Gość: Skrzypek Damscy boxerzy z SLD- fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 24.09.02, 10:33 Jestem, więc piszę Selekcja naturalna Sprawa usunięcia z listy kandydatów na radnych koalicji SLD - UP bydgoskiej działaczki Sojuszu Zuzanny Dziżo, uprzednio pobitej przez partyjnego kolegę, Andrzeja Narolewskiego, ma dwa aspekty. Pierwszy jest emancypacyjny. Trzeba z satysfakcją stwierdzić, że cały incydent świadczy o postępach równouprawnienia kobiet i o przełamywaniu stereotypów. W fałszywej, burżuazyjnej moralności bicie kobiet po głowie było zakazane i potępiane. Ciemnogród unikał pod pozorem ideałów rycerskich bicia kobiet, w rzeczywistości okazując im w ten sposób pogardę. Kobieta, niebita tylko dlatego, że jest kobietą, czuła się poniżona i traktowana jako istota gorsza, która nawet nie zasługuje, aby dostać po gębie. Na szczęście SLD ten etap obłudy ma już za sobą. Drugi aspekt jest, oczywiście, polityczny. Pobita, jak z tego wynika słusznie, pani Dziżo została skreślona z listy. Też słusznie. Bijący pan Narolewski konsekwencji żadnych nie poniósł. I to też jest słuszne. Teraz trzeba by wpisać na opróżnione po pani Dziżo miejsce pana Narolewskiego. Ktoś, kto pozwala się bić, nie nadaje się bowiem na aktywistę i nie powinien liczyć na karierę. Natomiast ten, kto bije, jest działaczem rozwojowym i może sięgnąć w przyszłości, dzięki bezkompromisowej postawie, po najwyższe zaszczyty. Teoria ewolucji uczy, że przeżywają tylko najsilniejsi, a polityka w Polsce nie różni się wiele od walki o byt w pustyni i w puszczy. Selekcja naturalna musi istnieć, a racja jest zawsze po stronie silniejszego. Przynajmniej do czasu, aż spotka jeszcze silniejszego i sam dostanie po gębie. Maciej Rybiński Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Re: 'wybitni fachowcy' z SLD !!! zamiast posłów IP: *.AlfaOmega.pl 25.09.02, 10:16 Wiadomo, ze posłowie to miernoty. Nie to co wybitni fachowcy z SLD delegowani do "bezstronnej publicznej" TV Kwaśniewskiego i Millera. Aby podreperować te miernoty nie będzie bezpośrednich transmisji z sejmu, tylko magazyn parlamentarny. Sytuacja zywcem wzięta z Orwella- tzw ministerstwo prawdy. TVP w trosce o prestiż Sejmu Niezręczne prace studyjne TVP chciałaby zadbać o lepszy wizerunek parlamentu. Rozważa pomysł rezygnacji z transmitowania obrad Sejmu i chce je omawiać w cotygodniowym magazynie - wynika z dokumentów przesłanych posłom. - To tylko prace studyjne - broni się TVP. Najnowszy pomysł znalazł się w dokumentach dotyczących sejmowych transmisji, jakie wiceprezes zarządu TVP Tadeusz Skoczek przesłał posłom z Sejmowej Komisji Kultury. Opisując rozwiązania, jakie przyjęto w innych krajach, TVP zaproponowała, by bezpośrednie relacje z obrad zastąpić cotygodniowym magazynem parlamentarnym. Przywróci to - czytamy w dokumencie - Sejmowi prestiż, bo widzowie nie będą już traktować parlamentu jako "forum dyskusyjnego i terenu międzypartyjnych rozgrywek politycznych". - To dowód nonszalancji władz TVP - oburzał się wczoraj podczas posiedzenia komisji poseł Mariusz Grabowski (LPR), który odnalazł ten fragment w pliku dokumentów nadesłanych przez wiceprezesa Skoczka. - Dziękuję, że w ten sposób TVP określa, gdzie jest miejsce parlamentu. Czy do zadań publicznej telewizji należy troska o wizerunek parlamentu? - To niezręczność albo pewien skrót myślowy - przyznaje rzecznik TVP Jacek Snopkiewicz. Twierdzi, że wśród dokumentów, które dostarczono posłom, znalazł się materiał studyjny. - Omawiał warianty wynikające z doświadczeń innych krajów. Ale było to tylko opracowanie autorskie jednego z pracowników i nie przywiązywałbym do niego większej wagi. W tej chwili nie są prowadzone żadne prace, by ograniczyć transmisje obrad Sejmu - zapewnia rzecznik. LUZ Co się wydaje władzom TVP? "Wydaje się, że do czasu powstania kanału informacyjno-parlamentarnego również TVP powinna zmierzać w kierunku wyznaczonym przez inne stacje telewizyjne (mowa o zagranicy - red.), to jest: zrezygnować z transmitowania in extenso wszystkich debat parlamentarnych, traktując je jako materiał do omówień przedstawianych wraz z interpelacjami poselskimi w cotygodniowym magazynie parlamentarnym, zaś szczególnie ważne debaty nadawać kilka razy w roku w antenach ogólnopolskich. W ten sposób relacje z prac Sejmu pozwolą na utrwalenie w opinii społecznej jego obrazu jako najwyższego organu ustawodawczego, a nie jako forum dyskusyjnego i terenu międzypartyjnych rozgrywek politycznych. Powinno to przywrócić polskiemu parlamentowi prestiż niezbędny do prowadzenia działalności legislacyjnej, do której został powołany". (z dokumentów przesłanych przez wiceprezesa TVP do Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Koledzy (kolesie) fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 30.09.02, 10:04 Kadrowe przesunięcia według politycznego klucza - W 20 największych firmach zmieniło się 19 prezesów Komentarz: Koledzy fachowcy Zakręcić się na karuzeli stanowisk W pierwszym roku rządów premiera Leszka Millera wymieniono prawie wszystkich prezesów najważniejszych spółek kontrolowanych przez państwo. Jeżeli pominiemy branżę węglową, w której od lat rządzą nieusuwalni ludzie ze Śląska, to na 20 największych w Polsce firm zmieniło się 19 prezesów. Dwudziestą z tej grupy jest TVP, której kierownictwa poprzedni rząd usunąć nie był w stanie. Zmiany konfiguracji politycznych pociągają za sobą karuzelę stanowisk na różnych szczeblach administracji państwowej, firm państwowych i spółek z udziałem skarbu państwa. Następuje "podział łupów" i obsadzanie "swoimi" ludźmi władz kluczowych przedsiębiorstw. Ich liczba, wraz z postępami prywatyzacji gospodarki, nieco się zmniejszyła, jednak rząd ciągle szuka nowych pomysłów. - Mechanizm obsadzania swoimi ludźmi wysokich stanowisk w gospodarce jest niezmienny od lat. Wydaje mi się, że obecna ekipa podchodzi do tej sprawy podobnie jak poprzednia. Różnica polega na tym, że dzisiejsi członkowie rad nadzorczych i zarządów wydają się bardziej kompetentni od poprzednich - powiedziała "Rz" profesor Maria Jarosz z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Zaznacza jednak, że teraz także nie jest dobrze. - Zarządzać spółkami skarbu państwa gorzej niż za poprzedniej koalicji po prostu już nie sposób. Skoro gorzej być nie może, może być już tylko lepiej. Ważne jednak, że oprócz kryterium politycznego pod uwagę bierze się także przygotowanie merytoryczne - mówi prof. Jarosz. Jej zdaniem, menedżerowie z poprzedniej ekipy uważali się często za wybrańców narodu, osoby społecznie akceptowane - z góry i na zawsze. Natomiast dzisiejsza kadra ma świadomość, że na społeczną akceptację trzeba solidnie pracować. Dajcie szansę Staszkowi Jedną z najbardziej interesujących karier biznesowych zrobił Stanisław Dobrzański, obecny prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Z wykształcenia historyk, na początku lat 80. był wicedyrektorem Biblioteki Narodowej w Warszawie. Później kierował Departamentem Budżetowym w Ministerstwie Kultury i Sztuki, był również szefem warszawskiego oddziału Wschodniego Banku Cukrownictwa. To czołowy polityk PSL, w poprzednim rządzie SLD-PSL był ministrem obrony narodowej. Po sformowaniu obecnego rządu powierzono mu funkcję szefa PSE. Kiedy pytano ministra skarbu Wiesława Kaczmarka, dlaczego Dobrzański został prezesem, minister odpowiedział: - Trzeba dać Staszkowi szansę na sprawdzenie się w roli menedżera. Z zupełnie innego obozu politycznego wywodzi się dyrektor generalny Poczty Polskiej (PP) Leszek Kwiatek. Jest osobą związaną z premierem Leszkiem Millerem. Na liście jego dokonań brakuje pozycji świadczących o znajomości branży, znajduje się za to działalność na rzecz inwalidów (był prezesem Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych). Kilka tygodni przed elekcją Kwiatka stanowisko utracił ówczesny dyrektor PP Jacek Turczyński, prawicowy polityk związany z ZChN. Przygoda z Pocztą skończyła się dla Turczyńskiego aresztem, ponieważ zarzucono mu, że przyjął łapówkę. Od ministra i premiera Zmiany we władzach Ruchu, największego dystrybutora prasy w Polsce, rozpoczęły się tuż po uruchomieniu powyborczej karuzeli stanowisk. W pierwszych dniach grudnia 2001 r. minister Wiesław Kaczmarek odwołał trzech z czterech członków zarządu firmy, w tym prezes Mirosławę Nykiel. Nowym szefem został Miron Maicki. To dobry znajomy ministra Kaczmarka. W latach 1994-1998 był wiceprezesem tej firmy. W ostatnich latach związał się także z Bartimpeksem (najpierw jako doradca, potem członek rady nadzorczej Bartimpeksu i prezes powiązanych z nim spółek). W styczniu 2002 r. MSP odwołało przed końcem kadencji radę nadzorczą spółki. W skład nowej rady weszli m.in. Krzysztof Barcikowski (dyrektor gabinetu politycznego Ministerstwa Skarbu Państwa), Lech Węclewski (wicedyrektor sekretariatu premiera Leszka Millera) i dwaj byli parlamentarzyści SLD i PSL - Paweł Jankiewicz i Alfred Domagalski. Nasze banki są nasze W ciągu roku dokonano zmian we władzach wszystkich 5 banków, które bezpośrednio, bądź pośrednio, kontroluje skarb państwa. Zaczęło się od odwołania jeszcze w ubiegłym roku prezesa BOŚ Jarosława Chudeckiego. Został on prezesem dzięki poparciu Antoniego Tokarczuka, ministra środowiska w rządzie Jerzego Buzka. Na stanowisko szefa powrócił kojarzony z PSL Józef Kozioł, który był już poprzednio prezesem BOŚ, a został odwołany w czasach, gdy władzę sprawowała koalicja AWS-UW. Kozioł był politykiem dawnego ZSL, cieszy się poparciem PSL. Z innymi zmianami skarb państwa czekał dość długo. Najbardziej elegancka wymiana nastąpiła w PKO BP, gdzie nowego prezesa Andrzeja Podsiadłę, wcześniej prezesa PBK, powołano w czerwcu tego roku po upływie kadencji starego zarządu, kierowanego przez Henrykę Pieronkiewicz. Uważa się jednak, że zwłoka ta wynikała nie z chęci zachowania dobrych manier, lecz w wyniku kłótni między różnymi ośrodkami SLD o to, kto ma objąć to stanowisko. W połowie roku odwołany został prezes Banku Pocztowego (kontrolowanego przez Pocztę Polską) Piotr Tomaszewski (zajmował to stanowisko od 1998 r.), a na jego miejsce nominowano Andrzeja Szukalskiego. Tomaszewski nie był kojarzony z żadną frakcją polityczną, ale dobrze mu się współpracowało z szefami Poczty Polskiej, pochodzącymi z nadania ZChN. Andrzej Szukalski był poprzednio prezesem Banku Częstochowa, a wcześniej Powszechnego Banku Gospodarczego. W sierpniu ze stanowiska zrezygnował prezes BGŻ Michał Machlejd, szefujący bankowi od 1998 r. Był kojarzony z AWS. Jego miejsce objął Jacek Bartkiewicz, do niedawna wiceminister finansów, a wcześniej członek zarządu Banku Śląskiego. W ostatnich tygodniach prezesa BGK Ryszarda Pazurę zastąpił Witold Koziński, ostatnio powiernik w HypoVereinsbanku Banku Hipotecznym, a wcześniej wiceprezes NBP. Co ciekawe, Pazura, który zawsze był kojarzony z PSL, został szefem BGK za rządów AWS, a odwołano go właśnie teraz. Koziński uważany jest za człowieka bliskiego SLD, ale cieszącego się poparciem PSL. Hazardowe kierownictwa Karuzela stanowisk kręci się także w Totalizatorze Sportowym. Zazwyczaj zmiany personalne w kierownictwie tej firmy wiążą się z roszadami w resorcie skarbu. Dopóki ministrem skarbu był Andrzej Chronowski, pozycja ówczesnego prezesa Władysława Jamrożego była niezagrożona. Sytuacja zmieniła się, kiedy nowym szefem resortu została Aldona Kamela-Sowińska. Doprowadziła ona do dymisji Jamrożego i wprowadziła do Totalizatora swojego człowieka, Wacława Bilnickiego. Jego kariera zakończyła się, gdy złamał on przepisy ustawy kominowej. Nowy prezes - Mirosław Roguski - uznawany jest za osobę związaną z Markiem Belką. Natomiast wiceprezes tej spółki, Jan Adamski, to osoba wspierana przez wiceministra skarbu Piotra Czyżewskiego. Największym polskim ubezpieczycielem od lutego kieruje Zdzisław Montkiewicz. Zastąpił on Zygmunta Kostkiewicza, który objął to stanowisko za czasów AWS. - To, że Montkiewicz został prezesem PZU, jest zasługą Leszka Millera. To on zmusił ministra Kaczmarka do tej nominacji - mówi prominentny polityk SLD. Kiedy w styczniu napisaliśmy, że minister Kaczmarek podpisze wkrótce nominację Montkiewicza na szefa PZU, minister skarbu tłumaczył: - "Rzeczpospolita" napisała w tej części nieprawdę. Jednak trzy tygodnie później Zdzisław Montkiewicz został prezesem PZU. Od tego czasu dochodzi do - mniej lub bardziej jawnych - konfrontacji między ministrem a prezesem PZU. W czerwcu, wbrew zaleceniom ministra skarbu, Montkiewicz mianował się przewodniczącym rady nadzorczej PZU Życie. Uważni obserwatorzy łączą też inne sprawy, np.: rezygnację z fotela prezesa PZU Życie Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Rozbrat -jak SLD fachowo nie płaci podatku IP: *.AlfaOmega.pl 02.10.02, 01:52 Od ponad dziesięciu lat gmina nie może wyegzekwować od partii czynszu za budynek przy Rozbrat SLD sprzedaje sobie siedzibę Dziesięć milionów i pięćdziesiąt tysięcy złotych jest gotowa zapłacić Rada Krajowa SLD za budynek w Warszawie, w którym od lat ma siedzibę. Chce go kupić od gminy, w której rządzi... SLD z PO. Siedziba władz centralnych SLD przy ulicy Rozbrat na Powiślu w Warszawie to kompleks trzech budynków i pawilonu o powierzchni 10,7 tys. mkw., na działce 3758 mkw. Lewica rezyduje tu od dziesiątków lat, wcześniej jako PZPR, potem SdRP. Ale partia zajmuje tylko jedną trzecią powierzchni obiektów. Oprócz niej mieszczą się tam hotel, restauracja, sklepiki i biura innych firm. Od 1990 roku gmina, właściciel budynku, nie mogła wyegzekwować czynszu od partii i pozostałych użytkowników. Budynkiem zarządza i zarabia na tym spółka Servicus, utworzona przez liderów SdRP. Spółkę tę kilka lat temu likwidator majątku PZPR sprzedał nikomu nieznanemu przedsiębiorcy z Poznania. Kiedy w gminie (najpierw Śródmieście, potem na skutek zmiany ustawy warszawskiej - Centrum) rządzili ludzie niezależni od lewicy, samorząd próbował przejąć kontrolę nad swoją własnością. Zawsze jednak te działania przerywało przyjście do władzy działaczy SdRP lub SLD. Od trzech lat w Centrum sprawuje rządy koalicja SLD - PO (wcześniej SLD - UW). Początkowo wicedyrektor dzielnicy Śródmieście, na terenie której leży Rozbrat, Tadeusz Miętus (SLD), zaproponował Servicusowi porozumienie. Servicus miał zapłacić 3,6 mln zł jako zadośćuczynienie za lata niepłacenia czynszu, a w zamian miał stać się formalnym najemcą Rozbratu i wpłacać do kasy gminy 810 tys. zł rocznie czynszu. Początkowo Servicus przystał na to rozwiązanie, ale potem nie wpłacił ani złotówki i po trzech latach sprawa wróciła do punktu wyjścia. W tej sytuacji władze Śródmieścia postanowiły sprzedać budynek i wydzierżawić wieczyście grunt pod nim w drodze przetargu. Wystawiono majątek z lokatorami: hotelem, restauracją, biurami, w tym biurami posłów SLD, oraz mieszkającym tam byłym dozorcą budynku. Wpłynęła tylko jedna oferta - Rady Krajowej SLD. Wczoraj otworzył ją w imieniu komisji przetargowej Miętus. Budynek wyceniony był na 10 mln zł, SLD przebił tę cenę o 50 tys. zł. Za grunt wyceniony na 9,6 mln zł zaoferował 9,8 mln zł. Do oferty przetargowej dołączył też koncepcję modernizacji budynków (m.in. nowa elewacja), której koszt oszacował na ponad 10 mln zł. Jeśli oferta zostanie przyjęta, Sojusz przed podpisaniem aktu notarialnego będzie musiał wpłacić gminie 10 mln 50 tys. zł plus 25 procent wartości gruntu, czyli 2 mln 450 tys. zł. Razem 12,5 mln zł. Czy SLD ma takie pieniądze? - W kieszeni całej sumy nie mamy - mówi sekretarz generalny SLD Marek Dyduch. - Na część zaciągniemy kredyt. A co z zaległym czynszem? Według dyrektora Miętusa władze krajowe Sojuszu zadeklarowały ustnie uregulowanie tego rachunku. - U nas słowo droższe pieniędzy - potwierdza Dyduch. - Zapłacimy wszystko. W świetle ustawy o partiach politycznych partia nie może prowadzić działalności gospodarczej. Co więc SLD zrobi z hotelem i restauracją? - Powołamy podmiot gospodarczy, któremu wydzierżawimy tę część obiektu - deklaruje Dyduch. Jednak według prof. Stanisława Gebethnera, eksperta od finansowania partii politycznych, SLD nie może założyć podmiotu gospodarczego ani wydzierżawić części swojego majątku. Może jedynie go sprzedać. Tymczasem kandydat na prezydenta Warszawy poseł Antoni Macierewicz wniósł do prokuratury doniesienie o niegospodarności władz gminy. Chodzi mu o 1,8 mln zł czynszu niewyegzekwowanego od Servicusa. - Pan Macierewicz sam nie jest w porządku - komentuje Miętus. - Zalega gminie z zapłatą za lokal wynajmowany na biuro poselskie 5 tys. zł plus 600 zł odsetek. To się kwalifikuje do wypowiedzenia mu umowy. Decyzja o sprzedaży Rozbratu zapadnie w najbliższych dniach. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Wybitni probierzy wina z SLD a wybory sam. IP: *.AlfaOmega.pl 06.10.02, 02:05 Jak SLD-UP wypadło z wyborów w Sokółce Listy kandydatów SLD-UP do rady powiatu sokólskiego nie zostały zarejestrowane w dwóch z czterech okręgów. Pełnomocnik komitetu Grzegorz Daszuta nie dostarczył ich na czas do komitetu wyborczego, bo był... niedysponowany Przypomnijmy, że na zarejestrowanie list kandydatów w wyborach do samorządów był czas do ubiegłego piątku do północy. Daszuta przyznał się przed zrozpaczonymi kandydatami i lokalnymi działaczami SLD, że był niedysponowany oraz przeprosił za swoje zachowanie. O tym, dlaczego był niedysponowany, wszyscy wiedzą - nieoficjalnie mówi się, że był to skutek spożycia alkoholu - ale nikt głośno nie chce tego potwierdzić. Na niezarejestrowanych listach znajdowali się znani w powiecie ludzie m.in. dyrektor gimnazjum w Krynkach, komendant policji w Dąbrowie Białostockiej oraz jeden z obecnych radnych powiatowych. Ich szanse w wyborach były bardzo duże. Swoją szansę w wyborach stracił też Jan Jurgiel, prezes Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Sidrze, który powiedział nam: - Byłem na drugim miejscu na liście i miałem ogromne poparcie wśród mieszkańców, a przez takie nieodpowiedzialne działanie ludzi z SLD moje wysiłki poszły na marne. Na szczęście dla koalicji w Sokółce było dwóch pełnomocników komitetu wyborczego. Ten drugi zarejestrował swoje dwie listy. Grzegorz Daszuta zajmował się ostatnio wydawaniem lokalnej gazety i pracował w sokólskim biurze posłanki SLD Barbary Ciruk. Prawdopodobnie zostanie wyrzucony z partii. O tym zadecyduje sztab wojewódzki SLD. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Wybitni fachowcy szukają sobie poparcia IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 10:16 Boniek na "liście roboczej"; trener kadry "zażenowany i zdziwiony" 2002-10-08 (06:06) Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Zbigniew Boniek jest "zażenowany i zdziwiony" wpisaniem bez uzgodnienia jego nazwiska na listę osób popierających kandydaturę Sławomira Pietrasa (SLD-UP) na prezydenta Poznania. Z wielkim zażenowaniem i zdziwieniem przyjąłem tę wiadomość, gdyż zawsze na politykę patrzyłem z dużego dystansu. Nikt mi tego nie proponował ani nie pytał o zgodę. Zastanawiam się, kto tym manipulował. Wpisanie mnie na listę kandydatów popierających Sławomira Pietrasa odbyło się absolutnie bez mojej wiedzy i aprobaty. Moją partią zawsze był sport polski, a dzisiaj jest nią reprezentacja narodowa i nie życzę sobie, aby w jakiejkolwiek kampanii politycznej było wplątane moje nazwisko - powiedział Boniek w poniedziałek. Maciej Wilczak, szef komitetu wyborczego Pietrasa wyjaśnił PAP, że Zbigniew Boniek został wpisany bez swojej wiedzy na tzw. roboczą listę komitetu honorowego popierającego kandydaturę Pietrasa, ale obecnie został z niej wykreślony. Mimo kilkukrotnych informacji pozostawianych Zbigniewowi Bońkowi przez Stefana Antkowiaka (wiceprezes PZPN, członek komitetu wyborczego Pietrasa) do dnia dzisiejszego trener reprezentacji Polski nie udzielił naszemu komitetowi odpowiedzi, czy wchodzi w skład komitetu honorowego wspierającego Sławomira Pietrasa - powiedział Wilczak. Podkreślił, że w jego opinii, wpisanie Zbigniewa Bońka na listę osobistości popierających kandydaturę Pietrasa było działaniem dla dobra Poznania. Ta lista jest ciągle otwarta, jest robocza. Jeżeli Zbigniew Boniek będzie zainteresowany poparciem naszego kandydata, to jesteśmy ciągle na to otwarci - dodał Wilczak. (mag) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' dbają o kobiety IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 10:18 Jak SLD tłumaczy się po wyrzuceniu Zuzanny Dziży Rozmawiał Marcin Kowalski 07-10-2002 Marcin Kowalski: Za bójkę sąd partyjny wyrzucił z SLD kandydatkę na radną Zuzannę Dziżę, a pozostawił jej przeciwnika innego działacza partii Andrzeja Narolewskiego. Zdaniem sądu to ona sprowokowała bijatykę z działaczem bydgoskiego Sojuszu. Pani rządzi w SLD w Bydgoszczy. Nie czuje Pani z Dziżą kobiecej solidarności? Grażyna Ciemniak, szefowa bydgoskiego SLD: Czuję solidarność ze wszystkimi członkami SLD, bez względu na płeć. A szczególną więź z młodymi ludźmi. Są jednak granice, i pani Dziża je przekroczyła. Wierzy Pani, że drobna Dziża pobiła Narolewskiego? - Znam oświadczenia świadków zdarzenia, poznał je również sąd partyjny, decyzja jest taka, a nie inna. Zarząd miejski SLD nie rozstrzygał, kto kogo pobił. To zrobił sąd, ja orzeczenie sądu szanuję. Piętno odciśnięte na życiu Marcin Kowalski: Sąd partyjny wyrzucił z SLD bydgoską radną Zuzannę Dziżę. Zdaniem sądu to ona sprowokowała bójkę z Andrzejem Narolewskim, szefem jednego z bydgoskich kół Sojuszu. Pan nazywał Dziżę "naszą Zuzią kochaną". Może Zuzia w rzeczywistości nie jest aż taka kochana? Jerzy Wenderlich, rzecznik prasowy SLD: Znam doskonale Zuzannę i Andrzeja. Zawsze postrzegałem tę dwójkę jako osoby stonowane, taktowne, łagodne, pełne przyjaźni wobec ludzi. Wielokrotnie współpracując z nimi, doświadczałem tego, o czym mówię. Tym większy mój żal, że to zdarzenie miało miejsce i teraz odciśnie się piętnem na całym ich życiu. Wyrok sądu partyjnego sugeruje, że to Dziża - drobna dziewczyna - biła Narolewskiego -wysokiego mężczyznę. Wierzy Pan w to? - Nie komentuję wyroków sądów. Nawet partyjnych. Wierzę, że skład orzekający miał wiedzę, która pozwoliła wyciągnąć takie właśnie wnioski. A czy starzy działacze Sojuszu mogą mieć wyrzuty sumienia po tym, co się stało w bydgoskim SLD? - Myślę, że tak. Podkreślałem: najbardziej zadowolony byłbym, gdyby można było cofnąć czas i owe złe pięć minut, które przytrafiło się tym dwóm młodym ludziom, nigdy się nie wydarzyło. Szkoda, że nikt ze starszych działaczy temu nie zapobiegł. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Białystok czyli wg kandydata SLD -Warmia i Mazury IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 14:47 Cokolwiek nonszalanckiego kandydata na prezydenta Białegostoku (Podlasie) wystawia SLD. Na ulotce Zbigniewa Puchalskiego widnieje napis "Ziemia Warmińsko- Mazurska". Zaraz tam na niego krzyczą, że nie wie, skąd kandyduje. Wielkie mecyje, dwieście kilometrów wte czy wewte... tygodnik.wprost.pl/index.php3?numer=1037&art=13777&dzial=10 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Warszawa-Gromada a SLD IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 23:01 Kolejny skandal w gminie Centrum? • Roman Budzyński, prezes Gromady (08-10-02, 02:00) Iwona Szpala, Jan Fusiecki 08-10-2002 Zdominowane przez SLD władze gminy Centrum chcą darować Gromadzie grunt o wartości co najmniej 4 mln dol. - Działacze Sojuszu spieszą się, by pozałatwiać sprawy jeszcze przed wyborami - mówi się w kuluarach Chodzi o działkę u zbiegu al. Żwirki Wigury i ul. Wawelskiej obstawioną skromnymi kempingowymi drewniakami. Jednak sednem sprawy jest grunt (przeszło hektar). Nie wiadomo, jaką cenę osiągnąłby na przetargu, do którego najpewniej nie dojdzie - włodarze gminy Centrum postanowili bowiem teren wydzierżawić Gromadzie na 30 lat. To najdłuższy okres dzierżawy, jaki przewidują przyjęte w gminie zasady. Ogólnokrajowa Spółdzielnia Turystyczna "Gromada" zadomowiła się na Ochocie jeszcze za czasów PRL. Wtedy dostała tylko część terenu (2,9 tys. m kw. - w użytkowanie, bez prawa własności), teraz miałaby dostać 10 tys. m kw. - zdaniem ochockich urzędników ich wartość to co najmniej 4 mln dol. Entuzjazm szefa Okazuje się, że w sprawę zaangażował się osobiście Jan Wieteska, burmistrz gminy Centrum i szef warszawskiego SLD. Latem zaproponował swoim podwładnym z urzędu Ochoty, by przystali na jego koncepcję i zaakceptowali propozycję dzierżawy. Początkowo wizja burmistrza nie wywołała entuzjazmu. Andrzej Borkowski (PO), dyrektor Ochoty, był przeciw, a Roman Rogalski (SLD) - za. Uchwała nie więc zyskała akceptacji. Ale Wieteska nie poddał się: "Uprzejmie proszę o ponowne rozpatrzenie projektu uchwały w pełnym składzie Zarządu Dzielnicy Ochota" - czytamy w piśmie, które burmistrz wysłał na Ochotę. Tym razem dzięki głosowi wicedyrektora Ochoty Andrzeja Boguty (SLD) projekt przeszedł. - Gromada to jest czysto polski kapitał. My tylko opiniowaliśmy. Decyzja leży po stronie burmistrza Wieteski - tak uzasadnia swoje stanowisko Andrzej Boguta. Były naciski Dziś sprawa ma trafić na sesję rady Ochoty. - Kroi się skandal - komentuje Jarosław Szostakowski (UW), radny Ochoty. - Nie dość, że chcą przepchnąć umowę ewidentnie niekorzystną dla gminy, to jeszcze w projekcie uchwały nie ma opinii prawnej. Jak więc mamy debatować? Faktycznie - radca prawny Ochoty napisał pod projektem "sprawdzono pod względem formalno-prawnym bez oceny uzasadnienia projektu uchwały przedstawionego przez zarząd gminy Warszawa-Centrum ze względu na niekompletność dokumentacji". Z uzasadnienia uchwały nie wiadomo, dlaczego zarząd Centrum chce wydzierżawić teren Gromadzie i dlaczego chce ją obdarować aż hektarem terenu. Nie potrafił tego wyjaśnić Krzysztof Stanisławiak, dyrektor biura informacji i wydawnictw w gminie Centrum. Powiedział tylko "Gazecie", że sprawa nie jest jeszcze załatwiona, a więc nie jest "bytem", oraz to, że Gromada w zamian za teren obiecała jakieś inwestycje. Jakie? Na to pytanie nie odpowiedział. Nieoficjalnie działacze SLD mówią: w sprawie Gromady są naciski z góry, ma ona opinię firmy od lat powiązanej z Sojuszem. Choć sam jej prezes Roman Budzyński twierdzi, że tak nie jest. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD !!!do handlu z Chinami IP: *.AlfaOmega.pl 09.10.02, 01:33 Ech Leszek mówił, że SLD we wszystkim będzie lepsza od AWS i chyba ma rację! Oto kolejny przykład "przedsiębiorczości" SLD tym razem w handlu z Chinami.Poseł SLD zablokował przyjęcie dezyderatu w sprawie przestrzegania praw człowieka Biznes przede wszystkim Jan Chaładaj, wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych, od dłuższego czasu przeciwstawiał się przyjęciu dezyderatu krytykującego rząd ChRL za łamanie praw człowieka (c) BARTŁOMIEJ SOWA/AGENCJA GAZETA Poseł SLD Jan Chaładaj zablokował przyjęcie przez Sejmową Komisję Spraw Zagranicznych dezyderatu dotyczącego przestrzegania praw człowieka w Chinach. Chaładaj jest wicedyrektorem firmy Kolmex, która prowadzi interesy z Chińczykami. Kolmex od początku lat dziewięćdziesiątych bezskutecznie usiłuje sprzedać w Chinach 89 wagonów towarowych. Transakcja warta jest w przybliżeniu 30 milionów złotych. Spółka, w której pracuje poseł, otrzyma od tej sumy prowizję. Poseł SLD w rozmowie z "Rzeczpospolitą" początkowo utrzymywał, że obecnie Kolmex nie prowadzi interesów z Chińczykami. Później przyznał, że chce sprzedać wagony. - Stoją w Braniewie i co kwartał są remontowane. Chcemy je sprzedać w Chinach, bo są przystosowane do chińskich warunków. Ostatnio zaproponowaliśmy je jednej z chińskich prowincji - powiedział nam Chaładaj. Twierdzi jednak, że jego działalność w parlamencie nie ma nic wspólnego z planowaną transakcją. - Polityczne oświadczenia w praktyce nic nie zmieniają, a tylko irytują stronę chińską - mówi. Jak Czesi w 1938 roku Jan Chaładaj jako wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych od dłuższego czasu przeciwstawiał się przyjęciu dezyderatu krytykującego rząd ChRL za łamanie praw człowieka. Wczoraj komisja - zgodnie z propozycją posła SLD - odrzuciła projekt takiej uchwały. Zamiast niej przyjęto stanowisko komisji, mówiące o konieczności utrzymywania intensywnych kontaktów gospodarczych z ChRL. Jedynie na marginesie komisja wskazała na konieczność poruszania kwestii praw człowieka przy okazji kontaktów z Chinami. Jako przewodniczący polskiej grupy Unii Międzyparlamentarnej Chaładaj blokował także utworzenie polsko-tybetańskiej grupy w Sejmie - argumentując, że nie można powoływać grup z regionami, lecz z państwami. Sytuacji nie zmieniło to, że inicjatorzy grupy zgodzili się przemianować ją na zespół poselski (takie zespoły tworzą posłowie o różnych zainteresowaniach) - do dziś zespół polsko-tybetański z trudnych do wyjaśnienia przyczyn nie został zarejestrowany. Poseł Chaładaj sprzeciwia się krytykowaniu Chińczyków, bo - jak mówi - obawia się popsucia stosunków gospodarczych. - Nie wiem, czy mały kraj wielkości powiatu chińskiego powinien pozwalać sobie na konfrontacyjną politykę (...). Bardzo łatwo taki kraj jak Polska odciąć od jakichkolwiek kontaktów (...). Takie szczypanie przez mały kraik dużego mocarstwa nie przynosi pozytywnych skutków - to wypowiedzi posła Chaładaja podczas jednego z posiedzeń Komisji Spraw Zagranicznych. Polityk SLD w rozmowie z "Rzeczpospolitą" podkreślał, że jest przeciwny łamaniu praw człowieka w Chinach, jednak uważa, że takimi sprawami nie powinien zajmować się parlament, ale organizacje pozarządowe. - Mamy dylemat taki jak Czesi w 1938 roku - bić się z Niemcami czy poddać się. Musimy pamiętać, że Polska jest petentem w stosunkach z Chinami - argumentuje poseł SLD, wzywając polskich polityków do ostrożności i pragmatyzmu. Kto za wami stoi? Posłów opozycji zbulwersowało, gdy dowiedzieli się, że Jan Chaładaj dostarczył marszałkowi Sejmu Markowi Borowskiemu pismo ambasadora Chin, w którym ten ostatni krytycznie recenzuje inicjatywę dotyczącą dezyderatu w sprawie łamania praw człowieka w Chinach i powołania grupy polsko-tybetańskiej. Nazwali nawet Chaładaja "chińskim łącznikiem". Polityk SLD jednak zaprzecza swoim bliskim związkom z chińskimi dyplomatami. - W ambasadzie Chin byłem tylko raz, a list do marszałka dostałem od ambasadora, który złożył mi kurtuazyjną wizytę - mówi. Podczas posiedzenia komisji sam zaatakował polityków opozycji, pytając ich: "Kto za wami stoi?". I podkreślał, że jemu nigdy nie zdarzyło się, aby wyborcy, których przyjmuje w biurze poselskim, domagali się potępienia władz chińskich. Marek Kotlarski, który jako szef gabinetu ministra transportu obserwował w poprzedniej kadencji działalność Chaładaja, uważa, że polityk lewicy od lat osiemdziesiątych był zaangażowany w relacje między młodymi komunistami chińskimi a polskimi. - Jest tu wiele różnych zależności, a te osiemdziesiąt kilka wagonów to tylko przyczynek. Chodzi bardziej o sprawy mentalności - uważa Kotlarski. Jan Chaładaj jest związany z Chinami przynajmniej od lat 80. Jako dyrektor Juventuru był tam w 1987 roku z delegacją ZG ZSMP (wraz z obecnym szefem MON Jerzym Szmajdzińskim i Markiem Ungierem, dziś szefem gabinetu prezydenta Kwaśniewskiego). Za czasów rządu Włodzimierza Cimoszewicza w 1997 roku Chaładaj jako wiceminister gospodarki był w Chinach z Aleksandrem Kwaśniewskim. Prezydent podpisał wtedy dwustronną deklarację, mówiącą m.in. o respektowaniu praw człowieka "z uwzględnieniem realnej sytuacji obu państw" oraz uznaniu Chin za "jedno państwo", którym "jest ChRL". Wczoraj polityk SLD powiedział nam, że publikowane wtedy w "Rzeczpospolitej" artykuły krytyczne wobec Chińczyków spowodowały zerwanie uzgodnionych wcześniej umów gospodarczych. Beata Kopyt, Marcin Dominik Zdort Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Po ryju umie więc i w radzie się sprawdzi IP: *.AlfaOmega.pl 09.10.02, 16:30 Kandydat na radnego bije? Lubelska policja i prokuratura badają, czy kandydat na radnego pobił 12- letniego chłopca i 19-letniego studenta anglistyki. Wojciech W., syn wicemarszałka województwa lubelskiego, student prawa UMCS, ubiega się z listy SLD o mandat radnego miejskiego. W ostatnią niedzielę kandydat na radnego zatrzymał 12-latka, który miał rzekomo zrywać i niszczyć plakaty wyborcze. Chłopiec twierdzi, że bez powodu został pobity przez Wojciecha W. Rodzice chłopca zawiadomili policję. Tydzień wcześniej Wojciech W. wraz z innymi mężczyznami miał pobić studenta UMCS. Groził "wysoko postawionym" ojcem, wyzywał mnie i moją dziewczynę - twierdzi 19-letni Lech R. Kandydat na radnego zaprzecza tej wersji wydarzeń. Prokuratura na razie nie postawiła żadnych zarzutów. Materiały dotyczące obu spraw dopiero wczoraj trafiły na biurko Prokuratora Rejonowego. "Czekamy na efekt działań podjętych przez policję, które mają dokładnie wyjaśnić przebieg obu zdarzeń" - powiedział prokurator Tadeusz Kubalski. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Wybitni fachowcy a Mamiński IP: *.AlfaOmega.pl 10.10.02, 09:51 Wyrzucili "martwą duszę" PAP 2002-10-09 (12:44) Mianem "kuriozalnego" określa Tomasz Mamiński usunięcie go z klubu parlamentarnego SLD po tym, gdy on sam wcześniej zrezygnował z członkostwa. Szef Krajowej Partii Emerytów i Rencistów zastanawia się, czy żyjemy w systemie niewolniczym. Szef KPEiR Tomasz Mamiński za kuriozalne uznał podjęcie decyzji o wykluczeniu go z klubu SLD już po tym, jak on sam złożył rezygnację z członkostwa w klubie Sojuszu. To jest nie do pojęcia, jak można wykluczyć kogoś, kto już nie jest członkiem klubu, bo złożył rezygnację - powiedział Mamiński w środę dziennikarzom. Przedstawił też pismo, jakie otrzymał od sekretarza klubu SLD Wacława Martyniuka, z którego wynika, że prezydium klubu Sojuszu rozpatrując sprawę Mamińskiego najpierw odrzuciło jego rezygnację i potem podjęło decyzję o wykluczeniu go z klubu Sojuszu. Mamiński zastanawiał się, czy z tego wynika, że żyjemy w systemie niewolniczym i nie można mieć już wolnej woli i złożyć samemu rezygnacji. We wtorek prezydium klubu SLD wykluczyło Mamińskiego spośród jego członków. Wcześniej Mamiński sam złożył rezygnację. Wykluczenie ma związek z tym, że KPEiR poparła Andrzeja Olechowskiego, kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Warszawy, a nie kandydata SLD-UP Marka Balickiego. W odpowiedzi na opinie niektórych polityków SLD, że on i jego partia nie reprezentują już interesów emerytów i rencistów, Mamiński zwrócił uwagę, że w klubie SLD z propozycją wprowadzania zakazu pracy dla emerytów walczył tylko on i przypominał też akcję protestacyjną KPEiR w 2000 r., podczas której działacze partii domagali się wyrównania waloryzacji rent i emerytur w związku z ponadplanowym wzrostem inflacji. (mp) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek http://www.lopyta.go3.pl/mlodzi.htm IP: *.AlfaOmega.pl 11.10.02, 13:19 Nie wiem co myśleć o przyszłej (oby nie) radnej, która podaje jako swój atut w wyborach wymiary swojego ciała. Moim zdaniem jest to po prostu perfidnie zakamuflowane przyznanie, że elektorat tej Pani jest złożony z ciemnych, śliniących się prymitywów. Jaka partia taka kandydatka? Za e-upr.org Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: HotNews chyba wybitne TABORETY Z SLD? www.hotnews.w.pl IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 11.10.02, 13:22 więcej na ten temat www.hotnews.w.pl Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Zwarta partia-jak SLD dba o kobiety IP: *.AlfaOmega.pl 11.10.02, 17:21 Przepis na babę wyborczą Bunt wysokich obcasów w SLD-UP znajdzie finał w Międzynarodówce Socjalistycznej Stała się rzecz niesłychana. Działaczki lewicy podniosły krzyk, że ich partyjni koledzy dyskryminują je w kampanii wyborczej. Najpierw w Bydgoszczy Zarząd Miejski Sojuszu Lewicy Demokratycznej skreślił z listy kandydatów do rady miasta Zuzannę Dziżę, dotychczasową radną. Poszło o to, że między nią a jej partyjnym kolegą doszło do szarpaniny. Radna oświadczyła, że działacz uderzył ją i dusił, ale choć winnych starcia ustali dopiero sąd partyjny, Dziża już straciła swą wyborczą szansę. Potem działaczki SLD z Mazowsza poskarżyły się głośno, że są w partii dyskryminowane, bo mężczyźni, niepomni ich zasług, przesuwają je na dalsze miejsca na listach wyborczych. Mało tego - panie zapowiedziały, że swe żale przedstawią na forum Międzynarodówki Socjalistycznej, której Sojusz jest członkiem. I tak prysł mit, że lewica najbardziej ze wszystkich ugrupowań na polskiej scenie politycznej zabiega o płeć piękną, bo jako jedyna partia obiecała, iż przynajmniej 30 proc. miejsc na jej listach samorządowych zajmą kobiety. Liczbowo wszystko się zgadza - parytet został nawet w niektórych okręgach przekroczony. Ale, jak to czasem bywa, rzeczywistość skrzeczy. - Kobiety są w SLD głównie od podawania kawy i sprzątania - mówi Lucyna Orłowska z gdańskiej Demokratycznej Unii Kobiet (organizacja ta była jednym z pierwszych sygnatariuszy SLD), którą zresztą zakładała ramię w ramię z Danutą Waniek. Sama należy do Unii Pracy, ale ta jest w koalicji z Sojuszem, a poza tym - jak mówi działaczka - jej ugrupowanie nie traktuje płci pięknej lepiej niż partia premiera. - Nie startuję w tych wyborach, bo przez lata robiłyśmy za zajęczyce - byłyśmy w gronie kandydatów po to, by przyciągać głosy kobiet, a czołowych miejsc i tak nam nie dawano - dodaje Orłowska. Zapowiada jednak, że tym razem działaczki lewicy zamierzają upominać się o swe prawa do skutku. Kto chciał, wierzył Babski bunt w zdyscyplinowanych szeregach lewicy wyszedł na jaw, gdy Jolanta Gontarczyk, wicemarszałek województwa mazowieckiego, nie została liderką SLD na liście wyborczej. Koledzy z władz wojewódzkich Sojuszu umieścili ją na drugim miejscu, choć zgodnie z przedwyborczymi ustaleniami powinna być numerem jeden, skoro wygrała poprzednią elekcję w okręgu podwarszawskim. W dodatku zdobyła cztery razy więcej głosów niż kolejna osoba za nią. Nie pomogły odwołania do krajowych władz Sojuszu. Może protesty nawet Gontarczyk zaszkodziły, bo spadła na pozycję trzecią. - Musiałam ustąpić, bo jestem kobietą. Gdyby to mężczyzna był członkiem zarządu województwa, byłoby oczywiste, że będzie liderem listy - powiedziała dziennikarzom rozgoryczona wicemarszałek. Pytany o przesunięcie kandydatki w dół listy Jerzy Wenderlich, rzecznik SLD, mówi, iż jeśli ktoś wygrał poprzednie wybory, powinien dostać pierwszą pozycję. - To świetny rezultat - twierdzi. - Ale wywlekanie osobistych problemów na forum publiczne, jak to zrobiła pani Gontarczyk, uważam za nieeleganckie - dodaje. Działaczki Sojuszu są jednak innego zdania. Przypomniały liderom partii, że w rządzie Leszka Millera tylko jedna kobieta - Krystyna Łybacka - kieruje resortem. W samorządach też nie jest lepiej - według Gontarczyk tylko ok. 13 proc. stanowi w nich płeć piękna. - Na zewnątrz wyglądało dotąd, że kobiety są w SLD traktowane lepiej niż w innych partiach i kto chciał, to w to wierzył - mówi Danuta Waniek, jedna z liderek Sojuszu. - Tymczasem sytuacja w porównaniu z tą sprzed kilku lat pogorszyła się. Układanie list wyborczych było kiedyś bardziej demokratyczne. Dzisiaj do SLD wstępują głównie panowie, zresztą znający się nawzajem. Za to panie przychodzą często do partii z dobrym zapleczem zawodowym i dorobkiem społecznym, a to się liczy, zwłaszcza w pracy samorządowej - dodaje. Waniek, dziś członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jest przekonana, iż o układach w Sojuszu decydują mężczyźni, choć kobiety mają takie same kompetencje i zasługi dla SLD. - Razi mnie lekceważenie pań. Jeśli na 88 okręgów wyborczych jest tylko 9 kobiet na pierwszych miejscach naszych list, to dane po prostu zawstydzają - mówi. - Przypadek Jolanty Gontarczyk to już druga podobna sprawa. Pierwsza dotyczyła mnie - w poprzednich wyborach parlamentarnych też miałam otwierać listę, skoro wcześniej zwyciężyłam w kampanii, ale nie dostałam pierwszego miejsca. Gdyby to był mężczyzna, byłoby inaczej. A Gontarczyk jest niżej, bo nagle pojawił się jakiś związkowiec. Nadal obowiązuje w partii zasada: ostatnia na liście, pierwsza w robocie - dodaje. Posuń się, towarzyszu Rzecznik Wenderlich twierdzi, że ocena pozycji kobiet na listach Sojuszu zależy od proporcji. - To inne formacje polityczne mogą czerpać z SLD, bo dajemy dobry przykład, jak w obszar władzy zaangażować możliwie najwięcej kobiet - przekonuje. - Mężczyźni w sumie narzekają bardziej niż panie. Miejsce na liście traktowane jest w kategoriach prestiżu, ale nie ma aż tak dużego znaczenia wyborczego - dodaje. - Jest coraz gorzej - mówi tymczasem Orłowska. - W Gdańsku nie ma ani jednej kobiety na pierwszym miejscu. W Gdyni naszą koleżankę bez powodu usunięto z listy wyborczej. Podobne sygnały dostajemy z Wrocławia. Napisałyśmy list do premiera, ale on nie reaguje. Tym razem będziemy walczyły o swą pozycję na noże - zapowiada. Nie wszystkie członkinie koalicji SLD-UP mają jednak tak radykalne poglądy. W Małopolsce, jak zapewnia poseł Kazimierz Chrzanowski, szef sztabu wyborczego SLD w tym rejonie, nikt nie narzeka: - Kobiet jest na listach Sojuszu nawet nieco ponad 30 proc. Nie ma dyskryminacji, ale nie ma też preferencji. Jeśli panie są aktywne, powinny zajmować dobre miejsca - mówi. Jego zdaniem, kolejność na listach na Mazowszu wynika z wewnętrznych uzgodnień. Ale poseł przyznaje, że w Małopolsce też nie ma żadnej kobiety na czele listy do sejmików wojewódzkich - kilka pań zajmuje natomiast drugie miejsca. Skargę do Międzynarodówki poseł ocenia jako akt chwilowej desperacji. - Nie sądzę, by ta organizacja chciała decydować, kto ma być na którym miejscu w naszych wyborach - twierdzi. Barbara Kłodzińska, startująca z listy SLD w Krakowie, nie odczuwa dyskryminacji wyborczej ani niedoceniania jej pracy. Nie rozdziera też szat z powodu numeru na liście. Sama chciała być na jej końcu, bo ostatnie miejsce uchodzi za najlepsze zaraz po pierwszym i drugim. - Jeśli Jolanta Gontarczyk wygrała wybory, to wygra je także z drugiej czy trzeciej pozycji - przekonuje. Nieco inny pogląd ma na miejsca kandydatów posłanka SLD Izabella Sierakowska, szefowa Forum Równych Praw i Szans Kobiet w Sojuszu, do której napłynęło ok. 30 skarg działaczek partii na przesuwanie w dół list wyborczych czy skreślanie z nich. - Jeżeli ustala się, że ten, kto zwyciężył w poprzednich wyborach, otwiera listę, trzeba respektować te zapowiedzi. Jakaś przyzwoitość w polityce musi być. Tyle że już nie ma szans na zmianę miejsca Joli Gontarczyk czy kogokolwiek innego, bo listy zostały zarejestrowane. To herbata po obiedzie - mówi. Mimo to skarga do Międzynarodówki Socjalistycznej ma, jej zdaniem, sens. - To właściwie raport i prośba o radę. Przygotujemy opis tego, co się u nas dzieje i poprosimy o pomoc. Nasze koleżanki z Europy Zachodniej też miały kiedyś problemy - tłumaczy. - Niech podpowiedzą nam, jak się z tym uporać. Posłanka przyznaje, że i w jej karierze politycznej były momenty, gdy czuła się dyskryminowana. - Nikt inny tak głośno jak SLD nie zapowiadał, że kobiety będą w partii doceniane, stąd czujemy się rozczarowane traktowaniem kandydatek do samorządów. I krzyczymy głośno, by wyeliminować przypadki ich dyskryminowania. Jesteśmy rozgoryczone, skoro skarżą się działaczki z Gdań Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Głos za UE to głos przeciw wolnemu rynkowi!! IP: *.AlfaOmega.pl 14.10.02, 12:24 Szkoda, że niektórzy tego nie mogą (albo nie chcą) pojąć... Artykuł za stoną prokapitalistyczną http://www.kapitalizm.republika.pl/inne/bruksela.html Bruksela pogłaszcze po główce ... Miałem okazję niedawno zamienić krótką rozmowę z moim znajomym, który uważa, że Polska powinna wejść do Unii Europejskiej, ponieważ jest to wielki krok cywilizacyjny, jaki prowadzi do pokoju i wolnego handlu. Chciałem przypomnieć o dziwnej chorobie. Chorobie, jaka zaraziła również środowiska wolnorynkowe (ponoć, ale w ich wolnorynkowość zaczynam coraz bardziej powątpiewać, gdy słucham rad, żeby nacjonalizować Stocznię - to już osławiony kwiatek Michała Zielińskiego z "Wprost"), które nawet nie zdają sobie często sprawy z tego, jak bardzo przesiąkły socjalistyczną retoryką. Chodzi mianowicie o tzw. "rozwiązywanie problemów". Podczas gdy zwolennicy wolności gospodarczej wyśmiewają pomysły tworzenia nowych urzędów, struktur i funduszy w celu "rozwiązywania problemów", to już w przypadku instytucji międzynarodowych zachowują się jak naiwniacy, którzy zdają się wierzyć w skuteczność internacjonalnych potworków. Konkretnie, po kolei i bardzo skrótowo podsumujmy XX-wiecznych potomków prawa międzynarodowego: Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ). Ta organizacja uchodzi powszechnie za klasyczny przykład bezproduktywnej grupy, a jej początkiem była Liga Narodów, której wcześniejsza kompromitacja nie doprowadziła do likwidacji, a do "reformy". Jak widać, w przypadku instytucji państwowych, jeśli coś jest źle, to się nie likwiduje, tylko "reformuje". Na rynku się bankrutuje i zamyka biznes - w przypadku państwa dostaje się dodatkowe fundusze. Niestety zamiast odejść od idei ONZ, jeszcze bardziej ją rozszerzono, a w dodatku, żeby ukryć jej nieskuteczność, przyznano jej Nagrodę Nobla. Pokój na świecie owszem można wprowadzić, ale jedyną drogą jest wolny handel. Wszystkie wojny świata zawsze miały swój początek w protekcjonizmie. Nie ma w tym ani odrobiny przesady. Na wolnym rynku nie ma wojen, bo nie sposób nikogo do niczego zmuszać, a stosowanie przemocy jest niedopuszczalne. Wojna zaś jest narzędziem, które służy socjalistycznym pomysłom i rozrostowi aparatu rządowego. Socjaliści zapominają chociażby o tym, jak gorąco ich ruchy popierały włączanie się do wojen. Aby na świecie zawitał pokój potrzebny jest wolny nieskrępowany rządowymi decyzjami handel, a nie Kofi Annan i armia jego urzędników. Stąd wynika odpowiedź na pytanie, o przyczyny wojen światowych. Pierwsza Wojna była Wojną Protekcjonistów, a Druga Wojna była Wojną New Dealerów. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Kolejnym mitem stworzonym przez Lewiatana jest potrzeba pomocy krajom biednym przez MFW. Rozwój ma być zapewniony przez stabilizowanie kursów, deficytów bilansu płatniczego itd. Efekt jest oczywisty, a skutek widoczny jak na dłoni - MFW udało się przez wiele lat w najlepszym wypadku przyczynić to rozszerzenia finansowej narkomanii, ociągania się z koniecznymi rynkowymi reformami w krajach zacofanych. Interwencje MFW to historia porażek, bo każda obligatoryjna pomoc prowadzi do marazmu. Potrzebny jest rynek, gdzie nie ma moralnego hazardu, jest racjonalna kalkulacja kosztów, a nie funkcjonowanie na zasadzie "i tak nam dopłacą". Ten hazard moralny - podejmowanie się przedsięwzięć, za które nikt nie odpowiada - może mieć bardzo destrukcyjne skutki, takie jak ostatnio w Argentynie. Pomijam już fakt, że MFW został wynaleziony przez keyensistów, którzy koniecznie chcieli się pozbyć rynkowego pieniądza (złota). W przyszłości miał się stać światowym Bankiem Centralnym, który emitowałby jedną światową walutę dla jednego światowego rządu - okropność nie do pomyślenia, ale patrząc na UE i monopolizacje rynku walutowego do poziomu eurostrefy, to kto wie? Tylko zupełnie nieodpowiedzialna osoba nazwie MFW instytucją neoliberalną. Neoliberalizm opowiada się za znoszeniem takich instytucji. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). To jest perełka wśród organizacji międzynarodowych ze względu na swoją epicką nazwę. No, bo przecież nie może być współpracy gospodarczej i rozwoju bez istnienia takiej organizacji, nieprawdaż? Możemy się śmiać z pomysłowości i wysuwać propozycję stworzenia organizacji pomyślności i uśmiechu, ale OECD to nie tylko zwykłe przysłowiowe "koryto", a kolejne zagrożenie dla wolności. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o atak na raje podatkowe i "walkę z brudnymi pieniędzmi". Tak naprawdę chodzi o likwidację tajemnicy bankowej oraz możliwość opodatkowywania obywateli i ich ciężko zarobionych pieniędzy. Niektórzy nazywają OECD rezerwą UE, służącą właśnie do takich celów. Unia od dawna chciała się zabrać za raje podatkowe, ale przecież nie leży to w jej ciągle rosnącej mocy, więc zawsze może wejść kuchennymi drzwiami. Na nich jest tabliczka Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Światowa Organizacja Handlu (WTO). Tutaj z kolei plakietka sugeruje, że należy organizować światowy handel. Konkretnie, chodzi o to, że jest to miejsce przepychanek, do którego przyjeżdżają przedstawiciele różnych większych krajów i kłócą się, czy drewno z Kanady może mieć cła o 5% niższe i czy UE zmniejszy dopłaty farmerom o 2,5%. Czy wolno zwiększyć subwencje Amerykanom i o ile może UE zwiększyć dopłaty wyrównawcze. Organizacja to międzynarodowe spotkania wokół stołu, przy którym kłócą się rządy reprezentujące określone lobby, promując wąskie grupy interesu. NAFTA, CEFTA ... To jest zestaw krewnych WTO, organizacji, które również zamiast promować wolny handel promują walkę interesów i tego, kto potrafi wsadzić więcej pieniędzy w kieszenie łatwo korumpujących się urzędników. Mitem rozpowszechnianym w Polsce jest twierdzenie, że NAFTA to porozumienie o wolnym handlu. Tymczasem tam też są przepisy, normy, regulacje, które umożliwiają manipulowanie handlem przez władzę. To porozumienie, jakie jest wstępem do planowania handlu na całym kontynencie. A poza tym - czy naprawdę ktoś wierzy w to, że George Bush i Bill Clinton opowiadają się za wolnym handlem? No i na koniec mój ulubiony przypadek: Unia Europejska - o jakim miałem przyjemność napomknąć w tytule i częściowo w każdym z wymienionych już punktów. I tak, jeśli powyższe pięć przypadków to przebiegłe "gryzonie", to Unia Europejska jest jednym wielkim "gadem", który trawi coraz bardziej wolności i swobody jednostki. Każdy wolnorynkowiec będzie przeciwko wstąpieniu Polski do UE, bo taka jest definicja wolnorynkowca per se. Uzasadnienie jest oczywiste - bo jest to instytucja niemoralna. Tak - w przeciwieństwie do ekonomicznych kalkulatorów spierających się w mediach, opowiadam się przeciwko UE z samej definicji: bo jest to nieetyczne i wysoce niemoralne przedsięwzięcie. Co mam na myśli? Skupmy się skrótowo i hasłowo na najważniejszych kwestiach. Pierwsza kwestia to wspaniałe osławione fundusze, które rzekomo mają pomagać Polsce. Pominę już niesympatyczną dla władzy niespodziankę, że Polska prawdopodobnie będzie płatnikiem netto, o czym nie raczyła nas poinformować żadna prounijna gazeta. Te fundusze oczywiście budują korupcjogenne warunki, które przyczynią się do większego pogrążenia Polski w socjaldemokratycznym sosie. Następna korzyść z UE to rzekomo "wolny handel". Ponoć UE prowadzi do wolnego handlu... Nazwij cokolwiek "wolnym rynkiem", a wolnorynkowe naiwniaki łykną równo wszyściutko, co się im na tacy poda, mawiał Murray Rothbard. Weźmy sobie pierwszy przykład z brzegu - banany, o których pisałem w innym artykule. Niedługo Polska przestanie importować tanie, dobre, lepsze, zdrowsze banany z Kostaryki, bo jakieś tam lobby wywalczyło sobie wyłączność na rynku i banany, jakie są na unijnym rynku, pochodzą z byłych kolonii. Gorsze, droższe, etc. Ale co ważniejsze - odbiera się wolny wybór. "Wolny wybór" - najwyraźniej "wolnorynkowcy" opowi Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD- posady w ubezpieczeniach IP: *.AlfaOmega.pl 14.10.02, 12:30 Apetyt na rady Ubezpieczenia Rząd chciałby kolejnych stanowisk do rozdawania. Tym razem w towarzystwach ubezpieczeniowych. Prace nad nowym prawem ubezpieczeniowym stały się dla rządu pretekstem do rozszerzania strefy wpływów w prywatnym biznesie i zdobywania nowych stanowisk dla swoich ludzi. Rząd chce, by podległa mu Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych (KNUiFE) mogła wydawać zalecenia zarządom firm ubezpieczeniowych. Zignorowanie zaleceń miałoby grozić utratą licencji lub karą finansową. KNUiFE ma też zatwierdzać skład zarządów firm - obecnie zakłady mają jedynie obowiązek powiadomienia komisji o zmianach w zarządzie. Nie koniec jednak na tym. KNUiFE rękami posłów starała się wprowadzać kolejne poprawki w sejmowej podkomisji zajmującej się nowym prawem. Anna Filek z SLD zgłosiła pomysł, by KNUiFE mogła obsadzać jedną trzecią miejsc w radach nadzorczych firm ubezpieczeniowych. Rzecz jasna, plany ręcznego sterowania prywatnym biznesem nie podobają się ubezpieczycielom. - Ingerowanie przez rządową administrację w skład rad byłoby precedensem w Europie - oburza się Jerzy Wysocki, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń. Na jego wniosek sejmowa podkomisja odrzuciła w ubiegłym tygodniu poprawkę o obsadzaniu miejsc w radach, ale to nie znacza, że pomysł nie powróci. - Na komisji albo na posiedzeniu Sejmu wszystko może się zdarzyć - twierdzi Grzegorz Woźny (SLD) z ubezpieczeniowej podkomisji. Pomysły KNUiFE mają aprobatę Ministerstwa Finansów. - Nadzór nad firmami ubezpieczeniowymi powinien być zwiększony. Za delegowaniem do rad nadzorczych przemawia wiele racji, trudno więc oceniać, co zgłoszą posłowie - kwituje wiceminister finansów Jan Czekaj. Zdaniem autorów poprawki rozbudowany nadzór nad towarzystwami pozwoli kontrolować wypłacalność firm i lepiej dbać o interes ubezpieczonych. "Newsweek" dotarł do kolejnej, już przygotowanej poprawki, która leży w szufladach KNUiFE. Jeśli wejdzie w życie, wszyscy właściciele mieszkań będą musieli obowiązkowo ubezpieczyć swoje lokale m.in. od katastrof i terroryzmu. To co najmniej podwoi zyski towarzystw ubezpieczeniowych z polis mieszkaniowych. - Za pomocą tej marchewki władza chce skłonić ubezpieczycieli do zgody na ingerencję rządu w rynek ubezpieczeń - tłumaczy Kazimierz Marcinkiewicz, poseł PiS, członek podkomisji ubezpieczeniowej. Projekt zakłada, że każdy właściciel mieszkania będzie musiał wykupić co roku polisę od ognia, huraganu, śniegu, trzęsień ziemi itp. Podobne rozwiązanie obowiązuje w kilku niemieckich landach. - Taka ustawa zapewniłaby nam rzeszę klientów - przyznaje Tomasz Fill, rzecznik PZU. Dziś z jedenastu milionów gospodarstw domowych ubezpieczone są zaledwie trzy miliony - 90 proc. w PZU. Według Jana Monkiewicza, przewodniczącego KNUiFE, nowa polisa miałaby kosztować od 50 do 100 zł. - Obowiązkowe ubezpieczenie byłoby formą ochrony właścicieli mieszkań i domów przed skutkami ich niefrasobliwości - tłumaczy Robert Tkaczyk z AIG Polska. Byłoby również korzystne dla budżetu państwa, gdyż w przypadku np. powodzi rząd uniknąłby wydatków na pomoc poszkodowanym. - Obowiązkowa polisa podwoiłaby przychody firm ubezpieczeniowych ze składek na ubezpieczenia mieszkań - uważa Zygmunt Kostkiewicz, były prezes PZU SA. Lwią część tych pieniędzy zgarnęłoby PZU należące w większości do skarbu państwa. W zamian za to rządzący chcieliby dostać do dyspozycji ok. 200 lukratywnych posad w radach nadzorczych. Bez kosztów własnych. Grzegorz Indulski Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: z Re: 'wybitni fachowcy' z SLD !!! IP: proxy / *.cpe.net.cable.rogers.com 14.10.02, 20:01 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Włocławek- silni, zwarci IP: *.AlfaOmega.pl 15.10.02, 14:32 Poseł Chodynicki bez SLD Kolejne zawirowania wyborcze w SLD. Członkiem partii nie jest już poseł Ryszard Chodynicki, a lada dzień może też zostać wydalony z Klubu Parlamentarnego. Został usunięty z szeregów partyjnych za kandydowanie na prezydenta Włocławka z ramienia komitetu wyborczego Front dla Włocławka, podczas gdy koalicyjny komitet SLD - UP popiera na to stanowisko Stanisława Wawrzonkoskiego - obecnego prezydenta miasta. Usunięcie z Sojuszu grozi we Włocławku także kilku innym działaczom, którzy aktywnie wspierają listę Frontu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Policja a czerwoni fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 10:40 Komendanci policji z opiniami czy bez? Posłowie SLD chcą pozbawić samorządowców i wojewodów prawa do opiniowania kandydatów na komendantów Udział burmistrzów, prezydentów miast oraz wojewodów w obsadzaniu stanowisk komendantów od początku budził wiele kontrowersji. Jeszcze przed wprowadzeniem takiego rozwiązania pojawiały się głosy, że doprowadzi to do upolitycznienia policji. Do 1999 r. obsada stanowisk komendantów była wewnętrzną sprawą policji. Po reformie wprowadzono wymóg organizacji konkursów oraz opiniowania lub zatwierdzania kandydata przez samorządowców i wojewodów. Przymierzający się do stanowisk komendantów powiatowych muszą być opiniowani przez samorząd, a przyszli komendanci wojewódzcy i komendant stołeczny - zatwierdzani przez wojewodów. Teraz posłowie SLD chcą powrócić do dawnego systemu i odejść od opiniowania oraz zatwierdzania kandydatów przez samorządowców i wojewodów. Przygotowanym przez nich poselskim projektem zmian w ustawie o policji zajmie się sejmowa Komisja Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nasze informacje potwierdził poseł Jerzy Dziewulski, członek komisji. Policjanci z którymi rozmawialiśmy, wskazują na wiele nieprawidłowości, które są wynikiem udziału samorządowców w obsadzie stanowisk. - Samorządowcy to politycy. Jeżeli zatwierdzają kandydata, chcą wpływów - mówi jeden z komendantów proszący o zachowanie anonimowości. - Mówią otwarcie: "my cię postawiliśmy i my cię możemy zdjąć". Dochodzi do tego, że komendanci stają się zakładnikami lokalnych układów politycznych. Marek Kamiński, burmistrz warszawskiej gminy Targówek nie zgadza się z taką opinią. - Uważam, że opiniowanie kandydatów to dobry model. Mamy lepsze kontakty z policją, lepiej się rozumiemy - mówi Kamiński. Dodaje, że w jego gminie nigdy poza opinią nie dochodziło do żadnych nacisków na komendanta, a decyzje ostateczne co do obsady pozostawiano zwierzchnikowi, czyli komendantowi stołecznemu. Poseł Dziewulski wskazuje na nieprawidłowości, do których dochodzi podczas konkursów w samej policji. - Startują koledzy z tej samej jednostki i zaczyna się niezdrowa rywalizacja - mówi poseł. - Jest podkopywanie, przekazywanie prasie "haków" na kontrkandydata albo układy typu "wycofaj się, a ja cię później zrobię naczelnikiem wydziału" - opowiada jeden z komendantów. - I jak później razem pracować? Policjanci opowiadają, że samorządowcy próbują także wpływać na pracę policji. W jednym z miast wojewódzkich samorządowcy chcieli ingerować w metody pracy operacyjnej, w innej jednostce wyznaczali komendantowi rejony miasta, które trzeba szczególnie patrolować - chodziło o osiedle, gdzie mieszka wielu lokalnych prominentów. Odejścia od konkursów i opiniowania chce także poseł Konstanty Miodowicz (PO). - Powinniśmy budować silną, scentralizowaną policję. Udział polityków w obsadzie dowódców policji wyklucza taką możliwość - - uważa Miodowicz. Magdalena Rubaj Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD- zlikwidują senat !!! IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 16:16 SLD zmierza do likwidacji Senatu PAP 2002-03-20 (20:31) W parlamencie powstanie Komisja Konstytucyjna, która zajmie się zmianami w ustawie zasadniczej zmierzającymi m.in. do likwidacji Senatu. Szefem Komisji ma zostać Ryszard Kalisz (SLD). To ustalenia środowego spotkania senatorów SLD z premierem Leszkiem Millerem. Premier powiedział po spotkaniu, że głosy w sprawie likwidacji Senatu są zróżnicowane. Bardzo wyraźnie widać podział opinii. Dla jednych jest to oczywiste, dla drugich mniej oczywiste: uważają że Senat ma swoje walory - mówił. Miller dodał, że komisja konstytucyjna, której będzie przewodniczył Ryszard Kalisz zajmie się nie tylko kwestią Senatu. Inną sprawą może być wprowadzenie przepisu, który sankcjonowałby wiosenny termin wyborów parlamentarnych. W lutym za likwidacją Senatu opowiedziała się Krajowa Konwencja Sojuszu. Delegaci zwrócili się do Klubu SLD o podjęcie działań legislacyjnych, by przyszłe wybory wyłoniły już jednoizbowy parlament, a także o przygotowanie projektu ustawy, która na stałe wprowadzi wiosenny termin wyborów parlamentarnych i samorządowych. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD nie zlikwidują senatu!!! IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 16:18 Senatorowie SLD-UP już nie chcą likwidować Senatu PAP 2002-06-14 (17:25) Senatorowie SLD-UP zgodzili się z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, że obecnie nie jest dobry czas na rozpoczynanie procesu zmian w konstytucji, w tym na likwidację Senatu. Pan prezydent uważa, że dziś nie jest dobra pora, ani czas na "otwarcie" konstytucji, ponieważ rozwiązanie tego konstytucyjnego worka mogłoby spowodować kłopoty z jego zamknięciem - relacjonował piątkowe spotkanie senatorów SLD-UP z Aleksandrem Kwaśniewskim wicemarszałek Senatu Ryszard Jarzembowski. Szczególnie w tych warunkach społecznych i gospodarczych, w sytuacji napięć politycznych jakie mamy obecnie, pan prezydent jest ostatnim, który byłby skłonny na to się zgodzić - dodał. Jarzembowski podkreślił, że żaden z 15 senatorów zabierających głos nie wyraził opinii przeciwnej niż prezydent. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Film o wybitnym fachowcu Millerze IP: *.AlfaOmega.pl 19.10.02, 13:11 Na 25 października, tuż przed ciszą wyborczą, telewizja publiczna zaplanowała emisję filmu o Leszku Millerze. To jeden z przykładów, kiedy w mediach publicznych szczególnymi względami cieszy się Sojusz Lewicy Demokratycznej, a nie jest to bez znaczenia zwłaszcza przed wyborami. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Balicki-równiejszy wśród równych IP: *.AlfaOmega.pl 21.10.02, 13:50 Kampania na wszystkich frontach Marek Balicki - równiejszy spośród równych Balicki u Danuty Ryszkowskiej jako senator i przewodniczący Senackiej Komisji Polityki Społecznej i Zdrowia ("Rozmowa dnia", TVP3, 10 października, godz. 16.45, powtórka godz. 19.45) Kto i co pomaga kandydatowi SLD na prezydenta Warszawy osiągać coraz lepsze wyniki w sondażach? Premier, który z Balickim spotyka się i jeździ po Polsce, sieć z książkami i płytami Empik czy telewizja publiczna? Premier Leszek Miller odwiedził wczoraj po południu Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego. Na spotkanie ze studentami zabrał ze sobą Marka Balickiego, kandydata SLD - UP na prezydenta Warszawy. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni szef rządu zaangażował się w promocję kandydata lewicy w tych wyborach. Balicki w talk-show jako lekarz i ojciec syna studiującego za granicą: "Czy warto zatrzymywać młodych ludzi w Polsce? Warto" ("Między nami" TVP1, 12 października, godz. 15.50) 10 października senator Marek Balicki poprosił premiera "o pilne spotkanie" - poinformowało Centrum Informacyjne Rządu. Po spotkaniu przewidziano wypowiedzi dla prasy. Media dowiedziały się, że Balicki (choć sam jest parlamentarzystą!) poprosił premiera o wstrzymanie prac parlamentarnych nad nowelą ustawy o dodatkach mieszkaniowych. Balicki poprosił też premiera o apel do szefów klubów parlamentarnych, by w budżecie zwiększono sumy na dodatki mieszkaniowe. Leszek Miller zaapelował. 16 października premier udał się z wizytą do Zakładów Ursus. Towarzyszył mu m.in. minister skarbu Wiesław Kaczmarek i Marek Balicki. W programie były m.in. prezentacja ciągników i pokaz poszczególnych etapów ich produkcji. W ostatni piątek Balicki pojawił się na spotkaniu zorganizowanym przez sieć Empik. Jak wykryła "Gazeta Wyborcza" pięćdziesięciu pierwszych uczestników spotkania miało otrzymać 50 proc. rabatu na zakupy w tym sklepie. - Wycofaliśmy się z tego, bo rabat budził wiele kontrowersji i dyskusję w Państwowej Komisji Wyborczej - mówi rzeczniczka Empiku Beata Woszczyńska. Zdaniem jednego z ekspertów PKW niedopuszczalne jest fundowanie bonusów za aktywny udział w spotkaniu wyborczym. Na ulotce z Balickim sieć zapewnia, że "następni kandydaci wkrótce". Kto i kiedy? - Czekamy na odpowiedź ze sztabów wyborczych - mówi Woszczyńska. Balicki u Piotra Gembarowskiego jako senator: "W całej Polsce powinny być jednakowe stawki za usługi medyczne" ("Gość Jedynki", TVP1, 12 października, godz. 17.25 Nie zasypia gruszek w popiele także telewizja publiczna, która już od kilku lat oskarżana jest przez centroprawicę o wspieranie lewej strony sceny politycznej. W lipcu tego roku zareagowała nawet Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zaniepokojona "występującą w programach informacyjnych i publicystycznych telewizji publicznej dysproporcją czasu wystąpień przedstawicieli rządu i ugrupowań opozycyjnych". KRRiTV w swym stanowisku stwierdziła, że oczekuje "podjęcia działań zmierzających do usunięcia istniejących dysproporcji oraz gwarantujących realizację ustawowych obowiązków". Nie wygląda na to, by władze TVP wzięły sobie te oczekiwania do serca. I w tej kampanii publiczna telewizja najszerzej otworzyła drzwi dla kandydata lewicy. Marek Balicki pojawił się nie tylko w "Forum" (8 października), programie z udziałem przedstawicieli partii politycznych, ale miał też okazję udzielić wywiadów: 10 października w TVP3 w "Rozmowie dnia", a 12 października w TVP1 w "Gościu Jedynki", najpopularniejszym programie publicystycznym. Balicki wystąpił tu wyłącznie jako "senator i przewodniczący Senackiej Komisji Polityki Społecznej i Zdrowia". Prowadzący Piotr Gembarowski tylko na tym skupił swe wszystkie pytania: "O zdrowiu chciałbym właśnie... " - zaczął i tego planu przez całą rozmowę się trzymał. Dokładnie tego samego dnia (12 października) kandydat SLD - UP wystąpił w popołudniowym talk-show "Między nami" TVP1 o polskiej emigracji. Balicki wystąpił tam m.in. obok aktorki, która wiele lat przebywała w USA, anestezjologa, który mieszkał w Holandii i konsula generalnego ambasady amerykańskiej w Polsce. "Sporo ludzi po pobycie za granicą wraca do Polski i wnosi do naszej codzienności wiele cennych wartości" - mówił kandydat na prezydenta stolicy. W programie przedstawiono go tylko: "Marek Balicki. Lekarz". - Zaprosiliśmy go, bo jego syn studiował medycynę w Oxfordzie - tłumaczy producent Andrzej Kruk. Ale do kolejnego programu o polskich kierowcach, wyemitowanego w minioną sobotę, żadnych polityków już nie zaproszono. Przeciwnicy Balickiego mogą tylko o takich występach pomarzyć, choć mają wyższe notowania w sondażach. Andrzej Olechowski ostatni raz występował tuż po wakacjach w porannej rozmowie o niewielkiej oglądalności pt. "Woronicza 17". Innych występów jego sztab nie pamięta. A Lech Kaczyński? - Niech pani nie żartuje. Przecież ja od wielu miesięcy nie jestem zapraszany do takich programów - odpowiada. Luiza Zalewska Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Skrzypek Ustka-SLD woli biznes niż motłoch z Unii Pracy IP: *.AlfaOmega.pl 22.10.02, 12:01 SLD w Ustce woli od socjalistycznego motłochu z UP kolesi z grubym portfelem. Ustka: Rozwód SLD i UP SLD i UP przyzwyczaiły już Polaków wspólnego działania. Partie razem rządzą i razem też idą do wyborów samorządowych, ale są miejsca gdzie ta polityczna miłość zamieniła się w nienawiść. W Ustce na listach SLD-UP nie ma ani jednego członka Unii Pracy. Obrażeni unici domagają się w sądzie wykreślenia nazwy swojej partii z nazwy komitetu rywali. Dla koalicjantów z Unii Pracy nie starczyło miejsc, ponieważ usteckie SLD porozumiało się z lokalnymi biznesmenami i to oni znaleźli się na listach lewicy. SLD twierdzi, że unici wcale o takie miejsca nie prosili, ale UO odpowiada, że to kłamstwo. Skoro nazwa komitetu SLD-UP jest fikcją, to unici żądają wykreślenia nazwy swojej partii. Sąd odrzucił jednak ten wniosek. UP w ciągu doby zamierza się odwołać od tego postanowienia. Kłótnia lokalnych działaczy trwa i chyba już nic nie pogodzi tej pary, tym bardziej, że rozstaje się ona w sądzie, a nie w zaciszu gabinetów.(PAP) Odpowiedz Link Zgłoś