benek231
30.05.21, 06:55
Sprawdziliśmy ranking V-Dem. Tym pierwszym miejscem premier Morawiecki się nie pochwali
Bartłomiej Nowotarski
29 maja 2021 | 05:57
Systemów oświaty, ochrony zdrowia, bezpiecznej emerytury nie będzie, bo to inwestycje długoterminowe, a wybory trzeba wygrywać co rusz.
Bartłomiej Nowotarski - prawnik konstytucjonalista, politolog, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Specjalizuje się we współczesnych dyktaturach, kryzysach demokracji oraz procesach jej rozwoju
Oczywiście nie idzie o układzik wokół prezesa Orlenu. I nie dlatego, że ów nie daje się jednak domknąć z powodu wciąż istniejących niezależnych sędziów czy dziennikarzy śledczych (o wielkiej roli tych ostatnich w demokracji dowiedzieliśmy się na początku XX wieku, gdy ratowali USA przed monopolistycznymi fuzjami dokonywanymi przez tzw. zbójeckich baronów w rodzaju Rockefellera czy Morgana, zdobywając społeczny aplauz i przyczyniając do antymonopolistycznej polityki prezydentów Wilsona i Tafta). Chodzi o układ przez wielkie „U", jaki badacze nazywają „wyborczą dyktaturą": państwowy reżim, w którym odbywają się wielopartyjne wybory, ale wygrywać ma tylko partia rządząca. Takie układy domknęły się już w Rosji, na Węgrzech, w Turcji czy Wenezueli.
Co w takich państwach robią rządzący, aby wytrącić wyborcom możliwość ich rozliczenia? Wszystko: od paraliżowania większości niezależnych instytucji, np. sądów, by zapewnić sobie bezkarność, po kupowanie lojalności wyborców, a nawet klonowanie w elektoratach opozycji partii politycznych mających rozbijać ich spójność.
Ale najważniejszym celem takich reżimów jest trwałe zbudowanie zwycięskiego elektoratu. Zbudował, z rdzennych Indian, swoje el pueblo dyktator Boliwii, zbudowali nowe klasy średnie rządzący w Singapurze czy na Węgrzech. Należą do tych nowych klas i biedniejsi, i bogatsi. Pierwsi mają głosować, drudzy – głosować i płacić na politykę. Lojalność pierwszych się kupuje takimi programami jak 500 plus czy właśnie ogłoszony „Polski ład", drugim organizuje się tzw. państwowy kapitalizm. A oba podukłady mają się zamknąć w jeden wielki układ – wyborczej dyktatury ufundowanej na państwowym kapitalizmie.
Liderzy w psuciu demokracji
Mamy pierwsze miejsce na świecie. Ale nim premier się nigdy nie pochwali. W marcu V-Dem, jedna z najbardziej renomowanych pracowni badawczych, ogłosiła regres Polski do kategorii „wyborczej demokracji" (naukowcy i tak byli dla nas łaskawi, bowiem według ich danych tak naprawdę powinniśmy wpaść do kategorii „wyborcza dyktatura", w której Węgrzy są osadzeni już od 2018 r.).
Z raportu wynika też, że zajmujemy pierwsze miejsce w szybkości degeneracji naszej demokracji. Jej implozja w roku 2020 była najszybsza i najgłębsza w całym staczającym się w różne autokratyzmy świecie. Straciliśmy na jej jakości aż 34 proc. w 5 lat, podczas gdy Węgry na stoczenie się potrzebowały 10, a Rosja 12 wiosen.
Biorąc zaś pod uwagę poszczególne kategorie, to Polska straciła najwięcej, aż 65 proc., w kwestii dostępu do wieloźródłowej rzetelnej informacji publicznej. Powody? Stan naszych mediów publicznych i próby zamachu na media wciąż niezależne, ale też ogólne zakłamywanie polityki przez PiS. Po 30 proc. straciliśmy w kategoriach niezależności sądów i organizacji społeczeństwa obywatelskiego. I – po doświadczeniach wyborów prezydenckich – 23 proc. w aspekcie równości (fair) procesu wyborczego jako takiego.
By było nam wygodnie
Oczywiście wyniki V-Dem oraz innych światowych pracowni w rodzaju Freedom House można potraktować wzruszeniem ramion, bo w jaki sposób to nas, zwykłych obywateli, dotyczy. Wszak, jak pokazują badania m.in. prof. Krystyny Skarżyńskiej („My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle"), głosujemy z reguły za wygodnym i bezpiecznym życiem, a od państwa oczekujemy sprawczości oraz zaopiekowania i tyle. Ale właśnie jeśli tak głosujemy, to nie możemy być spokojni.
Tego typu instytucje badawcze świata wyczulone są na pojawianie się instytucji tzw. wykluczających, a więc grożących dyskryminacją, a w konsekwencji także społecznym i ekonomicznym wyzyskiem całości lub części społeczeństwa przez władzę i jej popleczników. Działa tu prawo grawitacji: wykluczające polityczne instytucje przyciągają zjawiska społeczno-gospodarczych wykluczeń oraz takowe instytucje.
Formalne i nieformalne instytucje wykluczające są przeciwieństwem instytucji włączających, które mają włączać nas, jako obywateli, w obieg decyzyjny oraz życie społeczne, gospodarcze i polityczne kraju. Sytuacja jest typu zero-jedynkowego, ponieważ już samo niszczenie instytucji włączających stanowi dyskryminację, czyli wyłączanie. I tak np. nietrudno wyobrazić sobie władzę, która próbuje skutecznie zniszczyć niezależne media. Dopóki istnieje nieskrępowany dostęp do internetu czy anten satelitarnych, znająca obce języki część społeczeństwa jakoś sobie poradzi. Ale nieznający zostaną z fałszywą wiedzą i ogłupieni, a zatem wykluczeni.
Inne przykłady? Już same instytucje zbytnio koncentrujące i centralizujące władzę polityczną (np. osłabiające władzę sądowniczą) dyskryminują, ponieważ mogą skutkować bezkarnością rządzących. Tymczasem wieloletnie badania historyczno-instytucjonalne pokazują, że to właśnie instytucjom włączającym zawdzięczamy rozwój naszej cywilizacji, w tym również rewolucję przemysłową oraz technologiczną. Bowiem instytucje takie zaczęły przeszkadzać w bezkarnym wyzyskiwaniu kolejnych części poszczególnych społeczeństw.
Republika Wenecka kwitła do 1300 roku, bowiem jej polityczne uspołecznienie – ogólnie mówiąc, parlamentaryzacja, która osłabiła władzę dożów – pociągnęło za sobą rozkwit instytucji spółek i umów umożliwiających światowy handel morski. Jako produkt uboczny tej pluralizacji pojawiły się: profesjonalna administracja publiczna oraz niezależne sądy, a więc praworządność. Jednak gdy tylko zaczęto instytucjonalnie ograniczać upowszechnienie władzy, republika upadła, wyludniła się, a jej mieszkańcy zaczęli wozić turystów gondolami.
To właśnie parlamenty, jeśli tylko nie ograniczano do nich dostępu, zaczęły być najlepszymi instytucjami niwelującymi zakusy dyskryminacyjne. Parlament Anglii, który po okresie tzw. Chwalebnej Rewolucji (1688) uszczuplił władzę króla, zaczął – w dobie wielkich geograficznych odkryć – reprezentować interesy przedsiębiorców i kupców, nie króla. Uchwalił też licencję dla Jamesa Watta, wynalazcy maszyny parowej, która rozpoczęła przemysłową rewolucję, a wzorce polityczne i gospodarcze powędrowały za ocean, do Ameryki. Tymczasem odwrotne wzorce, czyli absolutyzmu królewskiego Hiszpanii czy Portugalii, pożeglowały wraz z odkrywcami do dzisiejszej Ameryki Łacińskiej, determinując jej rozwój.
Cesarstwu rzymskiemu, w przeciwieństwie do okresu republiki, w miarę wygodne życie zapewniały tylko podboje, bo cesarze zlikwidowali instytucje włączające zgromadzeń obywatelskich, a cesarz Tyberiusz dokładnie w czasie ich likwidacji kupił lud Rzymu darmowymi oliwkami, chlebem, winem oraz zbożem. To prawdopodobnie on jako pierwszy zaproponował „chleb i igrzyska", a stojąc na straży tradycyjnych rzymskich wartości oraz takowych relacji społecznych, nawet kazał zabić wynalazcę nietłukącego się szkła, aby wynalazek tych relacji mu nie zaburzył.
W XIX i XX wieku demokracje cywilizacji zachodniej miały spory potencjał naprawczy: mogły poszerzać prawa wyborcze, adresować nowe usługi publiczne do coraz szerszych kręgów, w czym przeważały nad ofertami ówczesnych twardych dyktatur. Choć dziś światowe demokracje takiego potencjału już nie mają, to u nas, myśląc o odnowie demokracji, wciąż warto będzie postawić na budowę instytucji włączających w sferze decyzji politycznych oraz publicznych usług. W Polsce jest jeszcze na to potencjał.
Zależność zamiast niezależności
Niestety, strategie władzy PiS polegają albo na niszczeniu instytucji i relacji włączających, albo na budowaniu tych dyskryminujących.