ptwo
15.05.02, 12:54
Puszczę Białowieską.
W dzisiejszym numerze GW ukazał się artykuł nt. ochrony Białowieskiego Parku
Narodowego i zakusów Polskich Lasów Państwowych. Zdaje się, że po latach
przerwy, sprawa znowu wraca na porządek dzienny. Porażająca jest przy tym,
przynajmniej dla mnie, indolencja, niezgulstwo czy wręcz głupota - nie śmiem
podejrzewać, by miało się kryć za tym coś więcej - urzędników ministerialnych i
innych. Jestem w stanie zrozumieć, że urzędnicy różnej maści są chorzy, gdy
drzewa nie rosną "pod sznurek", gdy zające, wróble i inne stworzenia nie są
policzone i ponumerowane. Ale chyba nie procesy trawienne urzędników winny być
największym zmartwieniem społeczeństwa polskiego. Tak się składa, że niedawno
byłem w Kanadzie i na jednym z kanałów (przyrodniczych!) tamtejszej telewizji
oglądałem reportaż dotyczący problemu słoni afrykańskich, a konkretnie dwóch
aspektów sprawy: 1. nadmiernie rozmnożone słonie, np. w Parku Kruegera na
granicy RPA i Mozambiku, po prostu pustoszą środowisko. Po prostu dlatego, że
wskutek ochrony jest ich za dużo. 2. istotnie, szerzy się kłusownictwo, którego
ofiarą padają całe stada, przy czym bynajmniej głównymi kłusownikami nie są
wcale "poszukiwacze" kości słoniowej. W dużej mierze sprawcami są po prostu
tubylcy, którym słonie niszczą plantacje, a nawet zagrażają im samym. Otóż
władze Botswany znalazły sposób na kłusownictwo: w zamian za niewielką koncesję
na rzecz miejscowej ludności ona właśnie stała się najlepszym strażnikiem
słoni. Na czy to polega? Prosta sprawa: tubylcy mają prawo przyznawania
licencji na odstrzał niewielkiej liczby słoni zaś opłaty licencyjne trafiają
nie do stolicy, lecz do kasy miejscowej. Dla amerykańskiego, niemieckiego czy
innego biznesmena-myśliwego 20000$ za prawo odstrzału jednego (!) słonia nie
jest wielką kwotą, dla tubylców - fortuną, która umożliwia im budowę studni,
szkół, ośrodków zdrowia itp. Skutek? Tubylcy zaczęli szanować słonie, bo po
prostu stały się ich dobroczyńcami. Dla stad słoni ubytek 1-3 sztuk rocznie nie
stanowi dotlkiwej straty.
Myślę więc, że skoro to "prymitywnych" Buszmenów dotarło to, gdzie tkwi ich
interes, to samo mogłoby stać się z ludności miejscową okolic Białowieży, a
wtedy już oni dopilnują, żeby Puszczy Białowieskiej nie stała się krzywda.
Uczynią to z pewnością lepiej niż urzędnicy z warszawki. Warunek: tak jak w
przypadku Botswany ludność miejscowa musi być w tym zainteresowana czyli krótko
mówiąc, musi mieć w tym konkretne korzyści.
Czy to tak trudno wymyślić? Podejrzewam jednak, że za całym tym zamieszaniem
kryje się jakiś ciemny interes, krótko mówiąc - prywata.