benek231
27.10.21, 20:30
Prof. Kuźniar: Ich niemyte dusze myślą po faszystowsku. Żeby polski minister sięgał do hitlerowskiej maksymy?!
Dorota Wysocka-Schnepf
27 października 2021 | 18:03
Nie jestem dobrych przeczuć. Weszliśmy w ten półmrok i na razie nie widzę horyzontu, kiedy położymy temu kres. W wielu przypadkach bardzo modliłem się o to, by się mylić. Potwierdzały się moje złe prognozy, złe przeczucia. Nadzieją jest to, że życie społeczne jest otwarte i na tej przysłowiowej skórce banana różni tacy domorośli autokraci też się potrafią przewrócić. Czego życzmy im z całego serca w interesie nas wszystkich i Polski - mówi prof. Roman Kuźniar
Dorota Wysocka-Schnepf: Pamięta pan, panie profesorze, swój felieton dla "Wyborczej" sprzed prawie roku o tym, jak – mówiąc w dużym skrócie – minął "piąty rok wojny wytoczonej Polsce i Polakom przez rządzącą neobolszewię"?
Prof. Roman Kuźniar: Pamiętam bardzo dobrze. Wcieliłem się wtedy w Tukidydesa, jednego z moich mistrzów sprzed ponad 24 wieków. I dzisiaj przez te ostatnie kilka miesięcy zgromadziło się sporo materiału, żeby wzorem Tukidydesa napisać kolejny odcinek pt. "Minął szósty rok wojny PiS-u z Polską i z Polakami".
Wtedy podkreślał pan stanowczo, że terminy "wojna" i "neobolszewia" nie są nadużyciem. Teraz, jak pan powiedział, dobiega końca szósty rok tej wojny i nie musi pan zapewniać, że termin "wojna" nie jest nadużyciem, dzisiaj władza sama odmienia ten termin przez wszystkie przypadki, a wojnę toczy na chyba już wszystkich możliwych frontach, nie tylko przeciwko Polsce i Polakom. I pewnie to pana profesora nie zaskakuje?
– Nie, nie zaskakuje. Taka jest natura rządzącej neobolszewii. Chociaż termin "neobolszewia" jest, jak wiadomo, pewnym skrótem. W innym tekście dla "Gazety Wyborczej" wyjaśniałem, że pewnie lepiej byłoby mówić o nacjonalneobolszewii, bo to jest taki hybrydowy twór, który czerpie zarówno z faszyzmu, nacjonalizmu, jak i z tradycji bolszewickiej, która może niektórym jest bliższa, dlatego że się w niej wychowali – i czym skorupka za młodu nasiąknie, to bardzo wyraźnie widać. Zwłaszcza jeżeli chodzi o lidera tej formacji. Ale i inni również wykazują taką skłonność do inspirowania się faszyzmem.
Ja zresztą w Radiu Tok FM, a następnie w rozmowie dla "Polityki" powiedziałem, że owszem, to, co widzę w tej chwili, to jest budowa podstaw faszyzmu nie w tej twardej wersji niemieckiej, nazistowskiej. Tylko takiego faszyzmu, jaki znamy z Europy Zachodniej czy Środkowej z czasów przedwojennych – Węgry, Portugalia czy Hiszpania.
Włochy to już jest mocniejsza historia, ale też był moment, w którym jeszcze nie wydawało się to tak bardzo straszne. To jest jedno, a drugie, z czym dzisiaj się stykamy, to jest jakby powrót. Wiem, że niektórzy bardzo radykalnie zaprotestowali, że ja się posłużyłem tym określeniem, iż oto widzimy i doświadczamy narodzin takiego komuno-faszyzmu. Były silne protesty, zostałem uznany za człowieka o bardzo skrajnych poglądach. Ale to, co się dzieje w ostatnich dniach i tygodniach, tylko potwierdza tę moją wcześniejszą, intuicyjną obserwację. Chociaż ja wyjaśniałem bardzo wyraźnie, na jakiej podstawie mówię – sięgałem do słynnego dzieła jednego z moich mistrzów, prof. Franciszka Ryszki, pt. "Państwo stanu wyjątkowego. Rzecz o systemie państwa i prawa Trzeciej Rzeszy". Te podobieństwa są bardzo czytelne – to, co widzimy u Ryszki, i to, co już wtedy zaczęło się dziać w Polsce. Ale zwłaszcza te wczorajsze, przedwczorajsze rzeczy czy słownik, którym posługują się przywódcy rządzącej partii, wskazuje na to, że idziemy w tę stronę coraz szybciej.
Morawiecki: UE stawia żądania, przystawiając Polsce pistolet do głowy
To skoro o słowniku – zacznijmy od III wojny światowej wywołanej przez premiera Morawieckiego w wywiadzie dla "Financial Times". Jeśli chciał zaszokować zagranicznych partnerów, to chyba mu się udało.
– Tak, bo przecież to nie było obliczone na przekaz wewnętrzny.
Ludność Podlasia, Lubelszczyzny czy mojej części Podkarpacia nie czytuje "Financial Times", nie widziałem wyborców PiS-u z "Financial Times" w ręku w tamtych regionach.
Premier Morawiecki opowiadał takie kosmiczne bzdury i z całą pewnością było to obliczone na przekaz do zachodnioeuropejskiej opinii publicznej, zwłaszcza do zachodnioeuropejskich polityków. Nigdy wcześniej żaden premier Rzeczypospolitej nie plótł takich kosmicznych andronów. Tylko że to wcale nie jest takie wesołe i śmieszne, jeżeli bierze się pod uwagę to, co się dzieje w Polsce, i to, o co mu chodzi, jaki efekt chciał uzyskać. A myślę, że ten główny efekt, o który mu chodziło, to uzyskanie czegoś – nawiązując do tych naszych metafor czy podobieństw – co uzyskali Niemcy przed II wojną światową, tzn. appeasement. Jemu chodziło o uzyskanie efektu appeasement wobec Polski, tzn. żeby na Polskę patrzeć przez palce, żeby darować jej więcej, żeby pozwolić jej na czynienie więcej –- nie na wschodzie Europy, jak chciał Hitler, ale wewnątrz kraju. To znaczy: nie przeszkadzajcie nam w budowie państwa autorytarnego, bo inaczej będziecie mieli wojnę. No, może nie światową. Ale to w ogóle oryginalny przypadek – wojna państwa z organem organizacji czy wspólnoty, do której to państwo należy. O takich wojnach do tej pory nie słyszeliśmy.
Premier Morawiecki wprowadził nową kategorię wojenną – państwo członkowskie wypowiada wojnę radzie, komitetowi, komisji czy czemuś takiemu. Tego nie było. Myślę, że appeasement to był ten główny powód i, niestety, mam wrażenie, że na tym froncie on może odnieść sukces. Że państwa zachodnioeuropejskie machną ręką – skoro Polacy sobie wybrali, chcą mieć państwo autorytarne... My tu mamy inne problemy na głowie, to jest ich zmartwienie. Obawiam się, że ta taktyka obliczona na zmuszenie UE do appeasementu wobec rządzącej neobolszewii może być skuteczna.