pierdolić bzdety.

                        **
                        Jak na razie to ty pieprzysz bzdety gdyz ja odpowiadalem na tekstowa krytyke art. A.A. przez Ziemkiewicza, na Interia. Wtedy twojego filmiku z Z., o sanacji, jeszcze nie bylo.
                        • benek231 PS... Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 20:51
                          Natomiast jesli chodzi o "sanacyjnosc" Ziemkiewicza to juz odpowiedzialem w innym wpisie.

                          A nie jest dla mnie zbyt jasne dlaczego taki antysanacyjny i antypilsudczykowski Ziemkiewicz do niedawna trzymal z neo-sanacyjnymi i neo-pilsudczykowskimi pisiorami.
                          Oraz ktora Endecje on popieral. Czy te ktora byla pro-demokratyczna czy tez te ktora byla antydemokratyczna. Bo pro- byla Endecja wtedy gdy lizala dlonie Wilsona, po I-ej wojnie swiatowej, oraz zaraz po II-ej wojnie swiatowej gdy Polska bla juz pod sowieckim butem. Czyli byla pro-demokratyczna wtedy gdy na rzecz demokracji nie mogla nic zrobic. W miedzyczasie, zas, byla anty-demokratyczna.
                          Poniewaz nie watpie, ze - w odroznieniu ode mnie - znasz sie na Ziemkiewiczu wybornie, wiec licze na to, ze mnie oswiecisz w tej delikatnej materii. Bo sam przyznasz, ze mamy do czynienia z przynajmniej dwiema bardzo istotnie rozniacymi sie Endecjami, czyli nie wystarczy powiedziec, ze Ziemkiewicz jest fanem Endecji. Skoro tak sie upierasz przy pozostaniu przy Ziemkiewiczu zamiast przy Applebaum.
                        • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 21:04
                          benek231 napisał:

                          > Jak na razie to ty pieprzysz bzdety gdyz ja odpowiadalem na tekstowa krytyke art. A.A. przez Ziemkiewicza, na Interia. Wtedy twojego filmiku z Z., o sanacji, jeszcze nie bylo.

                          Link podrzuciłem już dawno. W drugim czy trzecim moim poście w tym wątku. Mnie zasadniczo zwisa co pisuje Anna A. i jak ty to komentujesz. Mam wszelako dwie uwagi. Jak się atakuje poglądy RAZa to dobrze by było je znać. Po drugie PIS czy Fidesz to nie są partie typu leninowskiego. Anna może tego nie wiedzieć, tego nie uczą na Harwardach i Oksfordach, ale ty Krzysiu musisz o tym wiedzieć. Państwo typu leninowskiego nie było żadną demokracją, nawet "nieliberalną". Czy ty qurwa o tym nie wiesz? Aha. Przykład "nieliberalnej demokracji" znajduje się tuż obok USA, wy niedouczeni Usańcy!

                          pl.wikipedia.org/wiki/Partia_Rewolucyjno-Instytucjonalna
                          Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna (Partido Revolucionario Institucional, PRI) – meksykańska partia polityczna. Założona w 1929 roku i utrzymująca monopol władzy do 2000 roku. Początkowo nosiła nazwę Partii Narodowo-Rewolucyjnej. 30 marca 1938 zmieniła nazwę na Partię Rewolucji Meksykańskiej, a obecna nazwa została ustalona 18 stycznia 1946 roku[1]. Partia w zależności od źródeł współcześnie zajmuje pozycje centrowe lub centroprawicowe oraz ideologie tzw. nacjonalizmu obywatelskiego.



                          • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 22:02
                            Wchodzisz do watku o PiS autorstwa Applebaum i od razu usilujesz mnie wkrecic w Ziemkiewicza. A kiedy ja decyduje sie mowic o Ziemkiewiczu to ciebie to gowno obchodzi.

                            Powyzej znajduje sie moj post benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum surprised) - 3 05.12.20, 06:48 w ktorym autorka objasnia podobienstwa pomiedzy jednopartyjnym systemem wymyslonym przez Lenina a PiSem oraz Fideszem.

                            >> Jednak nieliberalne państwo jednopartyjne – dzisiaj istniejące w całym świecie; to choćby Chiny, Wenezuela, Zimbabwe – pierwszy wymyślił i stworzył Lenin w Rosji w 1917 r. (...) W odróżnieniu od marksizmu leninowskie państwo jednopartyjne nie jest filozofią. Stanowi mechanizm utrzymania władzy. Jest skuteczne, bo jasno definiuje, kto ma być elitą – polityczną, kulturalną, finansową. (...) >>

                            Lenin wymyslil a Kaczynski korzysta z osiagniec mysli leninowskiej. Udasz sie do powyzszego postu i bedziesz wiedzial wiecej. Ona nie mowila o panstwie typu leninowskiego lecz o mafijnym charakterze partii oraz rzadu wymyslonych przez Lenina dla zdobycia i utrzymania wladzy. Tu ani partia, ani rzady, przez co i panstwo, nie maja nic wspolnego z liberalizmem i demokracja. Czyli zgadzamy sie. A chodzi wylacznie o wladze a nie jakakolwiek ideologie.

                            Szkoda tylko, ze nie zrozumiales tego co napisala Applebaum.
                  • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 15:34
                    oleg3 napisał:

                    > benek231 napisał:
                    >
                    > > oleg3 napisał:
                    > >
                    > > > Oj, Krzysiu. RAZ jest fanatycznym przeciwnikiem Piłsudskiego i sanacji. A nawet pisowskiej neosanacji .
                    > >
                    > > **
                    > > Powaznie? A kiedy? Bo z tego co widze Ziemkiewicz zmiennym jest.
                    >
                    > Od zawsze!

                    **
                    Doprawdy? To dlaczego ostatnio trzymal z pisiorami? Sadzilem wiec, ze przekabacil sie na pisiorska neosanacje. A tu okazuje sie, ze on znowu sie przekabacil, w miedzyczasie.

                    Na marginesie, wydaje mi sie, ze kiepsko uzasadnil rzekoma megalomanie Pilsudskiego. Co mi kompletnie nie przeszkadza, znaczy megalomiania gdyz jestem raczej neutralny gdy idzie o Marszalka. Moze i byl - co mi tam. Ale twierdzic, ze megalomania to mniej wiecej to samo co charyzma jest pomieszaniem z poplataniem. Bo megalomania siedzi w megalomanie podczas gdy charyzma tkwi takze w oczach tych ktorzy danego lidera szanuja, podziwiaja, i podazaja za nim. No ale Ziemkiewicz koniecznie musial jakos przysrac Naczelnikowi...

                    Ponadto wyklad nt. sanacji znalazlem bardzo interesujacym. Dzieki.
      • andrzejg Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 05.12.20, 15:52
        Ciekawie przeczytać o tym samym zdarzeniu widzianym różnymi oczyma.
        Tak naprędce, zgodzę się z A.A., że przedstawiano ja jako żydówkę biorącą udział w nagonce na Polskę.
        Czytałem na forach, czy też pod artykułami związanymi z A.A.
        Tu RAZ trochę spłyca.

        Kto od kogo odjechał?
        Nikt.
        Tak już jest, że drogi się rozchodzą.
        Rozeszły się np. Solidarności, rozejdą się też ZP.
      • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 06.12.20, 19:19

        Generalnie, tekst jest zwyczajnie głupi, tak głupi, aż trudno uwierzyć, że coś równie płytkiego i wtórnego względem gazetowych wstępniaków popełniła laureatka Pulitzera i że jej elukubracje zachwyciły byłego prezydenta USA - oceńcie Państwo sami, streszczę najlepiej jak potrafię - oswiadczyl Ziemkiewicz.

        Po czym strescil to wszystko co najmniej istotne, starannie pomijajac to co najwazniejsze czyli opis leninowskiego modelu partii w systemie jednopartyjnym, ktory jak ulal pasuje do PiSu. W 2018 r. uznal to za bzdury, ale juz 2 lata pozniej w swojej "Akademii zdrowego rozsadku" scharakteryzowal PiS na bazie podobienstw do sanacyjnej partii i rzadow Pilsudskiego i tak sie sklada, ze charakterystyka ta bardzo ladnie pokrywa sie z tym co na temat PiSu Applebaum powiedziala 2 lata wczesniej. I co wowczas Ziemkiewicz zaliczyl do glupich bzdur.

        Z tego co pamietam to wowczas Ziemkiewicz znow zwachal sie z PiSem, podczas gdy ostatnio znow od niego odskoczyl. Niemniej, pomijajac, iz wykladowi o sanacji i pisowskiej neo-sanacji mozna postawic wysoka ocene, to samZiemkiewicz okazal sie niezbyt wiarygodny.






        oleg3 napisał:

        > wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-bzdury-ktore-zachwycily-obame,nId,2652815
        >
        • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 06.12.20, 22:26
          benek231 napisał:



          > W 2018 r. uznal to za bzdury, ale juz 2 lata pozniej w swojej "Akademii zdrowego rozsadku" scharakteryzowal PiS na bazie podobienstw do sanacyjnej partii i rzadow Pilsudskiego

          Krzysiu do uprawiania publicystyki nie potrzebujesz najmniejszej znajomości faktów. Zazdroszczę.
          Poniżej news z 27.2.2017

          dorzeczy.pl/kraj/51396/ziemkiewicz-zaangazuje-sie-w-dzialalnosc-organizacyjna-polska-jak-tlenu-potrzebuje-endecji.html
          • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 06.12.20, 22:43
            oleg3 napisał:

            > benek231 napisał:
            >
            >
            >
            > > W 2018 r. uznal to za bzdury, ale juz 2 lata pozniej w swojej "Akademii
            > zdrowego rozsadku" scharakteryzowal PiS na bazie podobienstw do sanacyjnej part
            > ii i rzadow Pilsudskiego
            >
            > Krzysiu do uprawiania publicystyki nie potrzebujesz najmniejszej znajomości fak
            > tów. Zazdroszczę.
            > Poniżej news z 27.2.2017

            **
            Cale szczescie, ze ty tu jestes bo mozesz mi pomoc. Bo ja doprawdy nadazyc nie moge za tym Ziemkiewiczem - kiedy on z pisiorami trzymal a kiedy nie. Podobnie z tym zakladaniem Endecji w 2017r., skoro rok pozniej byl przy pisie. Czy moze jedno drugiemu nie przeszkadza, bo mozna byc Endekiem z PiSu, na przyklad. Przed wojna Piasecki probowal polaczyc wartosci sanacyjne z endeckimi, wiec moze to jest wlasnie to: Ziemkiewicz realizuje w koncu marzenia Bolka.
            • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 07.12.20, 15:31
              > Cale szczescie, ze ty tu jestes bo mozesz mi pomoc.

              Tobie Krzysiu nikt już nie może pomóc. Żyjesz we własnym świecie, otoczony samymi antydemokratycznymi gównami i w doopie masz podstawowe fakty. To, że nie chcesz czy nie możesz zrozumieć publicystyki RAZ-a nie dziwi. Na forum też każdy, który nie pieje z zachwytu nad głupawymi poczynaniami Totalnej Opozycji jest dla ciebie pisiorem.

              Spróbuję wyjaśnić tobie i inteligentnej (podobno), tudzież wykształconej (na co ma papiery,) Annie A., dlaczego PiS nie jest partią leninowską tylko partią opartą na osobistym autorytecie lidera. Na pewno pamiętasz, że PZPR miała 2 mln członków, a PiS ma (może) 20 tys. PZPR miała komórki w wojsku, aparacie przymusu, wymiarze sprawiedliwości, mediach (a nawet własny koncern wydawniczy), szkolnictwie i administracji państwowej. Oczywiście też w każdej firmie. Aparat partyjny (od szczebla gminy i zakładu pracy) miał status quasi urzędu państwowego. Co z tego znajdziesz w Polsce lat 2018-2020?
              • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 07.12.20, 17:13
                oleg3 napisał:

                > > Cale szczescie, ze ty tu jestes bo mozesz mi pomoc.
                >
                > Tobie Krzysiu nikt już nie może pomóc. Żyjesz we własnym świecie, otoczony samy
                > mi antydemokratycznymi gównami i w doopie masz podstawowe fakty.

                **
                Jakie fakty? Ja nie jestem osobistym sekretarzem Ziemkiewicza i nie musze wiedziec kim on aktualnie sie czuje. To dla mnie nie sa podstawowe fakty.
                Podstawowym przy zakladaniu tego watku, z dlugim tekstem Applebaum, nazwalbym chec podzielenia sie i z toba, jej opinia o leninowskiej partii wladzy oraz jej podobienstwami do prywatnej partii Kaczynskiego.

                "W odróżnieniu od marksizmu leninowskie państwo jednopartyjne nie jest filozofią. Stanowi mechanizm utrzymania władzy. Jest skuteczne, bo jasno definiuje, kto ma być elitą – polityczną, kulturalną, finansową."
                Pisiory takze nie maja zadnej ideologii oprocz wladzy oraz kasy. Tylko, ze do tej partii ordynarnie nastawionej na wladze mozna dolepic kazda ideologie, w zaleznosci od potrzeb. Lenin swoja ubral w marksizm, a Pilsudski ozdobil wlasna sanacja. Podobnie z kaczynskim robiacym teraz neo-sanacje.

                Ziemkiewicz, natomiast, porownywal sanacje z pisirami, przy czym takze mu wyszlo, ze sa podobni. A tak sie sklada, ze wszystkie trzy panstwa (komunistyczne, sanacyjne, i pisiorskie), patrzac ze strony ich rzadow opieraly sie na autorytetach swych przywodcow - odpowiednio, Lenina, Pilsudskiego i Kaczynskiego.

                >>Bolszewickie państwo jednopartyjne nie było jedynie niedemokratyczne; było też antykonkurencyjne i antymerytokratyczne. Miejsca na uniwersytetach, stanowiska w służbie cywilnej, w rządach i w przemyśle nie przypadały ludziom najzdolniejszym ani najbardziej pracowitym. Przypadały najbardziej lojalnym. Awansowali, bo byli gotowi podporządkować się regułom członkostwa w partii.>>
                Czyli dokladnie to o czym mowil Ziemkiewicz porownujac sanacyjny rezym Pilsudskiego z neo-sanacyjnym rezymem Kaczynskiego. Pisiory wykazuja sie takimi wlasnie ciagotami - antydemokratycznymi, antykonkurencyjnymi i antymerytokratycznymi. Bierny, mierny ale wierny. Tak samo jak Bolszewicy i sanacja wykluczaja obcych i faworyzuja swoich, gdyz ich kadry dobierane sa pod katem prawosci, a oni sami maja moralna legitymacje do rzadzenia.
                Ponadto we wszystkich trzech przypadkach mamy do czynienia z kultem jednostki, tak w przypadku Lenina, jak Pilsudskiego, oraz Kaczynskiego. Przeciez te jego wszystkie przydupasy gotowe sa podlizywac swego wodza gdy zabraknie papieru toaletowego, ktorym teraz go podcieraja, aby sie niepotrzebnie nie meczyl. Kaczynski jest skromny i gotow jest przystac na zbudowanie mu kultu jednostki, gdy wyeliminuje opozycje.

                We wszystkich trzech przypadkach mamy do czynienia z pogarda dla praw, przepisow i procedur. To wszystko co ogranicza i krepuje tym bandytom swobode poruszania sie traktowane jest z pogarda i nazywane impossibilizmem, co jest "upierdliwoscia" (Ziemkiewicz), ktora nalezy omijac dzieki decyzjom kadr i isc na "rympal" (Ziemkiewicz).

                Applebaum takze bardzo ladnie i w podobnych kategoriach scharakteryzowala pisiory - jako rzady bandy nastawionej na ciagniecie profitow ze sprzyjajacych okolicznosci. Ty oczywiscie nie zadales sobie trudu by zapoznac sie z trescia polecanego ci fragmentu nr.3 a teraz pieprzysz trzy po trzy, gdyz nawet nie wiesz o czym jest mowa, niemoto.

                Nikt nie mowi, ze pisiory to jak ulal PZPR. Mowi natomiast, ze sa na dobrej drodze do tego.
                  • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 08.12.20, 07:22
                    oleg3 napisał:

                    > > Nikt nie mowi, ze pisiory to jak ulal PZPR. Mowi natomiast, ze sa na dobr
                    > ej drodze do tego.
                    >
                    > Wykaż zatem Krzysiu, że PO "za Tuska" nie była partią leninowską.

                    **
                    Ja tobie nie bede nic wykazywal bo ty i tak pozostaniesz glupi.

                    Dorzuce jednak jeszcze jedno podobienstwo w podejsciu do wolnosci prasy (mediow).
                    Pisze Applebaum:

                    >> System jednopartyjny był też odbiciem wrogości Lenina wobec idei neutralnego państwa, apolitycznych urzędników służby cywilnej i obiektywnych mediów. Pisał, że wolność prasy „jest oszustwem”. Wyszydzał wolność zgromadzeń jako „pusty frazes”. Sama zaś demokracja parlamentarna była wedle niego jedynie „mechanizmem ucisku klasy robotniczej”. Dla bolszewików prasa jest wolna, a instytucje są sprawiedliwe tylko pod warunkiem, że kontroluje je klasa robotnicza – za pośrednictwem partii. >>

                    A tak sie sklada, ze teraz, przejmujac poprzez podlegly sobie Orlen wydawnictwo Polska Press, zachowal sie PiS (Kaczynski) dokladnie tak jak zachowalby sie Lenin, ktory nie tolerowal tego typu rozpasania burzuazyjnych mediow, gdyz w swoim totalnym podejsciu do polityki nie tolerowal zadnej kokurencji. Czul sie najlepiej gdy w garsci trzymal wszystkich.

                    A PO i Tusk nie mieli zamiaru "repolonizowac" mediow by sluzyly im, w miejsce swobodnego funkcjonowania w ramach wolnosci slowa i prasy (mediow).
                      • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 08.12.20, 16:19
                        oleg3 napisał:

                        > Nie da się traktować cię Krzysiu poważnie.

                        W dodatku jesteś forumowym oszustem! W tym wątku idziesz w zaparte, że PiS jest partią leninowską, a nie neosanacyjną. W kolejnym wątku twierdzisz zaś, że "W innym watku, z Applebaum w tytule, rozmawiam z Olegiem o podobienstwach jednopartyjnego panstwa leninowskiego z panstwem neo-sanacyjnego PiSu".

                        Link do oszustwa
                        forum.gazeta.pl/forum/w,13,170918261,170918261,_Orlen_przejmuje_Polska_Press_Medialny_O_.html
                        **
                        W innym watku, z Applebaum w tytule, rozmawiam z Olegiem o podobienstwach jednopartyjnego panstwa leninowskiego z panstwem neo-sanacyjnego PiSu. Olegowi najbardziej pasowaloby gdyby tych podobienstw nie bylo, przez co bardzo je oprotestowuje.

                        • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 08.12.20, 20:17
                          oleg3 napisał:
                          >
                          > > Nie da się traktować cię Krzysiu poważnie.
                          >
                          > W dodatku jesteś forumowym oszustem! W tym wątku idziesz w zaparte, że PiS jest
                          > partią leninowską, a nie neosanacyjną. W kolejnym wątku twierdzisz zaś, że "W
                          > innym watku, z Applebaum w tytule, rozmawiam z Olegiem o podobienstwach jednop
                          > artyjnego panstwa leninowskiego z panstwem neo-sanacyjnego PiSu".

                          **
                          Ty Oleg jakis techniczy umysl jestes - albo czarne albo biale, sloma-siano. A gdy cos nie jest odmalowane w jaskrawie roznych kolorach to ty tak jakbys obuchem w leb zarobil.
                          Wszystkie dyktatury sa przynajmniej troche do siebie podobne, a przynajmniej tyle tylko, ze sa dyktaturami. Lenin wymyslil swoja dyktature, ktora miala trwac wiecznie. Podobna "wymyslil" Kaczynski - takze PiS ma trwac wiecznie. Podobnie jak bolszewicy maja tak wszystko poobstawiane, ze opozycja (niekoniecznie taka zafajdana jak aktualna KO) nie ma szans na wygrana. Same pisiorskie media ja zalatwia. A jesli nie to wygraja dzieki wyborczemu oszustwu - nikt ich nie sprawdzi i nikt im nic nie udowodni. Nawiasem mowiac i Pilsudski mial taka partie wladzy tyle, ze oparta na wojsku, a to cale uzdrawianie, czyli sanacja, bylo kwiatkiem do kozucha, tak jak teraz "dobra zmiana". Co nie znaczy, ze Kaczynski nie siegnie po aparat przemocy gdy wladza zacznie mu sie wymykac z rak. A jesli nie on sam to wysle Blaszczaka by ten "samodzielnie" zrobil przewrot wojskowy i w ten chocby sposob utrzymal rzady klero-faszystow. To jest banda, Oleg - bez wzgledu czy jest to bolszewia, sanacja, czy ne-osanacja. Oni sa w stanie przebrac sie w taka ideologie jaka najbardziej odpowiada w danym momencie, w kazda ideologie. By w ten prosty sposob zamydlic oczy paru frajerom swymi "wartosciami" podczas gdy caly czas cynicznie chodzi o utrzymanie raz zdobytej wladzy, oraz ryjow ( swieckich i koscielnych) przy korycie. A obce elity jak najdalej od tego koryta.

                          Cos mi sie widzi, ze zbyt mocno dalem ci kopa w jaja. Za Chiny nie mozesz pogodzic sie z tym, ze to ty dostales takiego kopa w jaja. Nie do wiary, co? wink

                          • oleg3 Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 09.12.20, 11:57
                            > benek231 napisał:

                            > Ty Oleg jakis techniczy umysl jestes - albo czarne albo biale, sloma-siano. A gdy cos nie jest
                            >odmalowane w jaskrawie roznych kolorach to ty tak jakbys obuchem w leb zarobil.

                            Dziękuję za wspaniałą laurkę. Tak, Krzysiu! Jestem dumnym przedstawicielem wspaniałej (choć już niestety odchodzącej cywilizacji). Najważniejszym narzędziem tej cywilizacji była (może jeszcze jest) logika. Ty nie potrafisz myśleć logicznie i abstrakcyjnie, zatem wyłożę ci całą rzecz na prostym przykładzie.

                            Przyjmijmy, na potrzeby tego postu, że partia leninowska to koń, zaś partia oparta na osobistym autorytecie lidera to wielbłąd. Mamy dwie relacje:
                            - identyczności (X jest koniem, X jes wielbłądem, X nie jest ani koniem ani wielbłądem)
                            - podobieństwa (koń jest podobny do wielbłąda, wielbłąd do konia; obiekt nie będący ani koniem ani wielbłądem jest podobny do konia/wielbłąda).

                            Dla ciebie relacja identyczności jest tym samym co relacja podobieństwa. Aha. Pewnie nie wiesz co to jest relacja. Otóż relacja to związek między obiektami, taka b. rozszerzona funkcja znana ze szkoły podstawowej.
                            • kalllka Re: Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 09.12.20, 12:43
                              Obawiam się ,ze korzystając z [funkcji] nie wie co jest jej dziedzina...
                              Hmm, ale ty-olegu wiesz, ze on nie przyswaja wiedzy? Dlaczego wiec odpowiadasz mu na idiotyzmy, które mnoży tylko po to by być na fali..lamiac wszelkie zasady/ reklamując wszystko co mu przynosi kasę;
                              przez sprytnie zamaskowana sieć przekierowań / głównie niezabezpieczone od strony „kolesi po piórze” fora/
                            • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 09.12.20, 16:37
                              oleg3 napisał:

                              Ty nie potrafisz myśleć logicznie i abstrakcyjnie, zatem wyłożę ci całą rzecz na prostym przykładzie.
                              >
                              > Przyjmijmy, na potrzeby tego postu, że partia leninowska to koń, zaś partia opa
                              > rta na osobistym autorytecie lidera to wielbłąd. Mamy dwie relacje:
                              > - identyczności (X jest koniem, X jes wielbłądem, X nie jest ani koniem ani wi
                              > elbłądem)
                              > - podobieństwa (koń jest podobny do wielbłąda, wielbłąd do konia; obiekt nie bę
                              > dący ani koniem ani wielbłądem jest podobny do konia/wielbłąda).
                              >
                              > Dla ciebie relacja identyczności jest tym samym co relacja podobieństwa. Aha. P
                              > ewnie nie wiesz co to jest relacja. Otóż relacja to związek między obiektami, t
                              > aka b. rozszerzona funkcja znana ze szkoły podstawowej.

                              **
                              Dlaczego akurat tak? Sadzisz, ze Lenin nie byl autorytetem? Bo ponoc byl wielkim autorytetem.
                              Sprobuj zatem ulozyc to samo ale z partia leninowska oparta na autorytecie lidera. Ciekawe ile wtedy powychodzi ci wielbladow, koni, a ile innych pluszakow.
                                • benek231 Ciekawie napisany art. Anne Applebaum :O) 09.12.20, 19:08
                                  oleg3 napisał:

                                  > > Sadzisz, ze Lenin nie byl autorytetem?
                                  >
                                  > Krzysiu, Lenin był i jest w i e l k i m autorytetem. Dla ciebie i dla Anny prim
                                  > o voto Sikorskiej. Ja zaś nie pisałem o autorytecie tylko o "partii opartej na
                                  > osobistym autorytecie lidera".

                                  **
                                  A ktora to partia oparta jest na osobistym autorytecie lidera? Co ty za dyrdymaly tutaj snujesz?
                                  Lenin nigdy nie byl dla mnie autorytetem, ale wowczas, tj. ok.1917r. on byl autorytetem dla calej masy prawdziwych komunistow.
                                  Podobnie nie jest dla mnie zadnym autorytetem Kaczynski, ale wiem, ze jest on autorytetem dla calem masy kropielnicowych niedouczonych debili.

                                  Czy na samym autorytecie mozna zbudowac partie? Cos mi sie widzi, Oleg, ze pieprzysz glupoty.

                                  Widze, ze zaczyna ci pekac leb, od srodka. A tak ladnie poukladali ci tam wszystko.A jz ulozyles sobie taka ladna ukladanke - "logiczna". wink
                            • benek231 Niezwykle sprytna ustawka Olega3 :O) 11.12.20, 15:49
                              oleg3 napisał:

                              Przyjmijmy, na potrzeby tego postu, że partia leninowska to koń, zaś partia oparta na osobistym autorytecie lidera to wielbłąd.

                              **
                              Po czym zaczynasz Oleg brnac w te swoje dyrdymaly. A wyhamowales dopiero gdy spytalem "dlaczego akurat tak? Sadzisz, ze Lenin nie byl autorytetem? Bo ponoc byl wielkim autorytetem." Wowczas w panice zaczales wrabiac mi, ze pewnie dla mnie Lenin jest autorytetem itp. nieistotne bzdury. Dotarlo w koncu do ciebie, ze nie wolno ci bylo przyjmowac zalozenia niegodnego ze stanem faktycznym, z prawda. I predko usilowales zmienic temat. Wyszedles na wala. I pewnie dlatego probowalo dopomoc ci to kolejne antydemokratyczne i antyunijne gowno, Felusiak - wcinajac sie w rozmowe.

                          • felusiak1 Farfocel szczur 09.12.20, 18:48
                            farfocel, szczur napisał: Podobnie jak bolszewicy maja tak wszystko poobstawiane, ze opozycja (niekoniecznie taka zafajdana jak aktualna KO) nie ma szans na wygrana.

                            Towarzyszu szczurze, bolszewicy ustawili wszystko tak, ze opozycji nie bylo. To znaczy została wyslana na białe niedźwiedzie i tam umarła. Zatem wasze majaczenie nie ma podstaw w faktach. Przestańcie pić koolaid to sie wam poprawi pod sufitem co i tak nie zmieni faktu, ze jestescie debilem.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka