benek231
14.07.21, 19:58
Zdążyć przed Luksemburgiem. TK spieszył się, by ogłosić, że prawo europejskie w Polsce nie obowiązuje
Wojciech Sadurski
14 lipca 2021 | 17:54
Nasze władze właśnie wypowiedziały nie tylko posłuszeństwo wobec technicznych przepisów UE, ale respekt dla wspólnych europejskich norm praworządności i przyzwoitości. Zakomunikowały Wspólnocie Europejskiej i nam, obywatelom, że w Polsce te normy nie obowiązują.
Decyzja Trybunału mgr Przyłębskiej jest, jaka miała być. Zazwyczaj nierychliwy, tym razem Trybunał pogalopował chyżo jak rumak, by tylko zdążyć do mety przed Trybunałem w Luksemburgu, który lada dzień ma ogłosić swój ostateczny wyrok w sprawie systemu dyscyplinującego sędziów (chwilę wcześniej dowiedzieliśmy się o kolejnym zabezpieczeniu ze strony TSUE, domagającym się zawieszenia działania tej Izby). Zagrywka była prawnie nieskomplikowana, by nie rzec prostacka: skoro Trybunał Europejski ma orzec o niezgodności polskiej antysędziowskiej inkwizycji ze standardami europejskimi, trzeba było podważyć stosowalność tych standardów w Polsce.
Najkrócej rzecz ujmując: pytanie skierowane do Trybunału mgr Przyłębskiej brzmiało (w tłumaczeniu z prawniczego na nasze): "Czy Polska ma obowiązek wypełniać swe obowiązki?". I odpowiedź grupki pod wodzą prok. Piotrowicza brzmi: "Nie".
W miłej interakcji "Jak prokuratorka z prokuratorem" pani prok. Małgorzata Bednarek, obecnie podająca się za sędzię "Izby Dyscyplinarnej" (czyli nielegalnej Izby Przebierańców do prześladowania sędziów), zadała "pytanie" Trybunałowi Konstytucyjnemu o to, czy traktatowa zasada lojalnej współpracy w powiązaniu z wymogiem respektowania postanowień TSUE, rozumiana tak, że stosuje się do organów sądowniczych państwa członkowskiego, jest zgodna z polską konstytucją. I prok. Piotrowicz dostarczył towar.
Nieprawidłowości, które dyskwalifikują ten „wyrok"
Po drodze doszło do kilku teatralnych dramatów i grubych nieprawidłowości, kompletnie dyskwalifikujących tzw. wyrok. Prok. Piotrowicz zastąpił Krystynę Pawłowicz na odpowiedzialnym stanowisku wyznaczonym przez partię, gdy ta przekroczyła swoimi napadami szaleństwa nawet normy PiS-owskie, niezbyt przecież wyśrubowane, plwając gniewnie na UE, co spowodowało konieczność zamknięcia jej tymczasowo w szafie. Ale i prok. Piotrowicz, choć do pewnego momentu kontrolował się i mówił z przesadną emfazą neofity savoir vivre’u „proszę" i „dziękuję", w końcu zezłościł się na przedstawiciela RPO i powracając do swej ulubionej funkcji z czasów sejmowych, odbierał mu głos. No nie wytrzymał, jak ten skorpion ze znanego dowcipu o krokodylu i skorpionie, „bo taka jest jego natura".
Bezpośredni powód zagniewania prok. Piotrowicza związany był z oczywistym defektem proceduralnym, wytkniętym przez Pawła Filipka z Biura RPO, a mianowicie obecnością w składzie osoby nieuprawnionej do głosowania – Justyna Piskorskiego (tego, który obdarował był polskie kobiety pełnym zakazem aborcji), który wszedł był do TK na miejsce dublera. Równie dobrze mógł tam być pan strażnik z budynku TK.
Na koniec, podobnie jak we wczorajszym posiedzeniu, w sprawie o takiej doniosłości (czy może być coś bardziej „doniosłego" niż podział kompetencji między Polskę a Unię?), a na dodatek odwracającej dotychczasową linię orzeczniczą (bo dotychczas TK uznawał, że Traktat jest pod każdym względem zgodny z polską konstytucją, a teraz uznał, że jednak trochę nie), ustawa o TK wymaga pełnego składu. Ten mógłby być jednak mniej sterowalny, więc obradowano w wąskim gronie zaufanych towarzyszy.
Prok. Bednarek niechcący się chlapnęło
Istotę problemu ujęła najlepiej, może nie całkiem zdając sobie sprawę z absurdalności swego stanowiska, wnioskodawczyni, prok. Bednarek z Izby Przebierańców, mówiąc, że spór dotyczy granic kompetencji TSUE. I rzeczywiście, to jest istotą problemu. Bo konstytucja nie daje Trybunałowi Konstytucyjnemu władzy oceniania kompetencji Trybunału z Luksemburga. TK może oceniać zgodność norm prawnych (ustaw, umów międzynarodowych itp.) z Konstytucją RP. Ale orzecznictwo TSUE, nie mówiąc już o jego kompetencjach, jest daleko poza zakresem kompetencji TK: jego rączki są na to za krótkie. Co prawda sędzia sprawozdawca Bartłomiej Sochański w ustnym uzasadnieniu powiedział, że TK w tym wyroku "nie dokonuje kontroli orzeczniczej TSUE", ale zaraz dodał, że kontroluje "ramy, w jakich orzeka TSUE". Ktoś widzi różnicę? Ja nie.
Ponieważ TK wszedł na grunt interpretowania traktatów, przypomnijmy: to TSUE ma wyłączność na ustanawianie wiążącego rozumienia prawa unijnego. Uznając, że pewne artykuły traktatów mają być interpretowane tak, a nie inaczej, bo w przeciwnym razie są niezgodne z polską konstytucją – TK wszedł na pole wyłącznej kompetencji TSUE.
Pomijając już taki drobiazg, że wykonywanie zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego (czyli także Traktatu) jest obowiązkiem polskich władz, zakotwiczonym w polskiej konstytucji, a mianowicie w art. 9. "Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego". Czy i ten obowiązek jest niezgodny z konstytucją, bo narusza interesy grupy przebierańców? Czy konstytucja RP jest więc też niekonstytucyjna dla Trybunału z al. Szucha?
Nie mieszajmy w to konstytucji – problemem są PiS-owskie ustawy
Podobnie jak w bliźniaczej sprawie rozpatrywanej wczoraj (w której wyrok ma zapaść jutro) zmasowane siły władzy wraz z Izbą Przebierańców, która złożyła to pozorne „pytanie" do Trybunału mgr Przyłębskiej, dokonały fundamentalnego przekłamania, sugerując, że nastąpiła sprzeczność między Traktatem Europejskim a polską konstytucją. Tyle że to nie polska konstytucja powołała tę szkaradną Izbę, ale ustawa, przepchnięta przez PiS-owską większość i zaklepana przez PiS-owskiego prezydenta. Trybunał w Luksemburgu zdyskwalifikował twór ustawowy, a nie konstytucyjny. Czyli konfrontacja jest tu między Traktatem a ustawą, a ustawy są niższe w porządku prawnym Polski niż ratyfikowane umowy międzynarodowe. Więc Trybunał nie ma tu nic do gadania, bo może tylko oceniać zgodność z konstytucją, a konstytucja tu niewinna. Konstytucji proszę w to nie mieszać.
„Cała Unia jest wspólnotą prawa" – mówił pięknie Adam Bodnar, ucząc sędziów, którzy koniecznie chcieli dopytać się o to, czy normy praworządności obowiązują tylko, gdy stosowane jest prawo unijne, a jak krajowe, to już hulaj dusza. A prof. Taborowski dodał, że sędziowie muszą spełniać europejskie normy niezawisłości, bo potencjalnie mogą realizować prawo europejskie. Powiało zaś ostrym nacjonalizmem, gdy sędzia Sochański (były radny z ramienia PiS) w ustnym uzasadnieniu ostrzegł, że
polscy sędziowie nie są sędziami unijnymi.
„Żadnemu państwu nie można narzucać reguł, w jakich będzie organizował własne państwo" – ogłosił sędzia Sochański. Naprawdę? A gdyby te reguły miały charakter faszystowski? Też Unia musiałaby tolerować takie państwo w swoim gronie? Unia to pewne normy, także dotyczące praworządności. I nie jest to żadne wkraczanie w zastrzeżone dla państwa suwerenne kompetencje, ale dobrowolny udział we wspólnocie norm i wartości. "Polska tożsamość konstytucyjna" – powiedział dumnie sędzia Sochański. Pięknie, tylko dlaczego tożsamość ta ma mieć twarz Zbigniewa Ziobry, mgr Przyłębskiej, prok. Piotrowicza, sędziów Nawackiego, Piebiaka i Dudzicza?