wild
25.05.02, 22:50
(1) http://www.abortionno.com/trucks_highway.html
Przez kępę cyprysów Walter, który bawił się w króla gór, zobaczył białą
ciężarówkę i wiedział, co to jest.
To ciężarówka aborcyjna, pomyślał, przyjeżdża po jakieś dziecko, żeby je zabrać
na skrobankę poporodową w ośrodku aborcyjnym.
Może to moi rodzice ją wezwali, pomyślał. Po mnie.
Uciekł i schował się w jeżynach czując ukłucia kolców, ale myślał, że lepsze
to, niż gdyby mu mieli wyssać powietrze z płuc. Tak oni to robią; zbiorową
skrobankę wszystkim dzieciom, które tam mają. Jest taka specjalna duża komora.
Dla dzieci, których nikt nie chce.
Kryjąc się głębiej w jeżynach nadsłuchiwał, czy samochód się zatrzymuje.
Nadal słyszał silnik.
- Jestem niewidoczny - powiedział sam do siebie cytując Oberona ze Snu nocy
letniej, którego grał w piątej klasie. Po tych słowach nikt go już nie widział.
Może to magiczne zaklęcie zadziała i w życiu. Powtórzył więc jeszcze
raz "Jestem niewidzialny". Widział jednak, że nie jest. Widział swoje ręce,
nogi, buty i wiedział, że wszyscy - jego matka i ojciec, a zwłaszcza obsługa
ciężarówki aborcyjnej, też mogą go zobaczyć. Jeżeli go znajdą.
Jeżeli to jego szukają tym razem.
Szkoda, że nie jest królem. Byłby cały posypany czarodziejskim proszkiem,
miałby lśniącą koronę, rządził krainą elfów i mógłby się zawsze zwierzyć
wiernemu Pukowi. Albo prosić go o radę. Na przykład, kiedy pokłóciłby się ze
swoją żoną Tytanią.
Widocznie, pomyślał, zaklęcia nie zawsze się sprawdzają.
Mrużył oczy od słońca, ale głównie słuchał silnika ciężarówki aborcyjnej.
Nadal było go słychać i w Walterze narastała nadzieja w miarę, jak odgłos się
oddalał. Jakiś inny dzieciak zostanie zabrany do ośrodka aborcyjnego, ktoś z
drugiego końca ulicy.
Roztrzęsiony i podrapany z trudem wyplątał się z jeżyn i na miękkich nogach
ruszył w stronę domu. Po drodze rozpłakał się, głównie z bólu od licznych
zadrapań, lecz także ze strachu i ulgi.
- O Boże! - wykrzyknęła matka na jego widok. - Coś ty, na Boga, robił?
- Ja... widziałem... ciężarówkę aborcyjną - powiedział przez łzy.
- I myślałeś, że to po ciebie?
W milczeniu kiwnął głową.
- Posłuchaj, Walterze - powiedziała Cynthia Best przyklękając i ujmując jego
drżące dłonie. - Obiecuję ci, ja i twój ojciec obiecujemy ci, że nigdy cię nie
odeślemy do Centrum Powiatowego. Zresztą, jesteś już za duży. Zabierają tylko
dzieci do dwunastego roku życia.
- A Jeff Vogel?
- Rodzice oddali go tuż przed wejściem w życie nowego prawa. Teraz zgodnie z
prawem nie można by go zabrać. Ciebie też nie mogą zabrać. Zrozum, ty masz
duszę. Prawo mówi, że dwunastoletni chłopiec ma duszę. Nie możesz więc być
zabrany do Centrum Powiatowego. Rozumiesz? Jesteś bezpieczny. Ilekroć widzisz
ciężarówkę aborcyjną, wiedz, że to nie po ciebie. Nigdy po ciebie. Rozumiesz?
To po jakieś inne, młodsze dziecko, które nie ma jeszcze duszy, po
przedczłowieka.
- Nie czuję, że uzyskałem duszę; czuję się tak, jakbym zawsze miał duszę -
powiedział ze spuszczoną głową, nie patrząc na matkę.
- To kwestia prawna - powiedziała jego matka pośpiesznie. - Ściśle
uzależniona od wieku. A ty ten wiek osiągnąłeś. Kościół Świadków przeforsował w
Kongresie ustawę w tej sprawie... właściwie kościół chciał nawet ustalić niższą
granicę; twierdził, że dusza wstępuje w ciało w wieku trzech lat, ale uchwalono
ustawę kompromisową. Dla ciebie najważniejsze jest, że z punktu widzenia prawa
jesteś bezpieczny, niezależnie od tego, co sam czujesz, rozumiesz?
- Tak - powiedział kiwając głową.
- Przecież wiesz to wszystko?
- A wiesz, jak to jest, kiedy się czeka codziennie, czy ktoś nie przyjdzie i
nie wepchnie cię do klatki w ciężarówce... - wybuchnął gniewem i żalem.
- Twoje obawy są nieuzasadnione.
- Widziałem, jak zabierali Jeffa Vogela. Płakał, a oni otworzyli tył
ciężarówki, wepchnęli go do środka i zamknęli.
- To było dwa lata temu. Jesteś tchórzem. - Matka spojrzała na niego
gniewnie. - Twój dziadek by cię wychłostał, gdyby cię teraz zobaczył i
usłyszał, co mówisz. Twój ojciec nie. On by się tylko uśmiechał i powiedział
coś od rzeczy. Minęły dwa lata i dobrze wiesz, że przekroczyłeś limit wieku!
Jak... - szukała odpowiedniego słowa. - Jesteś zdeprawowany.
- On już nie wrócił.
- Może ktoś, kto chciał mieć dziecko, pojechał do Centrum Powiatowego,
znalazł go i adoptował. Może ma teraz lepszy zestaw rodziców, którzy go lubią.
Trzyma się je tam trzydzieści dni, zanim się je zlikwiduje. To znaczy uśpi -
poprawiła się.
Walter nie poczuł się uspokojony. Wiedział, że "uśpić" kogoś to określenie z
języka mafii. Odsunął się od matki nie szukając już u niej pocieszenia. Była u
niego przegrana; ujawniła coś o sobie, jakieś źródło swoich przekonań, myśli,
może nawet czynów. Postępowania ich wszystkich. Wiem, myślał, że nie jestem
inny teraz niż dwa lata temu. Jeżeli według prawa mam duszę teraz, to miałem
duszę i wtedy albo wcale nie mamy dusz i jedyną prawdziwą rzeczą jest ta
okropna ciężarówka z zakratowanymi okienkami zabierająca dzieci nie chciane
przez rodziców, którzy korzystają z rozszerzenia starego prawa do usuwania
ciąży, pozwalającego na zabijanie nie chcianych dzieci, zanim przyszły na
świat. Ponieważ nie miały "duszy" ani "osobowości", wolno było je wyssać pompą
próżniową, co trwało mniej niż dwie minuty. Doktor mógł przeprowadzić setkę
takich zabiegów dziennie i było to zgodne z prawem, ponieważ nie narodzone
dziecko nie było "człowiekiem". Było "przedczłowiekiem". Potem tylko
przesunięto datę uzyskania człowieczeństwa.
Kongres wprowadził prosty test określający przybliżony wiek, kiedy dusza
wstępuje w ciało. Wyznaczała to zdolność rozwiązywania zadań algebraicznych. Do
tego czasu były tylko ciała, zwierzęce instynkty i ciała, zwierzęce odruchy i
reakcje na bodźce. Jak psy Pawłowa, kiedy widziały strużkę wody sączącą się
spod drzwi laboratorium w Leningradzie; "wiedziały", ale nie były ludźmi.
Ja chyba jestem człowiekiem, pomyślał Walter, podnosząc wzrok na szarą,
surową twarz matki z twardymi oczami i wyrazem ponurej racjonalności. Jestem
taki sam jak ty, myślał. Hej, dobrze jest być człowiekiem, nie trzeba się wtedy
bać, że przyjedzie po ciebie biała ciężarówka.
- Widzę, że ci ulżyło - zauważyła matka. - Obniżyłam twój próg lęku.
- Nie jestem taki głupi - powiedział Walter. Przeszło, minęło. Ciężarówka
odjechała i nie zabrała go.
Ale za kilka dni wróci. Krąży nieustannie.
Przynajmniej miał przed sobą te kilka dni. A potem znów ten widok...
wolałbym nie wiedzieć, że wysysają powietrze z płuc dzieci, które tam wywożą,
myślał. Tak je likwidują. Dlaczego? Ojciec mówił, że tak jest taniej. Oszczędza
się pieniądze podatników.
Pomyślał o podatnikach i o tym, jak taki podatnik może wyglądać. Jak ktoś,
kto wykrzywia się gniewem na widok każdego dziecka. Kto nie odpowiada dzieciom
na pytania. Chuda twarz wiecznie skrzywiona, oczy rozbiegane. A może tłusta;
jedno albo drugie. Bardziej przerażała go ta chuda; nie cieszyła się życiem i
nie chciała nowego życia. Wysyłała komunikat "Umrzyj, idź sobie, przepadnij,
zniknij". Ciężarówka aborcyjna jest jej narzędziem i dowodem na jej istnienie.
- Mamo - spytał - jak można zamknąć Centrum Powiatowe? Wiesz, klinikę
aborcyjną, do której zabierają niemowlęta i małe dzieci.
- Należy się zwrócić z petycją do Rady Powiatowej.
- A wiesz, co ja bym zrobił? Poczekałbym, aż tam nie będzie dzieci, tylko
pracownicy, i wrzucił tam bombę.
- Nie mów tak! - przerwała mu gniewnie matka i jej twarz nabrała surowego
wyrazu chudego podatnika. Poczuł lęk, własna matka budziła w nim lęk. Zimne i
mętne oczy są zwierciadłem pustki, nie ma za nimi duszy. To wy nie macie dusz,
pomyślał, wy i wasze chude wezwania do nieistnienia. Nie my.
I wybiegł na dwór bawić się dalej