Gość: jegomosc
IP: *.almda1.sfba.home.com
28.06.01, 03:58
CD.3- W swoim podręczniku dla inkwizytorów wspomniany już Bernard Gui uczy, że
Inkwizytor powinien "zawsze zachować spokój, nie dać się ponieść złości ani
oburzeniu... powinien nie zatwardzać swego serca i nie odmawiać zmniejszenia
albo złagodzenia kary zależnie od towarzyszących okoliczności... W przypadkach
wątpliwych powinien być ostrożny, powinien wysłuchiwać, dyskutować i badać, aby
dojść cierpliwie do światła prawdy".
Równie nie przystają do otaczającej autora legendy zachowane zapiski
znienawidzonego Tomasza Torquemady. Zredagowane przez niego Instrukcje pełne są
napomnień, aby sędziowie nie ulegali gniewowi ani łatwym uproszczeniom, aby
pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie
grzeszników.
Na takich wskazówkach raczej nie wychowywali się fanatyczni zbrodniarze.
Niechętni religii historycy zazwyczaj wszystkie te wskazania odsuwają na bok, z
lekceważącą kwalifikacją "hipokryzja". Po cóż jednak miałby Torquemada udawać w
swoich prywatnych, w ogóle nie przeznaczonych dla niczyich oczu zapiskach,
które pełne są podobnych myśli? Przed kim odgrywałby komedię, żyjąc w ascezie i
przeznaczając cały majątek na wsparcie dla ubogich - w tym często dla rodzin
osób skazanych przez jego trybunały? Przed swymi współczesnymi na pewno niczego
odgrywać nie musiał, a trudno podejrzewać, by przewidział encyklopedystów,
oświeceniowy antyklerykalizm i dzisiejszą antykatolicką propagandę.
O ile wyłaniające się ze źródeł postacie inkwizytorów zdumiewają, to
przyjrzenie się procedurom pracy trybunałów inkwizycyjnych w zestawieniu z
czarną legendą wręcz szokuje.
Wspominaliśmy już tutaj o dominującym w renesansowej Europie prawie
magdeburskim, wyjątkowo okrutnym, znającym jeden jedyny dowód - przyznanie się
oskarżonego do winy, i jeden jedyny sposób zdobycia tegoż dowodu - tortury.
Proces przed zwyczajnym, świeckim sądem czasów renesansu w ogromnej większości
przypadków był sprawdzianem odporności podejrzanego na ból. Chronić go mogło
tylko wysokie urodzenie lub przynależność do grup mających własne sądy (jak np.
wojskowi). Zwykły plebejusz, aby zostać uznanym za niewinnego, musiał wytrzymać
pięciokrotne "palenia", czyli tortury. Nawiasem mówiąc, stąd pozostałe do dziś
w polszczyźnie powiedzenie "pal go sześć" - w ustach prowadzącego przesłuchanie
oznaczało to ostatnią, szóstą kolejkę tortur, po której już bez dalszych
indagacji wypuszczano podejrzanego na wolność.
W wypadku sądów inkwizycyjnych, żaden z ich sędziów nie miał wątpliwości, że
jego celem nie jest skłonienie oskarżonego, by się przyznał, ale ustalanie
prawdy. Stąd Inkwizycja przywróciła szereg instytucji nie znanych Europie od
czasów antycznych oraz dodała szereg nowych, przejętych później przez sądy
świeckie i uważanych dziś za nieodłączny warunek wolności obywatelskich.
I tak, oskarżony przed trybunałem inkwizycyjnym nie tylko mógł, ale na
stanowcze polecenie Grzegorza IX musiał korzystać z usług obrońcy - zawodowego
prawnika. Wyrok wydawał wprawdzie zawodowy sędzia, ale miał w tym obowiązek
konsultowania się z liczącą od kilku do dwudziestu osób ławą przysięgłych,
którą instrukcje Świętego Officjum nakazywały wybierać spośród najbardziej
szanowanych miejscowych obywateli. A wreszcie, innowacja wręcz rewolucyjna -
oskarżonemu i jego obrońcy sąd miał obowiązek udostępnić wszystkie zebrane
dowody winy, wraz z podaniem nazwisk zeznających przeciwko oskarżonemu
świadków. Mówiąc nawiasem, tym ostatnim groziły bardzo surowe - do śmierci
włącznie - kary w wypadku udowodnienia fałszywych oskarżeń.
Od połowy wieku XIII inkwizytorom wolno było posyłać skazańca na tortury,
instrukcje jednak wyraźnie zabraniały uwzględniania wydobytego na torturach
zeznania jako materiału dowodowego, stąd w praktyce nie korzystano z tej
możliwości zbyt często. Zupełną nowością w historii była przyjęta właśnie przez
Inkwizycję zasada, iż człowiek niepoczytalny nie może być sądzony ani karany.
Stąd wymogiem sądu była rozpoczynająca przewód obdukcja lekarska. Dokonujący
jej medyk mógł, stwierdziwszy zły stan zdrowia, zabronić stosowania tortur, a
stwierdzenie choroby psychicznej podsądnego automatycznie uwalniało go od
wszelkiej odpowiedzialności.
Uniknąć kary można było zresztą także na wiele innych sposobów; instrukcje
Inkwizycji przewidywały różnorakie formy łagodzenia wyroków i amnestii. Jeszcze
w ostatniej chwili przed egzekucją skazany mógł publicznie ukorzyć się i
uniknąć stosu.
Tę ostatnią karę stosowano jednak rzadko. Trybunały wymierzały głównie rozmaite
kary kanoniczne, nakładały grzywny, nakazywały noszenie znaków hańby, wreszcie
udział w "obrzędzie pojednania" - auto da fe. Wiele przeinaczeń dotyczących
Inkwizycji Hiszpańskiej opiera się na kłamliwym utożsamieniu tego ostatniego
obrzędu ze spaleniem na stosie. W istocie w większości wypadków miał on
charakter całkowicie bezkrwawy - jego punktem kulminacyjnym było zapalenie...
świec, trzymanych przez wyznających swe winy nawróconych heretyków. Gdy
przyjęło się łączyć auto da fe z quemadero (stosem), liczba spalonych stanowiła
z reguły kilka procent ogólnej liczby pokutników; w dużych auto da fe z
udziałem ponad stu skazanych, bywało ich kilku, bardzo rzadko kilkunastu.
Wystarczyło jednak, dzięki prymitywnej manipulacji słownikowej, utożsamić
zapisane w dokumentach liczby uczestników auto da fe z liczbą spalonych na
stosie, a już liczba rzekomych ofiar "inkwizycyjnego terroru" została w
potocznej świadomości pomnożona kilkunastokrotnie.
Przymierzmy wiedzę, którą na temat Inkwizycji dysponujemy, do tła epoki. Do
rzezi, jakie w tym czasie urządzali katolikom Henryk VIII lub Cromwell (Robert
Steel w szanowanym dziele Social England pisze wręcz: "W Anglii liczba
powieszonych za herezję przewyższa trzydzieści do czterdziestu razy analogiczne
dane dla działalności Inkwizycji Hiszpańskiej"). Do morderstw dokonywanych
przez Luteran i Hugenotów, do praktyki ówczesnego prawa karnego. Nawet
szczególnie ponoć "krwawa" Inkwizycja Hiszpańska prezentuje się na ich tle
niezwykle skromnie. Tym bardziej, że przecież Inkwizycja w większości wypadków
spełniała zadanie, dla którego ją powołano - ocaliła spójność i byt katolickich
królestw, zapobiegła wielu rewolucjom, rzeziom, wojnom domowym i masowym
zbrodniom. Trzeba o tym koniecznie pamiętać, zanim przystąpi się do wyliczania
w jej dziejach rzeczy, których człowiek dwudziestego wieku nie akceptuje.
Tym bardziej trudno o jakiekolwiek porównanie działalności Inkwizycji ze
zbrodniami Rewolucji Francuskiej, kiedy to tylko w ciągu dwóch lat (1792 - 94)
zamordowano 36.000 ludzi, w tym 12.000 bez żadnego w ogóle wyroku sądowego.
Trudno znaleźć jakiekolwiek proporcje pomiędzy działalnością Inkwizycji a
krwawą pacyfikacją katolickiej Wandei, czy ze zbrodniami Komuny Paryskiej, nie
mówiąc już o stu kilkudziesięciu milionach ofiar dwudziestowiecznego komunizmu.
Mimo to nie słyszy się jakoś, aby komuś, kto odwołuje się do idei praw
człowieka i obywatela, do wolności, równości i braterstwa, do sprawiedliwości
społecznej albo republikanizmu, kazano wstydzić się i bić w piersi za owe
miliony grobów, jakie po sobie te idee pozostawiły. Natomiast kilkuset
skazanych przez Inkwizycję Hiszpańską, w cudowny sposób pomnożonych do
dziesiątek, a nawet już setek (!) tysięcy, jest bezustannie przywołanych jako
argument przeciwko katolicyzmowi i przy każdej okazji opatrywanych żądaniem
jakichś specjalnych ekspiacji oraz pokut.
Ten stan rzeczy będzie się utrzymywał tak długo, jak długo pozwolimy naszym
współczesnym trwać w historycznej ignorancji na ten temat. Przekazanie im
prawdy o Inkwizycji i położenie kresu czarnej legendzie pozostaje wielkim
zadaniem dla historyków i publicystów.
(Rafał A. Ziemkiewicz)