benek231
06.02.21, 08:10
Czekając na Q, czyli dlaczego teorie spiskowe są z teflonu
Robert Stefanicki
29 stycznia 2021 | 13:59
Co się dzieje z apokaliptycznymi sektami, gdy zapowiadany Dzień Sądu nie nadchodzi? Przykłady z historii mogą pomóc przewidzieć dalsze losy zapatrzonych w Trumpa ultrasów teorii spiskowych.
Fanatyczni zwolennicy Donalda Trumpa zrzeszeni w nieformalnym ruchu QAnon byli w głębokim w szoku, że nie spełniły się zapowiedzi ich tajemniczego pasterza, ukrywającego się pod pseudonimem „Q”, i jego apostołów.
Dzień inauguracji Joego Bidena, 20 stycznia, miał być dniem rozrachunku. Prominentni Demokraci i inni satanistyczni pedofile z liberalnych elit, wyciskający z dzieci więzionych w lochach swych pizzerii hormon stresu, aby przerobić go na narkotyk i ostatecznie przejąć kontrolę nad światem, wreszcie mieli zostać aresztowani i straceni na rozkaz prezydenta Trumpa.
Gdy inauguracja Bidena dobiegała końca, qanonowcami targały sprzeczne emocje, niektórzy dawali wyraz rozczarowaniu i zwątpieniu. „Chce mi się rzygać. Mam dość dezinformacji i fałszywej nadziei” – napisał ktoś na Telegramie – jednym z miejsc, do których niepokorni wyemigrowali, gdy po wtargnięciu do Kapitolu dostali bana w głównych mediach społecznościowych. „To koniec. Zostaliśmy ograni” – rozpaczał inny.
Wielu czekało, aż „Q”, anonimowy guru – podający się za wysokiej rangi oficjela z dostępem do ściśle tajnych informacji – opublikuje post z wyjaśnieniami. Lecz „Q”, który przez cztery ostatnie lata zamieścił w sieci prawie 5 tys. wskazówek, milczy od dnia wyborów. Również Prawdziwy Prezydent nie zechciał przemówić do nich bezpośrednio, choć wcześniej robił w ich stronę aluzje.
Wydawało się, że nawet niektóre czołowe postaci ruchu dotknął kryzys wiary w credo QAnon: „Zaufaj planowi”.
„– Myśleliśmy, że plan to sposób na odzyskanie naszego kraju – rzekł jeden z influencerów, któremu Twitter zawiesił konto z 200 tys. obserwujących. – Dzisiejsza inauguracja jest nie do pojęcia dla chrześcijańskich patriotów. To bardzo trudny dzień dla nas wszystkich”.
Ron Watkins, wieloletni administrator kanału na 8kun, którym „Q” komunikował się z wyznawcami, ogłosił, że „nadszedł czas, abyśmy powrócili do naszego życia najlepiej, jak potrafimy”. Cokolwiek by to miało znaczyć.
Czyżby był to początek końca najpopularniejszej sekty konspiracjonistów? Przypominając sobie podobne sytuacje z przeszłości, należałoby wyzbyć się złudzeń.
Dysonans poznawczy Festingera
Cofnijmy się o 65 lat. O szóstej wieczorem w Wigilię Bożego Narodzenia 1954 r. niewielka grupa nazywająca się Poszukiwaczami zebrała się przed domem scjentolożki Dorothy Martin w Oak Park w stanie Illinois. Śpiewali kolędy i czekali – nie na narodziny Jezusa, lecz na UFO. Martin twierdziła, że istoty z planety Clarion, zwane Strażnikami, komunikują się kierując jej ręką, którą bezwiednie zapisywała przekazywane wiadomości. Dzień wcześniej prorokini otrzymała polecenie, by czekać w tym właśnie czasie i miejscu na wylądowanie latającego spodka, który zabierze wiernych ze sobą.
Nic się nie wydarzyło. I nie był to pierwszy raz, kiedy Martin rozczarowała swoich wyznawców, lecz czwarty. Pierwsza była przepowiednia, że potężna powódź zniszczy Zachodnie Wybrzeże USA 21 grudnia 1954 r. Poszukiwacze mieli zostać uratowani przez Strażników cztery dni wcześniej.
W grupie śpiewającej kolędy znajdowało się też trzech badaczy ruchów społecznych z Uniwersytetu Minnesoty. Udało się im zdobyć zaufanie przywódczyni, dzięki czemu mogli obserwować, jak członkowie sekty radzą sobie z kolejnymi rozczarowaniami. Leon Festinger, Henry Riecken i Stanley Schachter opisali ich historię i swoje wnioski w książce „When Prophecy Fails” (Kiedy proroctwo się nie sprawdza). Tak powstała sławna teoria dysonansu poznawczego Festingera.
Pierwotnie przybycie kosmitów było zaplanowane na godzinę czwartą 17 grudnia. Poszukiwacze zdjęli z siebie metalowe przedmioty, co miało być konieczne przed wejściem na pokład UFO. Wyszli na ulicę i obserwowali niebo. Po dziesięciu minutach Martin wróciła do domu. Ostatni wyznawcy poszli w jej ślady o 5:30. Rozmawiali o tym, co się stało i ostatecznie przyjęli wersję, że była to tylko sesja szkoleniowa. „Jak przyjdzie właściwy czas, spodki wylądują, ale żeby wszystko poszło gładko, ludzie muszą być dobrze wyćwiczeni” – zanotowali badacze.
„Kosmici nie testowali ich wiary, po prostu nie chcieli, by ich ziemscy towarzysze popełnili błąd”.
Grupa skonfrontowana z faktami przeczącymi ich przekonaniom doświadczyła dysonansu poznawczego. Jest to stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego pojawiający się, gdy u danej osoby jednocześnie występują dwa sprzeczne ze sobą elementy poznawcze, np. myśli i sądy, albo przekonania i zachowanie. Da się je złagodzić na kilka sposobów: próbując zapomnieć o sprzeczności, zmieniając zdanie lub szukając nowych informacji, które usuną sprzeczność. Nierzadko dotknięci dysonansem dalej odsuwają się od rzeczywistości i jeszcze głębiej umacniają w swej wierze.
Które przepowiednie pochodzą od Boga
Nieudane proroctwa można wygodnie odłożyć na późniejszy termin. Milleryści, XIX-wieczna grupa religijna prowadzona przez baptystę Williama Millera, który za pomocą drukowanych periodyków przekonał do siebie 100 tys. wiernych, przepowiedzieli Drugie Przyjście Chrystusa na 1833 r. Potem przełożyli je na 1844 r. Niepojawienie się Zbawiciela także w tym terminie jest w literaturze znane jako Wielkie Rozczarowanie.
Radioewangelista Harold Camping trzykrotnie ogłaszał, że Jezus powróci: 21 maja 1988 r., 7 września 1994 i 21 maja 2011. „O wyznaczonej godzinie wszyscy prawdziwi chrześcijanie zostaną porwani i z entuzjazmem przeniesieni do nieba. Wszyscy inni będą cierpieć w agonii aż do ostatecznego zniszczenia wszechświata 21 października”. Kiedy nic się nie działo, Camping tłumaczył to błędem w obliczeniach.
W obliczu nieudanej przepowiedni guru może zaprzeczyć, że kiedykolwiek mówił to, co mówił. Zaparcie bywa wykalkulowaną taktyką ratunkową, ale też może wynikać z autentycznych zniekształceń pamięci. To zjawisko, znane jako stronniczość wsteczna, częściej występuje w sytuacji odwrotnej – gdy ktoś jest święcie przekonany, że przewidział to, co właśnie się wydarzyło, np. krach na giełdzie.
Po jednym z nieudanych powitań kosmitów Dorothy Martin oznajmiła wiernym, że Strażnicy podyktowali jej wiadomość, w której wielokrotnie zapewniali: „Nigdy się nie spóźniliśmy. Nigdy nie kazaliśmy wam czekać. Nigdy was nie zawiedliśmy”. W książce Festingera przytoczony jest dialog między wyznawcą, niejakim Armstrongiem, a jednym ze zgromadzonych na miejscu niewydarzenia reporterów.
„Czy nie mówił pan, że kosmici wysłali wiadomość, że należy czekać o osiemnastej w Wigilię?” – pyta dziennikarz. „Nie” – odpowiada Armstrong. A kiedy dziennikarz go dalej dociska, wymyśla, że w tłumie widział „kosmonautę w hełmie i białej sukni”, który jednak „nie czuł się mile widziany”, bo było za dużo ludzi.
Zdaniem Festingera „człowiek głęboko wierzący niełatwo zmienia przekonania. Zwłaszcza kiedy tym przekonaniem jest pochodząca z nieba obietnica zbawienia, tolerowanie dysonansu może być mniej bolesne niż przyznanie, że ktoś się pomylił”.
W Biblii jest odpowiedź, dlaczego nieudane proroctwo nie powinno zachwiać wiarą: „Gdy prorok przepowie coś w imieniu Pana, a słowo jego będzie bez skutku i nie spełni się, [znaczy to, że] tego Pan do niego nie mówił, lecz w swej pysze powiedział to sam prorok. Nie będziesz się go obawiał”. (Księga Powtórzonego Prawa 18:22). Czyli tylko przepowiednie, które się spełniają, pochodzą od Boga (tudzież kosmitów), podczas gdy nieudane proroctwa są efektem ludzkich niedoskonałości.