Dodaj do ulubionych

Lekarz o mniemanej pandemii

10.01.22, 23:29
W najnowszym "DoRzeczy" rozmowa z lek. med. Jerzym Milewskim, specjalistą chorób wewnętrznych

W dobowych raportach Ministerstwo Zdrowia podaje liczby zgonów powiązanych z COVID-19. Dlaczego są one tak duże?

Jerzy Milewski: Od samego początku mamy do czynienia z sytuacją, w której nie wiemy, ile tak naprawdę osób choruje i umiera na COVID-19. Niestety, Ministerstwo Zdrowia, GIS czy PZH nie zadbały o to, żebyśmy dysponowali rzetelnymi danymi, które pozwoliłyby nam lepiej rozumieć tę sytuację.

Skąd w takim razie bierze je Ministerstwo Zdrowia?

Resort zdrowia utworzył rejestr pacjentów z COVID-19, ale – nie wiadomo dlaczego – jest on tajny. W związku z tym w debacie publicznej mamy duże trudności z dostępem do konkretnych danych.[...]

Jak zatem rozumieć dane publikowane codziennie przez Ministerstwo Zdrowia?

Te dane, które są publikowane jako tzw. zachorowania i zgony, przybierają różną formułę, a media mniej lub bardziej sprytnie ją dobierają. A tak naprawdę te dane są informacją o tym, ile osób spośród tych, którzy zmarli danego dnia, miało dodatni wynik testu na obecność wirusa SARS-CoV-2. Absolutnie nie oznacza to, że te osoby zmarły na COVID-19! Miały po prostu dodatnie testy. Z jakiego powodu natomiast zmarły, tego nie wiemy. Ze szczątkowych danych pochodzących od poszczególnych szpitali czy lekarzy można wywnioskować, że są to osoby, które zmarły zasadniczo na „swoje choroby”, np. ciężką niewydolność krążenia, udar mózgu lub nowotwór. Zgodnie z przyjętą praktyką oraz starymi rekomendacjami WHO i niektórych organizacji w Polsce ci pacjenci są kwalifikowani w rozpoznaniu i dokumentacji szpitalnej jako zmarli na COVID-19. Status choroby zakaźnej ma priorytet w ustalaniu przyczyny zgonu. W ten sposób dociera do nas kompletnie nieprawdziwy strumień informacji.

Skupmy się teraz na diagnostyce. Jak powinno wyglądać prawidłowe rozpoznanie lekarskie COVID-19?

Istotą pełnoobjawowej choroby COVID-19 jest wirusowe zapalenie płuc. U pacjentów, u których rozpoznano klinicznie podejrzenie zapalenia płuc, powinno się dążyć do ustalenia czynnika etiologicznego. Należy przeprowadzić testy na obecność różnych wirusów [...] Nie można ograniczyć tego do jednego testu na jednego wirusa. Sam test PCR bywa często niewiarygodny ze względu na niedostatek kompetentnego personelu, co generuje dużą liczbę fałszywie dodatnich wyników. [...]
Następnie należałoby zrobić test na obecność tego wirusa we krwi, co z punktu widzenia diagnostyki miałoby o wiele większe znaczenie niż wymaz z nosa. Kolejny punkt to diagnostyka serologiczna, czyli obecność przeciwciał, co potwierdza ogólnoustrojową reakcję układu immunologicznego na kontakt z antygenem i wnosi do rozpoznania dużo więcej niż pojedynczy test PCR. Oczywiście elementarną rzeczą w fachu lekarskim jest badanie fizykalne, czyli osłuchanie przez lekarza, a placówki POZ pracują zdalnie! Do tego wszystkiego należy dodać diagnostykę obrazową – badanie RTG klatki piersiowej lub tomografię płuc, gdyż obraz radiologiczny dla zapalenia płuc jest tutaj kluczowy. Warto przeprowadzić też badania mikrobiologiczne w kierunku nadkażeń bakteryjnych. Jeżeli to wszystko układa się w konsekwentną sekwencję zdarzeń, to z dużym prawdopodobieństwem mamy do czynienia z COVID-19.

Wymienił pan bardzo dużo badań. A jak wygląda to w praktyce?

Z tej diagnostyki najczęściej robi się tylko fragmenty. Często podstawową przesłanką do stwierdzenia COVID-19 jest pojedynczy test PCR. To karygodne i nic nie oznacza. Trzeba to sobie powiedzieć jasno, że mamy do czynienia z dezinformacją.

Podkreślił pan znaczenie zapalenia płuc w COVID-19. Co jednak z przypadkami łagodnego przebiegu tej choroby, gdzie jedynymi objawami są katar, chrypa lub lekka gorączka? Czy wówczas w ogóle możemy mówić o COVID-19?

Pierwszy błąd polega na używaniu pojęcia „bezobjawowy COVID”. To jest wewnętrzna sprzeczność, ponieważ jeżeli ktoś nie ma objawów, to zasadniczo nie jest chory. Najczęściej można go wówczas określić mianem nosiciela, jeśli ma dodatni test. Łagodny przebieg z objawami dotyczącymi jedynie górnych dróg oddechowych, podobnymi do grypy, określa się natomiast w medycynie mianem przebiegu poronnego. Pełnoobjawowa choroba COVID-19 zasadniczo polega na zapaleniu płuc.
[...]
U osób mających odpowiednią odporność lub pamięć immunologiczną infekcja kończy się na górnych drogach oddechowych i nie zamienia się w zapalenie płuc, czyli nie następuje pełnoobjawowy COVID-19.[...]

Jak ta definicja COVID-19 ma się do wyników podawanych przez Ministerstwo Zdrowia?

Do tej pory nie odrobiono lekcji z zakresu definicji. W obiegu publicznym istnieją definicje WHO powielane bezmyślnie przez instytucje typu PZH czy GIS. Mamy do czynienia z trzema definicjami: przypadkiem możliwym, prawdopodobnym oraz potwierdzonym. Mówiąc krótko, przypadek potwierdzony stanowi każda osoba, która ma dodatni test. To niewłaściwe podejście uwzględniające wyłącznie epidemiologiczny punkt widzenia. Z klinicznego punktu widzenia powinno to wyglądać tak, jak już opisałem. COVID-19 powinien manifestować się poprzez wirusowe zapalenie płuc wymagające pełnej diagnostyki.

Obserwuj wątek
    • xiazeluka Re: Lekarz o mniemanej pandemii 10.01.22, 23:34
      Dysponuje pan danymi statystycznymi podanymi przez Ministerstwo Zdrowia. Dotyczą one np. liczby zgonów, hospitalizacji i zabiegów medycznych na przestrzeni ostatnich lat. Jakie wnioski płyną z ich analizy?

      Te dane wyświetlają prawdę materialną na temat tego, z czym naprawdę mamy do czynienia. Jeżeli prawdziwa byłaby teza, że COVID-19 jest chorobą wysoce zakaźną, patogenną i śmiertelną, to powinniśmy mieć lawinę zachorowań i zgonów, a nie tylko dodatnich testów. W związku z tym sięgnęliśmy do danych Ministerstwa Zdrowia oraz GUS, które mogą na ten temat coś powiedzieć. Znaleźliśmy tam kilka niebywale ciekawych informacji.

      Pierwszą publicznie przedstawioną hipotezą była ta oparta na modelowaniu matematycznym, prowadząca do wniosków, że istnieje poważne zagrożenie dla systemu opieki zdrowotnej, który pod ciężarem strasznej choroby może się zawalić. Sprawdziliśmy zatem, co faktycznie się wydarzyło. Mamy dane na temat obciążenia szpitali w latach 2019 i 2020. Należałoby się spodziewać, że nastąpi dramatyczny wzrost hospitalizacji.

      Tymczasem mamy sytuację odwrotną. Liczba hospitalizacji spadła o 30 proc. w 2020 r. (!), co całkowicie zaprzecza postawionej tezie. Od początku nie było żadnych powodów do tego, żeby wprowadzać lockdowny, terror sanitarny i zakazy. System opieki zdrowotnej nie tylko nie został przeciążony, lecz także można powiedzieć, że został mocno odciążony. Z 7 mln hospitalizacji w 2019 r. mieliśmy rok później tylko 5 mln. Warto przy tym dodać, że w 2020 r. liczba hospitalizacji z rozpoznaniem COVID-19 stanowiła zaledwie 4,6 proc. wszystkich hospitalizacji. Jak zatem można mówić o poważnym przeciążeniu systemu opieki zdrowotnej? To totalna bzdura.

      Skąd zatem teza o braku wolnych łóżek i respiratorów?

      Nie wiem. Słyszałem natomiast od ważnych urzędników w tamtym czasie taką teorię, że musimy ludzi nastraszyć, aby słuchali naszych rekomendacji i decyzji. Dla mnie to rzecz absolutnie karygodna. Kampania strachu jest zawsze kampanią niszczącą. Niestety, takie słowa padały z ust ludzi kierujących instytucjami powołanymi do merytorycznej oceny sytuacji. Byliśmy epatowani obrazami z wybranych miejsc, gdzie kumulowano chorych, a nie prezentowano obrazów z pozostałej części systemu, który był niedociążony.

      O czym świadczą inne dane, które pan zebrał?

      Mamy do czynienia z zupełnie inną historią niż ta, która jest nam opowiadana. Spójrzmy np., ile przypadków zapalenia płuc odnotowano w 2020 r. Okazuje się, że w roku wybuchu pandemii tych przypadków mamy nie więcej, a mniej! W 2018 r. było 528,5 tys. zapaleń płuc, w 2019 r. – 445,3 tys., a w 2020 r. – 299,5 tys. To są wszystkie zapalenia płuc, w tym wirusowe zapalenia płuca, a także covidowe. Te liczby całkowicie zaprzeczają tezie o pandemii „strasznej choroby”, której istotą jest zapalenie płuc. W dyskusji na temat systemu ochrony zdrowia powinniśmy posługiwać się twardymi danymi, a nie tylko hipotezami.

      Następnie, kiedy mówimy o ciężkiej chorobie i zgonach spowodowanych zapaleniem płuc, to rozumiem, że powinniśmy mieć do czynienia ze zwiększoną liczbą badań obrazowych płuc. Jeżeli spojrzymy na statystyki dotyczące RTG klatki piersiowej i tomografii komputerowej płuc, to zobaczymy, że łącznie w 2018 r. było ich 2 469 930, w 2019 r. – 2 499 040, a w 2020 r. – 2 040 999, a zatem najmniej. Teza, że w 2020 r. trwała u nas straszna epidemia wirusowego zapalenia płuc, jest po prostu nie do obrony. Następne dane mówią o liczbie terapii respiratorowych. Widzimy, że w 2018 r. terapii przy pomocy respiratorów było 113 652, w 2019 r. – 116 350, a w 2020 r. – 104 593! Do tego notujemy spadek liczby użytych respiratorów u osób z zapaleniem płuc.

      To wszystko jest bardzo spójne wewnętrznie, a więc ryzyko tego, że popełniamy jakiś błąd, wygląda na bardzo niewielkie. Dobrym podsumowaniem tych danych jest porównanie, u ilu pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 stwierdzono zapalenie płuc. Ministerstwo Zdrowia odpowiedziało, że było tak zaledwie w przypadku 10 proc. pacjentów! To znaczy, że pozostałe 90 proc. osób było hospitalizowanych z dodatnim wynikiem na obecność wirusa SARS-CoV-2, a nie na chorobę COVID-19. Te 10 proc. stanowią wszystkie zapalenia płuc, a zatem przypadków COVID-19 było jeszcze znacznie mniej.

      Czyli pańskim zdaniem te 90 proc. pacjentów niesłusznie trafiło na oddziały covidowe? Jak mogło to wpłynąć na ich zdrowie?

      Jest to dla nich skrajnie groźne, ponieważ jeśli gdzieś mogą zarazić się wirusem, to właśnie tam. Niebezpieczne może być dla nich też zakażenie szpitalnymi szczepami bakteryjnymi. Poza tym w tych miejscach ludzie są leczeni przez niespecjalistyczny personel, a są to często poważnie chorzy ludzie, np. cierpiący na choroby z zakresu onkologii, układu krążenia czy neurologii. Tymczasem są kierowani na oddział, który ma cechy polowego szpitala wojskowego. Podsumowując, w 2020 r. było mniej hospitalizacji, mniej przypadków zapalenia płuc, mniej badań obrazowych płuc, mniej terapii z użyciem respiratorów. Nie da się dłużej forsować tezy o strasznej pandemii!

      Z czego więc wynika tak duża liczba nadmiarowych zgonów w naszym kraju?

      Z danych GUS wiemy, że w trakcie pandemii polska populacja zmniejszyła się o ponad 200 tys. osób. To jest hekatomba w sensie demograficznym. Mała część tej liczby – myślę, że ok. 30 tys. – wynika ze zmniejszonego przyrostu naturalnego, co pośrednio też jest spowodowane paniką związaną z koronawirusem. Ponad 170 tys. to nadmiarowe zgony, których w znakomitej większości nie da się wytłumaczyć COVID. W związku z tym grubo ponad 100 tys. osób zapewne zmarło z powodu upośledzonego dostępu do systemu opieki zdrowotnej, w tym zamkniętych POZ-ów, szpitali przekształconych w oddziały covidowe, teleporad, wstrzymania przyjęć planowych oraz zaniechania terapii i rehabilitacji. Ten dług zdrowotny Polska będzie płacić jeszcze przez wiele lat. To jest wynik błędnego postępowania i najwyższy czas się obudzić.


      No popatrz, Kretynie52, Mła nie jest lekarzem, lecz do takich samych wniosków jak pan doktor Milewski Mła doszedł ponad rok temu.
      • xiazeluka Re: Lekarz o mniemanej pandemii 11.01.22, 09:01
        "ROK 2020 (pierwszy w pandemii - nie było jeszcze dostępnych szczepionek): w Krakowie zmarło 11 517 osób (w październiku 1198, listopadzie 1517, grudniu 1124)."

        W 2020 roku z powodu kataru C19 zmarły oficjalnie 5102 osoby. W całej Polsce, Kserokopiarko z dyskalkulią.
    • wkkr Re: Lekarz o mniemanej pandemii 11.01.22, 08:37
      To co podaje ministerstwo, to są zgony z covidowych OIOMów. Tam ludzie umierają na covida bo mają covidowe zapalenie płuc i zajęte po 80-100% płuc. Dlatego liczba zgonów covidowych jest niedoszacowana. Ludzie który umierają w domu i nie byli testowani maja wpisywaną niewydolność krążeniowo-oddechową.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka