benek231
28.12.20, 15:56
jak komuniści po 1980 roku"
Roman Kuźniar
28 grudnia 2020 | 06:00
Przebudzenie młodych jest jak pierwsza rewolucja "Solidarności". Można ją było zdusić siłą, ale tytuł rządzących do sprawowania władzy wyparował bezpowrotnie.
Tukidydes, znakomity kronikarz „Wojny Peloponeskiej”, miał zwyczaj kończenia opisu każdego roku zdaniem w rodzaju „I tak minął kolejny rok tej wojny” (i wpisywał, który konkretnie, siódmy czy czternasty). Przyjmując konwencję Tukidydesa, można powiedzieć, że właśnie kończy się piąty rok wojny toczonej przeciwko Polsce i Polakom przez tak zwaną zjednoczoną prawicę.
Że o wojnę chodzi, nie może być wątpliwości od samego początku. Świadczył o tym język walki i podboju używany przez przywódców tego obozu oraz ich okupacyjna mentalność i zachowania z niej wypływające. To jest syndrom opisany celnie przez Jana Strzeleckiego w odniesieniu do partii komunistycznej przełomu lat 40. i 50. i jako żywo przypomina mentalność obecnie Polską rządzących.
Ale to nie może dziwić. PiS jako partia o silnych instynktach neobolszewickich (pozostających w symbiozie z wulgarno-endeckimi) wyznaje bolszewicką mantrę o nieuchronności wojny z imperializmem. Nie może żyć bez wojny i toczy ją z kolejnymi grupami polskiego społeczeństwa, które PiS-owi zastępują imperializm – od sędziów, lekarzy i niepełnosprawnych począwszy.
I trzeba powtórzyć raz jeszcze: termin „wojna”, podobnie jak „neobolszewia”, nie jest nadużyciem. Richard Pipes, najwybitniejszy zachodni znawca bolszewickiej Rosji (carskiej zresztą także), pisał, że Leninowi udało się zmilitaryzować politykę, to znaczy „postawić Clausewitza na głowie w ten sposób, że polityka stała się kontynuacją wojny przy użyciu innych środków: raczej wojna była celem, a polityka środkiem, niż odwrotnie”.
Mniejszość pozostaje mniejszością, więc musi używać siły
W przekonaniu przywódców PiS muszą oni toczyć wojnę, jeśli mają sobie zapewnić trwałą hegemonię, bo przecież cały czas są nieakceptowaną przez większość mniejszością. Owszem, taką, o jakiej mówił Truman w słynnym przemówieniu w 1947 roku: zorganizowaną, uzbrojoną, świadomą swoich celów, która pragnie narzucić swoje panowanie reszcie, pozostałej części wolnego narodu – ale mniejszością.
Stąd też nadzwyczajna pozycja instytucji i służb siłowych w strukturze władzy tak zwanej zjednoczonej prawicy. I ta władza nie stroni, jak w czasach komunistycznych, od fizycznego zastraszania opozycji, o czym ostatnio świadczy m.in. brutalizacja działań policji wobec pokojowych demonstracji, w czym polityczni dysponenci aparatu przymusu (Kaczyński, Kamiński) nie widzą niczego złego. A jednak sprawy nie wyglądają dla rządzących dobrze, skoro w piątym roku wojny wódz obozu został nawet wicepremierem ds. bezpieczeństwa władzy.
W piątym roku wojny przeciwko Polsce i Polakom rządząca neobolszewia zarówno kontynuowała walkę na starych frontach (m.in. konstytucja, historia), jak i otwierała nowe. Te nowe zdają się jednak zapowiadać odwrócenie losów konfrontacji i porażkę partii wojny. Do frontów tej wojny została w tym roku zapisana kampania zwalczania pandemii. Partia władzy postanowiła ją wykorzystać, aby zapewnić zwycięstwo w wyborach prezydenckich swemu kandydatowi, który już w poprzedniej kadencji sprawdził się jako Długopis podpisujący kolejne kroki w demontażu demokratycznego państwa prawa.
Sama kampania prezydencka nie przypominała zresztą wyborów znanych z krajów demokratycznych, nie spełniania ich standardów, lecz też była rodzajem wojny, skoro rządzący zaangażowali w nią całe zasoby państwa, także te ukradzione podatnikom. Inaczej Andrzej Duda nie zostałby przepchnięty na drugą kadencję. A przy tym druga fala pandemii pokazała dramatyczną nieudolność władzy, lekceważenie zagrożenia, niekompetencję i niskie morale jej ludzi, którzy nierzadko i przy tej okazji postanowili zarobić.
"Suwerenność", czyli samowola władzy
W nową fazę weszła wojna obozu władzy z Unią Europejską, która jest częścią wojny z europejską tożsamością Polaków. Obrzydzanie Europy i UE trwa od pierwszych dni obecnej władzy, ale w piątym roku wojny przeciw Polsce dostało nowego impulsu. Jest nim sprzeciw wobec oczywistego przecież wymogu przestrzegania zasad praworządności, do czego Polska zobowiązała się zarówno w traktacie akcesyjnym, jak i lizbońskim. Oczywistego, bo przecież podjętych zobowiązań należy w dobrej wierze dotrzymywać. To jest jeden z fundamentów europejskiej cywilizacji i prawa międzynarodowego. Ale właśnie z tego powodu jest odrzucany przez partie rządzące, które nie czują się ani europejskie, ani związane jakimkolwiek prawem, czy to konstytucyjnym, czy to międzynarodowym.
A więc wojna. A więc Wspólnota Europejska jest porównywana do Związku Sowieckiego (samo w sobie takie porównanie zasługuje na wysłanie pacjenta do bonifratrów). Aby wzmocnić wojenny charakter przesłania, rządzący dodają, że Unia znajduje się w niemieckich rękach. Wróciła gomułkowska retoryka straszenia Niemcami. Powróciło także hasło „suwerenność”, ale już bez „suwerena”, którego poparcia władza już nie czuje. Została naga prawda o pisowskim rozumieniu suwerenności jako samowoli władzy.
Kulturkampf przeciw Polakom
Piąty rok wojny przyniósł także wzmocnienie Kulturkampfu toczonego przeciw Polakom przez władzę o okupacyjnej mentalności. Do tej pory polegało to na lekceważeniu osiągnięć Polaków w sferze kultury wysokiej, narzucaniu im nowych, kreowanych przez władzę bohaterów, polityce prymitywizacji kulturalnych gustów Polaków przez TVP i ministra kultury.
Obecnie władza postanowiła rozciągnąć Kulturkampf na sferę edukacji. Ma się tym zająć polityk znany z wojowniczych nacjonalistycznych przekonań oraz z… etatu profesorskiego na KUL. Nowy minister zabrał się raźno do pracy. Że i w tym przypadku chodziło o deklarację wojny przeciwko Polakom, świadczą gwałtowne protesty przeciwko tej nominacji wszystkich środowisk, które mają być objęte tą nową operacją.
Wojna przeciw kobietom obudziła młode pokolenie
Najnowszą odsłoną wojny toczonej przez narodową neobolszewię jest walka z polskimi kobietami. I tym razem zamach postanowiono przeprowadzić „pod osłoną nocy”, jak wcześniej decyzje i podpisy niszczące polski porządek konstytucyjny. Tą „nocą” miały być ograniczenia swobód obywatelskich związane z drugą falą pandemii. Sądzono, że w ten sposób uniknie się masowych protestów, których należało oczekiwać po wykonanym na zlecenie władzy zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych przez „grupę kolesiów” (język byłej rzeczniczki PiS) prezes Przyłębskiej urzędujących wraz nią w dekoracjach po Trybunale Konstytucyjnym.
Stało się przeciwnie. Protesty przybrały dramatyczny przebieg z uwagi na siłowe reakcje aparatu przymusu, który nie zawahał się użyć przeciwko bezbronnym manifestantkom pałek i gazu. Decyzja była skierowana przeciwko polskim kobietom, ale wywołała w całym kraju masowe reakcje nie tylko kobiet, zwłaszcza wśród ludzi młodych. W tym przypadku PiS najboleśniej strzelił sobie w nogę. Obudził mianowicie młode pokolenie, wcześniej dość apatycznie reagujące na wojnę narodowej neobolszewii przeciw Polsce, na odwracanie Polski od Europy. Młodzi, jako janczarzy, byli widoczni przede wszystkim w obozie władzy.
Od jesieni 2020 obóz władzy ma aktywnie przeciwko sobie również niemal całą młodą Polskę, której hasło wobec nowej władzy jest lapidarne i czytelne: ***** ***. To oni dokonują w tej chwili przyspieszonej delegitymizacji ideologii, którą chciała się szczycić prawica, choć od początku było wiadomo, że za biało-czerwoną i krzyżem, którymi wymachiwali, kryła się prywata i głód władzy.