"wybitni fachowcy" z SLD !!!

    • Gość: Skrzypek Damscy boxerzy z SLD- fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 24.09.02, 10:33
      Jestem, więc piszę
      Selekcja naturalna

      Sprawa usunięcia z listy kandydatów na radnych koalicji SLD - UP bydgoskiej
      działaczki Sojuszu Zuzanny Dziżo, uprzednio pobitej przez partyjnego kolegę,
      Andrzeja Narolewskiego, ma dwa aspekty. Pierwszy jest emancypacyjny. Trzeba z
      satysfakcją stwierdzić, że cały incydent świadczy o postępach równouprawnienia
      kobiet i o przełamywaniu stereotypów.

      W fałszywej, burżuazyjnej moralności bicie kobiet po głowie było zakazane i
      potępiane. Ciemnogród unikał pod pozorem ideałów rycerskich bicia kobiet, w
      rzeczywistości okazując im w ten sposób pogardę. Kobieta, niebita tylko
      dlatego, że jest kobietą, czuła się poniżona i traktowana jako istota gorsza,
      która nawet nie zasługuje, aby dostać po gębie. Na szczęście SLD ten etap
      obłudy ma już za sobą.

      Drugi aspekt jest, oczywiście, polityczny. Pobita, jak z tego wynika słusznie,
      pani Dziżo została skreślona z listy. Też słusznie. Bijący pan Narolewski
      konsekwencji żadnych nie poniósł. I to też jest słuszne. Teraz trzeba by wpisać
      na opróżnione po pani Dziżo miejsce pana Narolewskiego. Ktoś, kto pozwala się
      bić, nie nadaje się bowiem na aktywistę i nie powinien liczyć na karierę.
      Natomiast ten, kto bije, jest działaczem rozwojowym i może sięgnąć w
      przyszłości, dzięki bezkompromisowej postawie, po najwyższe zaszczyty.

      Teoria ewolucji uczy, że przeżywają tylko najsilniejsi, a polityka w Polsce nie
      różni się wiele od walki o byt w pustyni i w puszczy. Selekcja naturalna musi
      istnieć, a racja jest zawsze po stronie silniejszego. Przynajmniej do czasu, aż
      spotka jeszcze silniejszego i sam dostanie po gębie.

      Maciej Rybiński
    • Gość: Skrzypek Re: 'wybitni fachowcy' z SLD !!! zamiast posłów IP: *.AlfaOmega.pl 25.09.02, 10:16
      Wiadomo, ze posłowie to miernoty. Nie to co wybitni fachowcy z SLD delegowani
      do "bezstronnej publicznej" TV Kwaśniewskiego i Millera. Aby podreperować te
      miernoty nie będzie bezpośrednich transmisji z sejmu, tylko magazyn
      parlamentarny. Sytuacja zywcem wzięta z Orwella- tzw ministerstwo prawdy.

      TVP w trosce o prestiż Sejmu
      Niezręczne prace studyjne

      TVP chciałaby zadbać o lepszy wizerunek parlamentu. Rozważa pomysł rezygnacji z
      transmitowania obrad Sejmu i chce je omawiać w cotygodniowym magazynie - wynika
      z dokumentów przesłanych posłom. - To tylko prace studyjne - broni się TVP.


      Najnowszy pomysł znalazł się w dokumentach dotyczących sejmowych transmisji,
      jakie wiceprezes zarządu TVP Tadeusz Skoczek przesłał posłom z Sejmowej Komisji
      Kultury. Opisując rozwiązania, jakie przyjęto w innych krajach, TVP
      zaproponowała, by bezpośrednie relacje z obrad zastąpić cotygodniowym magazynem
      parlamentarnym. Przywróci to - czytamy w dokumencie - Sejmowi prestiż, bo
      widzowie nie będą już traktować parlamentu jako "forum dyskusyjnego i terenu
      międzypartyjnych rozgrywek politycznych".

      - To dowód nonszalancji władz TVP - oburzał się wczoraj podczas posiedzenia
      komisji poseł Mariusz Grabowski (LPR), który odnalazł ten fragment w pliku
      dokumentów nadesłanych przez wiceprezesa Skoczka. - Dziękuję, że w ten sposób
      TVP określa, gdzie jest miejsce parlamentu.

      Czy do zadań publicznej telewizji należy troska o wizerunek parlamentu? - To
      niezręczność albo pewien skrót myślowy - przyznaje rzecznik TVP Jacek
      Snopkiewicz. Twierdzi, że wśród dokumentów, które dostarczono posłom, znalazł
      się materiał studyjny. - Omawiał warianty wynikające z doświadczeń innych
      krajów. Ale było to tylko opracowanie autorskie jednego z pracowników i nie
      przywiązywałbym do niego większej wagi. W tej chwili nie są prowadzone żadne
      prace, by ograniczyć transmisje obrad Sejmu - zapewnia rzecznik. LUZ

      Co się wydaje władzom TVP?

      "Wydaje się, że do czasu powstania kanału informacyjno-parlamentarnego również
      TVP powinna zmierzać w kierunku wyznaczonym przez inne stacje telewizyjne (mowa
      o zagranicy - red.), to jest: zrezygnować z transmitowania in extenso
      wszystkich debat parlamentarnych, traktując je jako materiał do omówień
      przedstawianych wraz z interpelacjami poselskimi w cotygodniowym magazynie
      parlamentarnym, zaś szczególnie ważne debaty nadawać kilka razy w roku w
      antenach ogólnopolskich. W ten sposób relacje z prac Sejmu pozwolą na
      utrwalenie w opinii społecznej jego obrazu jako najwyższego organu
      ustawodawczego, a nie jako forum dyskusyjnego i terenu międzypartyjnych
      rozgrywek politycznych. Powinno to przywrócić polskiemu parlamentowi prestiż
      niezbędny do prowadzenia działalności legislacyjnej, do której został
      powołany".

      (z dokumentów przesłanych przez wiceprezesa TVP do Sejmowej Komisji Kultury i
      Środków Przekazu)


    • Gość: Skrzypek Koledzy (kolesie) fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 30.09.02, 10:04
      Kadrowe przesunięcia według politycznego klucza - W 20 największych firmach
      zmieniło się 19 prezesów

      Komentarz: Koledzy fachowcy
      Zakręcić się na karuzeli stanowisk



      W pierwszym roku rządów premiera Leszka Millera wymieniono prawie wszystkich
      prezesów najważniejszych spółek kontrolowanych przez państwo. Jeżeli pominiemy
      branżę węglową, w której od lat rządzą nieusuwalni ludzie ze Śląska, to na 20
      największych w Polsce firm zmieniło się 19 prezesów. Dwudziestą z tej grupy
      jest TVP, której kierownictwa poprzedni rząd usunąć nie był w stanie.

      Zmiany konfiguracji politycznych pociągają za sobą karuzelę stanowisk na
      różnych szczeblach administracji państwowej, firm państwowych i spółek z
      udziałem skarbu państwa. Następuje "podział łupów" i obsadzanie "swoimi" ludźmi
      władz kluczowych przedsiębiorstw. Ich liczba, wraz z postępami prywatyzacji
      gospodarki, nieco się zmniejszyła, jednak rząd ciągle szuka nowych pomysłów. -
      Mechanizm obsadzania swoimi ludźmi wysokich stanowisk w gospodarce jest
      niezmienny od lat. Wydaje mi się, że obecna ekipa podchodzi do tej sprawy
      podobnie jak poprzednia. Różnica polega na tym, że dzisiejsi członkowie rad
      nadzorczych i zarządów wydają się bardziej kompetentni od poprzednich -
      powiedziała "Rz" profesor Maria Jarosz z Instytutu Studiów Politycznych
      Polskiej Akademii Nauk. Zaznacza jednak, że teraz także nie jest dobrze. -
      Zarządzać spółkami skarbu państwa gorzej niż za poprzedniej koalicji po prostu
      już nie sposób. Skoro gorzej być nie może, może być już tylko lepiej. Ważne
      jednak, że oprócz kryterium politycznego pod uwagę bierze się także
      przygotowanie merytoryczne - mówi prof. Jarosz. Jej zdaniem, menedżerowie z
      poprzedniej ekipy uważali się często za wybrańców narodu, osoby społecznie
      akceptowane - z góry i na zawsze. Natomiast dzisiejsza kadra ma świadomość, że
      na społeczną akceptację trzeba solidnie pracować.

      Dajcie szansę Staszkowi

      Jedną z najbardziej interesujących karier biznesowych zrobił Stanisław
      Dobrzański, obecny prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Z
      wykształcenia historyk, na początku lat 80. był wicedyrektorem Biblioteki
      Narodowej w Warszawie. Później kierował Departamentem Budżetowym w
      Ministerstwie Kultury i Sztuki, był również szefem warszawskiego oddziału
      Wschodniego Banku Cukrownictwa. To czołowy polityk PSL, w poprzednim rządzie
      SLD-PSL był ministrem obrony narodowej. Po sformowaniu obecnego rządu
      powierzono mu funkcję szefa PSE. Kiedy pytano ministra skarbu Wiesława
      Kaczmarka, dlaczego Dobrzański został prezesem, minister odpowiedział: - Trzeba
      dać Staszkowi szansę na sprawdzenie się w roli menedżera.

      Z zupełnie innego obozu politycznego wywodzi się dyrektor generalny Poczty
      Polskiej (PP) Leszek Kwiatek. Jest osobą związaną z premierem Leszkiem
      Millerem. Na liście jego dokonań brakuje pozycji świadczących o znajomości
      branży, znajduje się za to działalność na rzecz inwalidów (był prezesem
      Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych). Kilka tygodni przed
      elekcją Kwiatka stanowisko utracił ówczesny dyrektor PP Jacek Turczyński,
      prawicowy polityk związany z ZChN. Przygoda z Pocztą skończyła się dla
      Turczyńskiego aresztem, ponieważ zarzucono mu, że przyjął łapówkę.

      Od ministra i premiera

      Zmiany we władzach Ruchu, największego dystrybutora prasy w Polsce, rozpoczęły
      się tuż po uruchomieniu powyborczej karuzeli stanowisk. W pierwszych dniach
      grudnia 2001 r. minister Wiesław Kaczmarek odwołał trzech z czterech członków
      zarządu firmy, w tym prezes Mirosławę Nykiel. Nowym szefem został Miron Maicki.
      To dobry znajomy ministra Kaczmarka. W latach 1994-1998 był wiceprezesem tej
      firmy. W ostatnich latach związał się także z Bartimpeksem (najpierw jako
      doradca, potem członek rady nadzorczej Bartimpeksu i prezes powiązanych z nim
      spółek). W styczniu 2002 r. MSP odwołało przed końcem kadencji radę nadzorczą
      spółki. W skład nowej rady weszli m.in. Krzysztof Barcikowski (dyrektor
      gabinetu politycznego Ministerstwa Skarbu Państwa), Lech Węclewski
      (wicedyrektor sekretariatu premiera Leszka Millera) i dwaj byli
      parlamentarzyści SLD i PSL - Paweł Jankiewicz i Alfred Domagalski.

      Nasze banki są nasze

      W ciągu roku dokonano zmian we władzach wszystkich 5 banków, które
      bezpośrednio, bądź pośrednio, kontroluje skarb państwa. Zaczęło się od
      odwołania jeszcze w ubiegłym roku prezesa BOŚ Jarosława Chudeckiego. Został on
      prezesem dzięki poparciu Antoniego Tokarczuka, ministra środowiska w rządzie
      Jerzego Buzka. Na stanowisko szefa powrócił kojarzony z PSL Józef Kozioł, który
      był już poprzednio prezesem BOŚ, a został odwołany w czasach, gdy władzę
      sprawowała koalicja AWS-UW. Kozioł był politykiem dawnego ZSL, cieszy się
      poparciem PSL.

      Z innymi zmianami skarb państwa czekał dość długo. Najbardziej elegancka
      wymiana nastąpiła w PKO BP, gdzie nowego prezesa Andrzeja Podsiadłę, wcześniej
      prezesa PBK, powołano w czerwcu tego roku po upływie kadencji starego zarządu,
      kierowanego przez Henrykę Pieronkiewicz. Uważa się jednak, że zwłoka ta
      wynikała nie z chęci zachowania dobrych manier, lecz w wyniku kłótni między
      różnymi ośrodkami SLD o to, kto ma objąć to stanowisko.

      W połowie roku odwołany został prezes Banku Pocztowego (kontrolowanego przez
      Pocztę Polską) Piotr Tomaszewski (zajmował to stanowisko od 1998 r.), a na jego
      miejsce nominowano Andrzeja Szukalskiego. Tomaszewski nie był kojarzony z żadną
      frakcją polityczną, ale dobrze mu się współpracowało z szefami Poczty Polskiej,
      pochodzącymi z nadania ZChN. Andrzej Szukalski był poprzednio prezesem Banku
      Częstochowa, a wcześniej Powszechnego Banku Gospodarczego.

      W sierpniu ze stanowiska zrezygnował prezes BGŻ Michał Machlejd, szefujący
      bankowi od 1998 r. Był kojarzony z AWS. Jego miejsce objął Jacek Bartkiewicz,
      do niedawna wiceminister finansów, a wcześniej członek zarządu Banku Śląskiego.
      W ostatnich tygodniach prezesa BGK Ryszarda Pazurę zastąpił Witold Koziński,
      ostatnio powiernik w HypoVereinsbanku Banku Hipotecznym, a wcześniej wiceprezes
      NBP. Co ciekawe, Pazura, który zawsze był kojarzony z PSL, został szefem BGK za
      rządów AWS, a odwołano go właśnie teraz. Koziński uważany jest za człowieka
      bliskiego SLD, ale cieszącego się poparciem PSL.

      Hazardowe kierownictwa

      Karuzela stanowisk kręci się także w Totalizatorze Sportowym. Zazwyczaj zmiany
      personalne w kierownictwie tej firmy wiążą się z roszadami w resorcie skarbu.
      Dopóki ministrem skarbu był Andrzej Chronowski, pozycja ówczesnego prezesa
      Władysława Jamrożego była niezagrożona. Sytuacja zmieniła się, kiedy nowym
      szefem resortu została Aldona Kamela-Sowińska. Doprowadziła ona do dymisji
      Jamrożego i wprowadziła do Totalizatora swojego człowieka, Wacława Bilnickiego.
      Jego kariera zakończyła się, gdy złamał on przepisy ustawy kominowej. Nowy
      prezes - Mirosław Roguski - uznawany jest za osobę związaną z Markiem Belką.
      Natomiast wiceprezes tej spółki, Jan Adamski, to osoba wspierana przez
      wiceministra skarbu Piotra Czyżewskiego.

      Największym polskim ubezpieczycielem od lutego kieruje Zdzisław Montkiewicz.
      Zastąpił on Zygmunta Kostkiewicza, który objął to stanowisko za czasów AWS. -
      To, że Montkiewicz został prezesem PZU, jest zasługą Leszka Millera. To on
      zmusił ministra Kaczmarka do tej nominacji - mówi prominentny polityk SLD.
      Kiedy w styczniu napisaliśmy, że minister Kaczmarek podpisze wkrótce nominację
      Montkiewicza na szefa PZU, minister skarbu tłumaczył: - "Rzeczpospolita"
      napisała w tej części nieprawdę. Jednak trzy tygodnie później Zdzisław
      Montkiewicz został prezesem PZU.

      Od tego czasu dochodzi do - mniej lub bardziej jawnych - konfrontacji między
      ministrem a prezesem PZU. W czerwcu, wbrew zaleceniom ministra skarbu,
      Montkiewicz mianował się przewodniczącym rady nadzorczej PZU Życie. Uważni
      obserwatorzy łączą też inne sprawy, np.: rezygnację z fotela prezesa PZU Życie
    • Gość: Skrzypek Rozbrat -jak SLD fachowo nie płaci podatku IP: *.AlfaOmega.pl 02.10.02, 01:52
      Od ponad dziesięciu lat gmina nie może wyegzekwować od partii czynszu za
      budynek przy Rozbrat
      SLD sprzedaje sobie siedzibę

      Dziesięć milionów i pięćdziesiąt tysięcy złotych jest gotowa zapłacić Rada
      Krajowa SLD za budynek w Warszawie, w którym od lat ma siedzibę. Chce go kupić
      od gminy, w której rządzi... SLD z PO.


      Siedziba władz centralnych SLD przy ulicy Rozbrat na Powiślu w Warszawie to
      kompleks trzech budynków i pawilonu o powierzchni 10,7 tys. mkw., na działce
      3758 mkw. Lewica rezyduje tu od dziesiątków lat, wcześniej jako PZPR, potem
      SdRP. Ale partia zajmuje tylko jedną trzecią powierzchni obiektów. Oprócz niej
      mieszczą się tam hotel, restauracja, sklepiki i biura innych firm.

      Od 1990 roku gmina, właściciel budynku, nie mogła wyegzekwować czynszu od
      partii i pozostałych użytkowników. Budynkiem zarządza i zarabia na tym spółka
      Servicus, utworzona przez liderów SdRP. Spółkę tę kilka lat temu likwidator
      majątku PZPR sprzedał nikomu nieznanemu przedsiębiorcy z Poznania.

      Kiedy w gminie (najpierw Śródmieście, potem na skutek zmiany ustawy
      warszawskiej - Centrum) rządzili ludzie niezależni od lewicy, samorząd próbował
      przejąć kontrolę nad swoją własnością. Zawsze jednak te działania przerywało
      przyjście do władzy działaczy SdRP lub SLD.

      Od trzech lat w Centrum sprawuje rządy koalicja SLD - PO (wcześniej SLD - UW).
      Początkowo wicedyrektor dzielnicy Śródmieście, na terenie której leży Rozbrat,
      Tadeusz Miętus (SLD), zaproponował Servicusowi porozumienie. Servicus miał
      zapłacić 3,6 mln zł jako zadośćuczynienie za lata niepłacenia czynszu, a w
      zamian miał stać się formalnym najemcą Rozbratu i wpłacać do kasy gminy 810
      tys. zł rocznie czynszu. Początkowo Servicus przystał na to rozwiązanie, ale
      potem nie wpłacił ani złotówki i po trzech latach sprawa wróciła do punktu
      wyjścia.

      W tej sytuacji władze Śródmieścia postanowiły sprzedać budynek i wydzierżawić
      wieczyście grunt pod nim w drodze przetargu. Wystawiono majątek z lokatorami:
      hotelem, restauracją, biurami, w tym biurami posłów SLD, oraz mieszkającym tam
      byłym dozorcą budynku.

      Wpłynęła tylko jedna oferta - Rady Krajowej SLD. Wczoraj otworzył ją w imieniu
      komisji przetargowej Miętus. Budynek wyceniony był na 10 mln zł, SLD przebił tę
      cenę o 50 tys. zł. Za grunt wyceniony na 9,6 mln zł zaoferował 9,8 mln zł. Do
      oferty przetargowej dołączył też koncepcję modernizacji budynków (m.in. nowa
      elewacja), której koszt oszacował na ponad 10 mln zł.

      Jeśli oferta zostanie przyjęta, Sojusz przed podpisaniem aktu notarialnego
      będzie musiał wpłacić gminie 10 mln 50 tys. zł plus 25 procent wartości gruntu,
      czyli 2 mln 450 tys. zł. Razem 12,5 mln zł. Czy SLD ma takie pieniądze?

      - W kieszeni całej sumy nie mamy - mówi sekretarz generalny SLD Marek Dyduch. -
      Na część zaciągniemy kredyt.

      A co z zaległym czynszem? Według dyrektora Miętusa władze krajowe Sojuszu
      zadeklarowały ustnie uregulowanie tego rachunku. - U nas słowo droższe
      pieniędzy - potwierdza Dyduch. - Zapłacimy wszystko.

      W świetle ustawy o partiach politycznych partia nie może prowadzić działalności
      gospodarczej. Co więc SLD zrobi z hotelem i restauracją? - Powołamy podmiot
      gospodarczy, któremu wydzierżawimy tę część obiektu - deklaruje Dyduch. Jednak
      według prof. Stanisława Gebethnera, eksperta od finansowania partii
      politycznych, SLD nie może założyć podmiotu gospodarczego ani wydzierżawić
      części swojego majątku. Może jedynie go sprzedać.

      Tymczasem kandydat na prezydenta Warszawy poseł Antoni Macierewicz wniósł do
      prokuratury doniesienie o niegospodarności władz gminy. Chodzi mu o 1,8 mln zł
      czynszu niewyegzekwowanego od Servicusa. - Pan Macierewicz sam nie jest w
      porządku - komentuje Miętus. - Zalega gminie z zapłatą za lokal wynajmowany na
      biuro poselskie 5 tys. zł plus 600 zł odsetek. To się kwalifikuje do
      wypowiedzenia mu umowy.

      Decyzja o sprzedaży Rozbratu zapadnie w najbliższych dniach.
    • Gość: Skrzypek Wybitni probierzy wina z SLD a wybory sam. IP: *.AlfaOmega.pl 06.10.02, 02:05
      Jak SLD-UP wypadło z wyborów w Sokółce

      Listy kandydatów SLD-UP do rady powiatu sokólskiego nie zostały zarejestrowane
      w dwóch z czterech okręgów. Pełnomocnik komitetu Grzegorz Daszuta nie
      dostarczył ich na czas do komitetu wyborczego, bo był... niedysponowany

      Przypomnijmy, że na zarejestrowanie list kandydatów w wyborach do samorządów
      był czas do ubiegłego piątku do północy.

      Daszuta przyznał się przed zrozpaczonymi kandydatami i lokalnymi działaczami
      SLD, że był niedysponowany oraz przeprosił za swoje zachowanie. O tym, dlaczego
      był niedysponowany, wszyscy wiedzą - nieoficjalnie mówi się, że był to skutek
      spożycia alkoholu - ale nikt głośno nie chce tego potwierdzić.

      Na niezarejestrowanych listach znajdowali się znani w powiecie ludzie m.in.
      dyrektor gimnazjum w Krynkach, komendant policji w Dąbrowie Białostockiej oraz
      jeden z obecnych radnych powiatowych. Ich szanse w wyborach były bardzo duże.
      Swoją szansę w wyborach stracił też Jan Jurgiel, prezes Gminnej
      Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Sidrze, który powiedział nam: - Byłem na
      drugim miejscu na liście i miałem ogromne poparcie wśród mieszkańców, a przez
      takie nieodpowiedzialne działanie ludzi z SLD moje wysiłki poszły na marne.

      Na szczęście dla koalicji w Sokółce było dwóch pełnomocników komitetu
      wyborczego. Ten drugi zarejestrował swoje dwie listy.

      Grzegorz Daszuta zajmował się ostatnio wydawaniem lokalnej gazety i pracował w
      sokólskim biurze posłanki SLD Barbary Ciruk. Prawdopodobnie zostanie wyrzucony
      z partii. O tym zadecyduje sztab wojewódzki SLD.
    • Gość: Skrzypek Wybitni fachowcy szukają sobie poparcia IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 10:16
      Boniek na "liście roboczej"; trener kadry "zażenowany i zdziwiony" 2002-10-08
      (06:06)

      Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Zbigniew Boniek jest "zażenowany i
      zdziwiony" wpisaniem bez uzgodnienia jego nazwiska na listę osób popierających
      kandydaturę Sławomira Pietrasa (SLD-UP) na prezydenta Poznania.

      Z wielkim zażenowaniem i zdziwieniem przyjąłem tę wiadomość, gdyż zawsze na
      politykę patrzyłem z dużego dystansu. Nikt mi tego nie proponował ani nie pytał
      o zgodę. Zastanawiam się, kto tym manipulował. Wpisanie mnie na listę
      kandydatów popierających Sławomira Pietrasa odbyło się absolutnie bez mojej
      wiedzy i aprobaty. Moją partią zawsze był sport polski, a dzisiaj jest nią
      reprezentacja narodowa i nie życzę sobie, aby w jakiejkolwiek kampanii
      politycznej było wplątane moje nazwisko - powiedział Boniek w poniedziałek.

      Maciej Wilczak, szef komitetu wyborczego Pietrasa wyjaśnił PAP, że Zbigniew
      Boniek został wpisany bez swojej wiedzy na tzw. roboczą listę komitetu
      honorowego popierającego kandydaturę Pietrasa, ale obecnie został z niej
      wykreślony.

      Mimo kilkukrotnych informacji pozostawianych Zbigniewowi Bońkowi przez Stefana
      Antkowiaka (wiceprezes PZPN, członek komitetu wyborczego Pietrasa) do dnia
      dzisiejszego trener reprezentacji Polski nie udzielił naszemu komitetowi
      odpowiedzi, czy wchodzi w skład komitetu honorowego wspierającego Sławomira
      Pietrasa - powiedział Wilczak.

      Podkreślił, że w jego opinii, wpisanie Zbigniewa Bońka na listę osobistości
      popierających kandydaturę Pietrasa było działaniem dla dobra Poznania.

      Ta lista jest ciągle otwarta, jest robocza. Jeżeli Zbigniew Boniek będzie
      zainteresowany poparciem naszego kandydata, to jesteśmy ciągle na to otwarci -
      dodał Wilczak. (mag)
    • Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' dbają o kobiety IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 10:18
      Jak SLD tłumaczy się po wyrzuceniu Zuzanny Dziży


      Rozmawiał Marcin Kowalski 07-10-2002

      Marcin Kowalski: Za bójkę sąd partyjny wyrzucił z SLD kandydatkę na radną
      Zuzannę Dziżę, a pozostawił jej przeciwnika innego działacza partii Andrzeja
      Narolewskiego. Zdaniem sądu to ona sprowokowała bijatykę z działaczem
      bydgoskiego Sojuszu. Pani rządzi w SLD w Bydgoszczy. Nie czuje Pani z Dziżą
      kobiecej solidarności?

      Grażyna Ciemniak, szefowa bydgoskiego SLD: Czuję solidarność ze wszystkimi
      członkami SLD, bez względu na płeć. A szczególną więź z młodymi ludźmi. Są
      jednak granice, i pani Dziża je przekroczyła.

      Wierzy Pani, że drobna Dziża pobiła Narolewskiego?

      - Znam oświadczenia świadków zdarzenia, poznał je również sąd partyjny, decyzja
      jest taka, a nie inna. Zarząd miejski SLD nie rozstrzygał, kto kogo pobił. To
      zrobił sąd, ja orzeczenie sądu szanuję.

      Piętno odciśnięte na życiu

      Marcin Kowalski: Sąd partyjny wyrzucił z SLD bydgoską radną Zuzannę Dziżę.
      Zdaniem sądu to ona sprowokowała bójkę z Andrzejem Narolewskim, szefem jednego
      z bydgoskich kół Sojuszu. Pan nazywał Dziżę "naszą Zuzią kochaną". Może Zuzia w
      rzeczywistości nie jest aż taka kochana?

      Jerzy Wenderlich, rzecznik prasowy SLD: Znam doskonale Zuzannę i Andrzeja.
      Zawsze postrzegałem tę dwójkę jako osoby stonowane, taktowne, łagodne, pełne
      przyjaźni wobec ludzi. Wielokrotnie współpracując z nimi, doświadczałem tego, o
      czym mówię. Tym większy mój żal, że to zdarzenie miało miejsce i teraz odciśnie
      się piętnem na całym ich życiu.

      Wyrok sądu partyjnego sugeruje, że to Dziża - drobna dziewczyna - biła
      Narolewskiego -wysokiego mężczyznę. Wierzy Pan w to?

      - Nie komentuję wyroków sądów. Nawet partyjnych. Wierzę, że skład orzekający
      miał wiedzę, która pozwoliła wyciągnąć takie właśnie wnioski.

      A czy starzy działacze Sojuszu mogą mieć wyrzuty sumienia po tym, co się stało
      w bydgoskim SLD?

      - Myślę, że tak. Podkreślałem: najbardziej zadowolony byłbym, gdyby można było
      cofnąć czas i owe złe pięć minut, które przytrafiło się tym dwóm młodym
      ludziom, nigdy się nie wydarzyło. Szkoda, że nikt ze starszych działaczy temu
      nie zapobiegł.
    • Gość: Skrzypek Białystok czyli wg kandydata SLD -Warmia i Mazury IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 14:47
      Cokolwiek nonszalanckiego kandydata na prezydenta Białegostoku (Podlasie)
      wystawia SLD. Na ulotce Zbigniewa Puchalskiego widnieje napis "Ziemia Warmińsko-
      Mazurska". Zaraz tam na niego krzyczą, że nie wie, skąd kandyduje. Wielkie
      mecyje, dwieście kilometrów wte czy wewte...
      tygodnik.wprost.pl/index.php3?numer=1037&art=13777&dzial=10
    • Gość: Skrzypek Warszawa-Gromada a SLD IP: *.AlfaOmega.pl 08.10.02, 23:01
      Kolejny skandal w gminie Centrum?
      • Roman Budzyński, prezes Gromady (08-10-02, 02:00)
      Iwona Szpala, Jan Fusiecki 08-10-2002

      Zdominowane przez SLD władze gminy Centrum chcą darować Gromadzie grunt o
      wartości co najmniej 4 mln dol. - Działacze Sojuszu spieszą się, by pozałatwiać
      sprawy jeszcze przed wyborami - mówi się w kuluarach

      Chodzi o działkę u zbiegu al. Żwirki Wigury i ul. Wawelskiej obstawioną
      skromnymi kempingowymi drewniakami. Jednak sednem sprawy jest grunt (przeszło
      hektar). Nie wiadomo, jaką cenę osiągnąłby na przetargu, do którego najpewniej
      nie dojdzie - włodarze gminy Centrum postanowili bowiem teren wydzierżawić
      Gromadzie na 30 lat. To najdłuższy okres dzierżawy, jaki przewidują przyjęte w
      gminie zasady.

      Ogólnokrajowa Spółdzielnia Turystyczna "Gromada" zadomowiła się na Ochocie
      jeszcze za czasów PRL. Wtedy dostała tylko część terenu (2,9 tys. m kw. - w
      użytkowanie, bez prawa własności), teraz miałaby dostać 10 tys. m kw. - zdaniem
      ochockich urzędników ich wartość to co najmniej 4 mln dol.

      Entuzjazm szefa

      Okazuje się, że w sprawę zaangażował się osobiście Jan Wieteska, burmistrz
      gminy Centrum i szef warszawskiego SLD. Latem zaproponował swoim podwładnym z
      urzędu Ochoty, by przystali na jego koncepcję i zaakceptowali propozycję
      dzierżawy.

      Początkowo wizja burmistrza nie wywołała entuzjazmu. Andrzej Borkowski (PO),
      dyrektor Ochoty, był przeciw, a Roman Rogalski (SLD) - za. Uchwała nie więc
      zyskała akceptacji.

      Ale Wieteska nie poddał się: "Uprzejmie proszę o ponowne rozpatrzenie projektu
      uchwały w pełnym składzie Zarządu Dzielnicy Ochota" - czytamy w piśmie, które
      burmistrz wysłał na Ochotę. Tym razem dzięki głosowi wicedyrektora Ochoty
      Andrzeja Boguty (SLD) projekt przeszedł.

      - Gromada to jest czysto polski kapitał. My tylko opiniowaliśmy. Decyzja leży
      po stronie burmistrza Wieteski - tak uzasadnia swoje stanowisko Andrzej Boguta.

      Były naciski

      Dziś sprawa ma trafić na sesję rady Ochoty. - Kroi się skandal - komentuje
      Jarosław Szostakowski (UW), radny Ochoty. - Nie dość, że chcą przepchnąć umowę
      ewidentnie niekorzystną dla gminy, to jeszcze w projekcie uchwały nie ma opinii
      prawnej. Jak więc mamy debatować?

      Faktycznie - radca prawny Ochoty napisał pod projektem "sprawdzono pod względem
      formalno-prawnym bez oceny uzasadnienia projektu uchwały przedstawionego przez
      zarząd gminy Warszawa-Centrum ze względu na niekompletność dokumentacji".

      Z uzasadnienia uchwały nie wiadomo, dlaczego zarząd Centrum chce wydzierżawić
      teren Gromadzie i dlaczego chce ją obdarować aż hektarem terenu.

      Nie potrafił tego wyjaśnić Krzysztof Stanisławiak, dyrektor biura informacji i
      wydawnictw w gminie Centrum. Powiedział tylko "Gazecie", że sprawa nie jest
      jeszcze załatwiona, a więc nie jest "bytem", oraz to, że Gromada w zamian za
      teren obiecała jakieś inwestycje. Jakie? Na to pytanie nie odpowiedział.

      Nieoficjalnie działacze SLD mówią: w sprawie Gromady są naciski z góry, ma ona
      opinię firmy od lat powiązanej z Sojuszem. Choć sam jej prezes Roman Budzyński
      twierdzi, że tak nie jest.
    • Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD !!!do handlu z Chinami IP: *.AlfaOmega.pl 09.10.02, 01:33
      Ech Leszek mówił, że SLD we wszystkim będzie lepsza od AWS i chyba ma rację!
      Oto kolejny przykład "przedsiębiorczości" SLD tym razem w handlu z
      Chinami.Poseł SLD zablokował przyjęcie dezyderatu w sprawie przestrzegania praw
      człowieka
      Biznes przede wszystkim

      Jan Chaładaj, wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych, od dłuższego czasu
      przeciwstawiał się przyjęciu dezyderatu krytykującego rząd ChRL za łamanie praw
      człowieka

      (c) BARTŁOMIEJ SOWA/AGENCJA GAZETA

      Poseł SLD Jan Chaładaj zablokował przyjęcie przez Sejmową Komisję Spraw
      Zagranicznych dezyderatu dotyczącego przestrzegania praw człowieka w Chinach.
      Chaładaj jest wicedyrektorem firmy Kolmex, która prowadzi interesy z
      Chińczykami.


      Kolmex od początku lat dziewięćdziesiątych bezskutecznie usiłuje sprzedać w
      Chinach 89 wagonów towarowych. Transakcja warta jest w przybliżeniu 30 milionów
      złotych. Spółka, w której pracuje poseł, otrzyma od tej sumy prowizję.

      Poseł SLD w rozmowie z "Rzeczpospolitą" początkowo utrzymywał, że obecnie
      Kolmex nie prowadzi interesów z Chińczykami. Później przyznał, że chce sprzedać
      wagony. - Stoją w Braniewie i co kwartał są remontowane. Chcemy je sprzedać w
      Chinach, bo są przystosowane do chińskich warunków. Ostatnio zaproponowaliśmy
      je jednej z chińskich prowincji - powiedział nam Chaładaj. Twierdzi jednak, że
      jego działalność w parlamencie nie ma nic wspólnego z planowaną transakcją. -
      Polityczne oświadczenia w praktyce nic nie zmieniają, a tylko irytują stronę
      chińską - mówi.


      Jak Czesi w 1938 roku


      Jan Chaładaj jako wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych od dłuższego czasu
      przeciwstawiał się przyjęciu dezyderatu krytykującego rząd ChRL za łamanie praw
      człowieka. Wczoraj komisja - zgodnie z propozycją posła SLD - odrzuciła projekt
      takiej uchwały. Zamiast niej przyjęto stanowisko komisji, mówiące o
      konieczności utrzymywania intensywnych kontaktów gospodarczych z ChRL. Jedynie
      na marginesie komisja wskazała na konieczność poruszania kwestii praw człowieka
      przy okazji kontaktów z Chinami. Jako przewodniczący polskiej grupy Unii
      Międzyparlamentarnej Chaładaj blokował także utworzenie polsko-tybetańskiej
      grupy w Sejmie - argumentując, że nie można powoływać grup z regionami, lecz z
      państwami. Sytuacji nie zmieniło to, że inicjatorzy grupy zgodzili się
      przemianować ją na zespół poselski (takie zespoły tworzą posłowie o różnych
      zainteresowaniach) - do dziś zespół polsko-tybetański z trudnych do wyjaśnienia
      przyczyn nie został zarejestrowany.

      Poseł Chaładaj sprzeciwia się krytykowaniu Chińczyków, bo - jak mówi - obawia
      się popsucia stosunków gospodarczych. - Nie wiem, czy mały kraj wielkości
      powiatu chińskiego powinien pozwalać sobie na konfrontacyjną politykę (...).
      Bardzo łatwo taki kraj jak Polska odciąć od jakichkolwiek kontaktów (...).
      Takie szczypanie przez mały kraik dużego mocarstwa nie przynosi pozytywnych
      skutków - to wypowiedzi posła Chaładaja podczas jednego z posiedzeń Komisji
      Spraw Zagranicznych. Polityk SLD w rozmowie z "Rzeczpospolitą" podkreślał, że
      jest przeciwny łamaniu praw człowieka w Chinach, jednak uważa, że takimi
      sprawami nie powinien zajmować się parlament, ale organizacje pozarządowe. -
      Mamy dylemat taki jak Czesi w 1938 roku - bić się z Niemcami czy poddać się.
      Musimy pamiętać, że Polska jest petentem w stosunkach z Chinami - argumentuje
      poseł SLD, wzywając polskich polityków do ostrożności i pragmatyzmu.


      Kto za wami stoi?


      Posłów opozycji zbulwersowało, gdy dowiedzieli się, że Jan Chaładaj dostarczył
      marszałkowi Sejmu Markowi Borowskiemu pismo ambasadora Chin, w którym ten
      ostatni krytycznie recenzuje inicjatywę dotyczącą dezyderatu w sprawie łamania
      praw człowieka w Chinach i powołania grupy polsko-tybetańskiej.

      Nazwali nawet Chaładaja "chińskim łącznikiem". Polityk SLD jednak zaprzecza
      swoim bliskim związkom z chińskimi dyplomatami. - W ambasadzie Chin byłem tylko
      raz, a list do marszałka dostałem od ambasadora, który złożył mi kurtuazyjną
      wizytę - mówi. Podczas posiedzenia komisji sam zaatakował polityków opozycji,
      pytając ich: "Kto za wami stoi?". I podkreślał, że jemu nigdy nie zdarzyło się,
      aby wyborcy, których przyjmuje w biurze poselskim, domagali się potępienia
      władz chińskich.

      Marek Kotlarski, który jako szef gabinetu ministra transportu obserwował w
      poprzedniej kadencji działalność Chaładaja, uważa, że polityk lewicy od lat
      osiemdziesiątych był zaangażowany w relacje między młodymi komunistami
      chińskimi a polskimi. - Jest tu wiele różnych zależności, a te osiemdziesiąt
      kilka wagonów to tylko przyczynek. Chodzi bardziej o sprawy mentalności - uważa
      Kotlarski.

      Jan Chaładaj jest związany z Chinami przynajmniej od lat 80. Jako dyrektor
      Juventuru był tam w 1987 roku z delegacją ZG ZSMP (wraz z obecnym szefem MON
      Jerzym Szmajdzińskim i Markiem Ungierem, dziś szefem gabinetu prezydenta
      Kwaśniewskiego). Za czasów rządu Włodzimierza Cimoszewicza w 1997 roku Chaładaj
      jako wiceminister gospodarki był w Chinach z Aleksandrem Kwaśniewskim.
      Prezydent podpisał wtedy dwustronną deklarację, mówiącą m.in. o respektowaniu
      praw człowieka "z uwzględnieniem realnej sytuacji obu państw" oraz uznaniu Chin
      za "jedno państwo", którym "jest ChRL". Wczoraj polityk SLD powiedział nam, że
      publikowane wtedy w "Rzeczpospolitej" artykuły krytyczne wobec Chińczyków
      spowodowały zerwanie uzgodnionych wcześniej umów gospodarczych.

      Beata Kopyt,

      Marcin Dominik Zdort


    • Gość: Skrzypek Po ryju umie więc i w radzie się sprawdzi IP: *.AlfaOmega.pl 09.10.02, 16:30
      Kandydat na radnego bije?

      Lubelska policja i prokuratura badają, czy kandydat na radnego pobił 12-
      letniego chłopca i 19-letniego studenta anglistyki.

      Wojciech W., syn wicemarszałka województwa lubelskiego, student prawa UMCS,
      ubiega się z listy SLD o mandat radnego miejskiego. W ostatnią niedzielę
      kandydat na radnego zatrzymał 12-latka, który miał rzekomo zrywać i niszczyć
      plakaty wyborcze. Chłopiec twierdzi, że bez powodu został pobity przez
      Wojciecha W. Rodzice chłopca zawiadomili policję.

      Tydzień wcześniej Wojciech W. wraz z innymi mężczyznami miał pobić studenta
      UMCS. Groził "wysoko postawionym" ojcem, wyzywał mnie i moją dziewczynę -
      twierdzi 19-letni Lech R. Kandydat na radnego zaprzecza tej wersji wydarzeń.

      Prokuratura na razie nie postawiła żadnych zarzutów. Materiały dotyczące obu
      spraw dopiero wczoraj trafiły na biurko Prokuratora Rejonowego. "Czekamy na
      efekt działań podjętych przez policję, które mają dokładnie wyjaśnić przebieg
      obu zdarzeń" - powiedział prokurator Tadeusz Kubalski.
    • Gość: Skrzypek Wybitni fachowcy a Mamiński IP: *.AlfaOmega.pl 10.10.02, 09:51
      Wyrzucili "martwą duszę" PAP 2002-10-09 (12:44)

      Mianem "kuriozalnego" określa Tomasz Mamiński usunięcie go z klubu
      parlamentarnego SLD po tym, gdy on sam wcześniej zrezygnował z członkostwa.
      Szef Krajowej Partii Emerytów i Rencistów zastanawia się, czy żyjemy w systemie
      niewolniczym.

      Szef KPEiR Tomasz Mamiński za kuriozalne uznał podjęcie decyzji o wykluczeniu
      go z klubu SLD już po tym, jak on sam złożył rezygnację z członkostwa w klubie
      Sojuszu.

      To jest nie do pojęcia, jak można wykluczyć kogoś, kto już nie jest członkiem
      klubu, bo złożył rezygnację - powiedział Mamiński w środę dziennikarzom.

      Przedstawił też pismo, jakie otrzymał od sekretarza klubu SLD Wacława
      Martyniuka, z którego wynika, że prezydium klubu Sojuszu rozpatrując sprawę
      Mamińskiego najpierw odrzuciło jego rezygnację i potem podjęło decyzję o
      wykluczeniu go z klubu Sojuszu.

      Mamiński zastanawiał się, czy z tego wynika, że żyjemy w systemie niewolniczym
      i nie można mieć już wolnej woli i złożyć samemu rezygnacji.

      We wtorek prezydium klubu SLD wykluczyło Mamińskiego spośród jego członków.
      Wcześniej Mamiński sam złożył rezygnację. Wykluczenie ma związek z tym, że
      KPEiR poparła Andrzeja Olechowskiego, kandydata Platformy Obywatelskiej na
      prezydenta Warszawy, a nie kandydata SLD-UP Marka Balickiego.

      W odpowiedzi na opinie niektórych polityków SLD, że on i jego partia nie
      reprezentują już interesów emerytów i rencistów, Mamiński zwrócił uwagę, że w
      klubie SLD z propozycją wprowadzania zakazu pracy dla emerytów walczył tylko on
      i przypominał też akcję protestacyjną KPEiR w 2000 r., podczas której działacze
      partii domagali się wyrównania waloryzacji rent i emerytur w związku z
      ponadplanowym wzrostem inflacji. (mp)
    • Gość: Skrzypek http://www.lopyta.go3.pl/mlodzi.htm IP: *.AlfaOmega.pl 11.10.02, 13:19
      Nie wiem co myśleć o przyszłej (oby nie) radnej, która podaje jako swój atut w
      wyborach wymiary swojego ciała. Moim zdaniem jest to po prostu perfidnie
      zakamuflowane przyznanie, że elektorat tej Pani jest złożony z ciemnych,
      śliniących się prymitywów. Jaka partia taka kandydatka?
      Za e-upr.org
    • Gość: HotNews chyba wybitne TABORETY Z SLD? www.hotnews.w.pl IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 11.10.02, 13:22
      więcej na ten temat www.hotnews.w.pl
    • Gość: Skrzypek Zwarta partia-jak SLD dba o kobiety IP: *.AlfaOmega.pl 11.10.02, 17:21
      Przepis na babę wyborczą

      Bunt wysokich obcasów w SLD-UP znajdzie finał w Międzynarodówce Socjalistycznej

      Stała się rzecz niesłychana. Działaczki lewicy podniosły krzyk, że ich partyjni
      koledzy dyskryminują je w kampanii wyborczej. Najpierw w Bydgoszczy Zarząd
      Miejski Sojuszu Lewicy Demokratycznej skreślił z listy kandydatów do rady
      miasta Zuzannę Dziżę, dotychczasową radną. Poszło o to, że między nią a jej
      partyjnym kolegą doszło do szarpaniny. Radna oświadczyła, że działacz uderzył
      ją i dusił, ale choć winnych starcia ustali dopiero sąd partyjny, Dziża już
      straciła swą wyborczą szansę.
      Potem działaczki SLD z Mazowsza poskarżyły się głośno, że są w partii
      dyskryminowane, bo mężczyźni, niepomni ich zasług, przesuwają je na dalsze
      miejsca na listach wyborczych. Mało tego - panie zapowiedziały, że swe żale
      przedstawią na forum Międzynarodówki Socjalistycznej, której Sojusz jest
      członkiem. I tak prysł mit, że lewica najbardziej ze wszystkich ugrupowań na
      polskiej scenie politycznej zabiega o płeć piękną, bo jako jedyna partia
      obiecała, iż przynajmniej 30 proc. miejsc na jej listach samorządowych zajmą
      kobiety.

      Liczbowo wszystko się zgadza - parytet został nawet w niektórych okręgach
      przekroczony. Ale, jak to czasem bywa, rzeczywistość skrzeczy. - Kobiety są w
      SLD głównie od podawania kawy i sprzątania - mówi Lucyna Orłowska z gdańskiej
      Demokratycznej Unii Kobiet (organizacja ta była jednym z pierwszych
      sygnatariuszy SLD), którą zresztą zakładała ramię w ramię z Danutą Waniek. Sama
      należy do Unii Pracy, ale ta jest w koalicji z Sojuszem, a poza tym - jak mówi
      działaczka - jej ugrupowanie nie traktuje płci pięknej lepiej niż partia
      premiera.

      - Nie startuję w tych wyborach, bo przez lata robiłyśmy za zajęczyce -
      byłyśmy w gronie kandydatów po to, by przyciągać głosy kobiet, a czołowych
      miejsc i tak nam nie dawano - dodaje Orłowska. Zapowiada jednak, że tym razem
      działaczki lewicy zamierzają upominać się o swe prawa do skutku.


      Kto chciał, wierzył
      Babski bunt w zdyscyplinowanych szeregach lewicy wyszedł na jaw, gdy Jolanta
      Gontarczyk, wicemarszałek województwa mazowieckiego, nie została liderką SLD na
      liście wyborczej. Koledzy z władz wojewódzkich Sojuszu umieścili ją na drugim
      miejscu, choć zgodnie z przedwyborczymi ustaleniami powinna być numerem jeden,
      skoro wygrała poprzednią elekcję w okręgu podwarszawskim. W dodatku zdobyła
      cztery razy więcej głosów niż kolejna osoba za nią.

      Nie pomogły odwołania do krajowych władz Sojuszu. Może protesty nawet
      Gontarczyk zaszkodziły, bo spadła na pozycję trzecią. - Musiałam ustąpić, bo
      jestem kobietą. Gdyby to mężczyzna był członkiem zarządu województwa, byłoby
      oczywiste, że będzie liderem listy - powiedziała dziennikarzom rozgoryczona
      wicemarszałek.

      Pytany o przesunięcie kandydatki w dół listy Jerzy Wenderlich, rzecznik SLD,
      mówi, iż jeśli ktoś wygrał poprzednie wybory, powinien dostać pierwszą
      pozycję. - To świetny rezultat - twierdzi. - Ale wywlekanie osobistych
      problemów na forum publiczne, jak to zrobiła pani Gontarczyk, uważam za
      nieeleganckie - dodaje.

      Działaczki Sojuszu są jednak innego zdania. Przypomniały liderom partii, że
      w rządzie Leszka Millera tylko jedna kobieta - Krystyna Łybacka - kieruje
      resortem. W samorządach też nie jest lepiej - według Gontarczyk tylko ok. 13
      proc. stanowi w nich płeć piękna.

      - Na zewnątrz wyglądało dotąd, że kobiety są w SLD traktowane lepiej niż w
      innych partiach i kto chciał, to w to wierzył - mówi Danuta Waniek, jedna z
      liderek Sojuszu. - Tymczasem sytuacja w porównaniu z tą sprzed kilku lat
      pogorszyła się. Układanie list wyborczych było kiedyś bardziej demokratyczne.
      Dzisiaj do SLD wstępują głównie panowie, zresztą znający się nawzajem. Za to
      panie przychodzą często do partii z dobrym zapleczem zawodowym i dorobkiem
      społecznym, a to się liczy, zwłaszcza w pracy samorządowej - dodaje.

      Waniek, dziś członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jest przekonana,
      iż o układach w Sojuszu decydują mężczyźni, choć kobiety mają takie same
      kompetencje i zasługi dla SLD. - Razi mnie lekceważenie pań. Jeśli na 88
      okręgów wyborczych jest tylko 9 kobiet na pierwszych miejscach naszych list, to
      dane po prostu zawstydzają - mówi. - Przypadek Jolanty Gontarczyk to już druga
      podobna sprawa. Pierwsza dotyczyła mnie - w poprzednich wyborach
      parlamentarnych też miałam otwierać listę, skoro wcześniej zwyciężyłam w
      kampanii, ale nie dostałam pierwszego miejsca. Gdyby to był mężczyzna, byłoby
      inaczej. A Gontarczyk jest niżej, bo nagle pojawił się jakiś związkowiec. Nadal
      obowiązuje w partii zasada: ostatnia na liście, pierwsza w robocie - dodaje.


      Posuń się, towarzyszu
      Rzecznik Wenderlich twierdzi, że ocena pozycji kobiet na listach Sojuszu
      zależy od proporcji. - To inne formacje polityczne mogą czerpać z SLD, bo
      dajemy dobry przykład, jak w obszar władzy zaangażować możliwie najwięcej
      kobiet - przekonuje. - Mężczyźni w sumie narzekają bardziej niż panie. Miejsce
      na liście traktowane jest w kategoriach prestiżu, ale nie ma aż tak dużego
      znaczenia wyborczego - dodaje.

      - Jest coraz gorzej - mówi tymczasem Orłowska. - W Gdańsku nie ma ani jednej
      kobiety na pierwszym miejscu. W Gdyni naszą koleżankę bez powodu usunięto z
      listy wyborczej. Podobne sygnały dostajemy z Wrocławia. Napisałyśmy list do
      premiera, ale on nie reaguje. Tym razem będziemy walczyły o swą pozycję na
      noże - zapowiada.

      Nie wszystkie członkinie koalicji SLD-UP mają jednak tak radykalne poglądy.
      W Małopolsce, jak zapewnia poseł Kazimierz Chrzanowski, szef sztabu wyborczego
      SLD w tym rejonie, nikt nie narzeka: - Kobiet jest na listach Sojuszu nawet
      nieco ponad 30 proc. Nie ma dyskryminacji, ale nie ma też preferencji. Jeśli
      panie są aktywne, powinny zajmować dobre miejsca - mówi. Jego zdaniem,
      kolejność na listach na Mazowszu wynika z wewnętrznych uzgodnień. Ale poseł
      przyznaje, że w Małopolsce też nie ma żadnej kobiety na czele listy do sejmików
      wojewódzkich - kilka pań zajmuje natomiast drugie miejsca.

      Skargę do Międzynarodówki poseł ocenia jako akt chwilowej desperacji. - Nie
      sądzę, by ta organizacja chciała decydować, kto ma być na którym miejscu w
      naszych wyborach - twierdzi.

      Barbara Kłodzińska, startująca z listy SLD w Krakowie, nie odczuwa
      dyskryminacji wyborczej ani niedoceniania jej pracy. Nie rozdziera też szat z
      powodu numeru na liście. Sama chciała być na jej końcu, bo ostatnie miejsce
      uchodzi za najlepsze zaraz po pierwszym i drugim. - Jeśli Jolanta Gontarczyk
      wygrała wybory, to wygra je także z drugiej czy trzeciej pozycji - przekonuje.

      Nieco inny pogląd ma na miejsca kandydatów posłanka SLD Izabella
      Sierakowska, szefowa Forum Równych Praw i Szans Kobiet w Sojuszu, do której
      napłynęło ok. 30 skarg działaczek partii na przesuwanie w dół list wyborczych
      czy skreślanie z nich. - Jeżeli ustala się, że ten, kto zwyciężył w poprzednich
      wyborach, otwiera listę, trzeba respektować te zapowiedzi. Jakaś przyzwoitość w
      polityce musi być. Tyle że już nie ma szans na zmianę miejsca Joli Gontarczyk
      czy kogokolwiek innego, bo listy zostały zarejestrowane. To herbata po
      obiedzie - mówi.

      Mimo to skarga do Międzynarodówki Socjalistycznej ma, jej zdaniem, sens. -
      To właściwie raport i prośba o radę. Przygotujemy opis tego, co się u nas
      dzieje i poprosimy o pomoc. Nasze koleżanki z Europy Zachodniej też miały
      kiedyś problemy - tłumaczy. - Niech podpowiedzą nam, jak się z tym uporać.

      Posłanka przyznaje, że i w jej karierze politycznej były momenty, gdy czuła
      się dyskryminowana. - Nikt inny tak głośno jak SLD nie zapowiadał, że kobiety
      będą w partii doceniane, stąd czujemy się rozczarowane traktowaniem kandydatek
      do samorządów. I krzyczymy głośno, by wyeliminować przypadki ich
      dyskryminowania. Jesteśmy rozgoryczone, skoro skarżą się działaczki z Gdań
    • Gość: Skrzypek Głos za UE to głos przeciw wolnemu rynkowi!! IP: *.AlfaOmega.pl 14.10.02, 12:24
      Szkoda, że niektórzy tego nie mogą (albo nie chcą) pojąć...
      Artykuł za stoną prokapitalistyczną
      http://www.kapitalizm.republika.pl/inne/bruksela.html
      Bruksela pogłaszcze po główce ...

      Miałem okazję niedawno zamienić krótką rozmowę z moim znajomym, który uważa,
      że Polska powinna wejść do Unii Europejskiej, ponieważ jest to wielki krok
      cywilizacyjny, jaki prowadzi do pokoju i wolnego handlu.

      Chciałem przypomnieć o dziwnej chorobie. Chorobie, jaka zaraziła również
      środowiska wolnorynkowe (ponoć, ale w ich wolnorynkowość zaczynam coraz
      bardziej powątpiewać, gdy słucham rad, żeby nacjonalizować Stocznię - to już
      osławiony kwiatek Michała Zielińskiego z "Wprost"), które nawet nie zdają sobie
      często sprawy z tego, jak bardzo przesiąkły socjalistyczną retoryką. Chodzi
      mianowicie o tzw. "rozwiązywanie problemów". Podczas gdy zwolennicy wolności
      gospodarczej wyśmiewają pomysły tworzenia nowych urzędów, struktur i funduszy w
      celu "rozwiązywania problemów", to już w przypadku instytucji międzynarodowych
      zachowują się jak naiwniacy, którzy zdają się wierzyć w skuteczność
      internacjonalnych potworków.

      Konkretnie, po kolei i bardzo skrótowo podsumujmy XX-wiecznych potomków prawa
      międzynarodowego:


      Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ). Ta organizacja uchodzi powszechnie za
      klasyczny przykład bezproduktywnej grupy, a jej początkiem była Liga Narodów,
      której wcześniejsza kompromitacja nie doprowadziła do likwidacji, a
      do "reformy". Jak widać, w przypadku instytucji państwowych, jeśli coś jest
      źle, to się nie likwiduje, tylko "reformuje". Na rynku się bankrutuje i zamyka
      biznes - w przypadku państwa dostaje się dodatkowe fundusze. Niestety zamiast
      odejść od idei ONZ, jeszcze bardziej ją rozszerzono, a w dodatku, żeby ukryć
      jej nieskuteczność, przyznano jej Nagrodę Nobla. Pokój na świecie owszem można
      wprowadzić, ale jedyną drogą jest wolny handel. Wszystkie wojny świata zawsze
      miały swój początek w protekcjonizmie. Nie ma w tym ani odrobiny przesady. Na
      wolnym rynku nie ma wojen, bo nie sposób nikogo do niczego zmuszać, a
      stosowanie przemocy jest niedopuszczalne. Wojna zaś jest narzędziem, które
      służy socjalistycznym pomysłom i rozrostowi aparatu rządowego. Socjaliści
      zapominają chociażby o tym, jak gorąco ich ruchy popierały włączanie się do
      wojen. Aby na świecie zawitał pokój potrzebny jest wolny nieskrępowany
      rządowymi decyzjami handel, a nie Kofi Annan i armia jego urzędników. Stąd
      wynika odpowiedź na pytanie, o przyczyny wojen światowych. Pierwsza Wojna była
      Wojną Protekcjonistów, a Druga Wojna była Wojną New Dealerów.
      Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Kolejnym mitem stworzonym przez
      Lewiatana jest potrzeba pomocy krajom biednym przez MFW. Rozwój ma być
      zapewniony przez stabilizowanie kursów, deficytów bilansu płatniczego itd.
      Efekt jest oczywisty, a skutek widoczny jak na dłoni - MFW udało się przez
      wiele lat w najlepszym wypadku przyczynić to rozszerzenia finansowej
      narkomanii, ociągania się z koniecznymi rynkowymi reformami w krajach
      zacofanych. Interwencje MFW to historia porażek, bo każda obligatoryjna pomoc
      prowadzi do marazmu. Potrzebny jest rynek, gdzie nie ma moralnego hazardu, jest
      racjonalna kalkulacja kosztów, a nie funkcjonowanie na zasadzie "i tak nam
      dopłacą". Ten hazard moralny - podejmowanie się przedsięwzięć, za które nikt
      nie odpowiada - może mieć bardzo destrukcyjne skutki, takie jak ostatnio w
      Argentynie. Pomijam już fakt, że MFW został wynaleziony przez keyensistów,
      którzy koniecznie chcieli się pozbyć rynkowego pieniądza (złota). W przyszłości
      miał się stać światowym Bankiem Centralnym, który emitowałby jedną światową
      walutę dla jednego światowego rządu - okropność nie do pomyślenia, ale patrząc
      na UE i monopolizacje rynku walutowego do poziomu eurostrefy, to kto wie? Tylko
      zupełnie nieodpowiedzialna osoba nazwie MFW instytucją neoliberalną.
      Neoliberalizm opowiada się za znoszeniem takich instytucji.
      Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). To jest perełka wśród
      organizacji międzynarodowych ze względu na swoją epicką nazwę. No, bo przecież
      nie może być współpracy gospodarczej i rozwoju bez istnienia takiej
      organizacji, nieprawdaż? Możemy się śmiać z pomysłowości i wysuwać propozycję
      stworzenia organizacji pomyślności i uśmiechu, ale OECD to nie tylko zwykłe
      przysłowiowe "koryto", a kolejne zagrożenie dla wolności. Chodzi mi tutaj
      przede wszystkim o atak na raje podatkowe i "walkę z brudnymi pieniędzmi". Tak
      naprawdę chodzi o likwidację tajemnicy bankowej oraz możliwość opodatkowywania
      obywateli i ich ciężko zarobionych pieniędzy. Niektórzy nazywają OECD rezerwą
      UE, służącą właśnie do takich celów. Unia od dawna chciała się zabrać za raje
      podatkowe, ale przecież nie leży to w jej ciągle rosnącej mocy, więc zawsze
      może wejść kuchennymi drzwiami. Na nich jest tabliczka Organizacji Współpracy
      Gospodarczej i Rozwoju.
      Światowa Organizacja Handlu (WTO). Tutaj z kolei plakietka sugeruje, że należy
      organizować światowy handel. Konkretnie, chodzi o to, że jest to miejsce
      przepychanek, do którego przyjeżdżają przedstawiciele różnych większych krajów
      i kłócą się, czy drewno z Kanady może mieć cła o 5% niższe i czy UE zmniejszy
      dopłaty farmerom o 2,5%. Czy wolno zwiększyć subwencje Amerykanom i o ile może
      UE zwiększyć dopłaty wyrównawcze. Organizacja to międzynarodowe spotkania wokół
      stołu, przy którym kłócą się rządy reprezentujące określone lobby, promując
      wąskie grupy interesu.
      NAFTA, CEFTA ... To jest zestaw krewnych WTO, organizacji, które również
      zamiast promować wolny handel promują walkę interesów i tego, kto potrafi
      wsadzić więcej pieniędzy w kieszenie łatwo korumpujących się urzędników. Mitem
      rozpowszechnianym w Polsce jest twierdzenie, że NAFTA to porozumienie o wolnym
      handlu. Tymczasem tam też są przepisy, normy, regulacje, które umożliwiają
      manipulowanie handlem przez władzę. To porozumienie, jakie jest wstępem do
      planowania handlu na całym kontynencie. A poza tym - czy naprawdę ktoś wierzy w
      to, że George Bush i Bill Clinton opowiadają się za wolnym handlem?

      No i na koniec mój ulubiony przypadek:


      Unia Europejska - o jakim miałem przyjemność napomknąć w tytule i częściowo w
      każdym z wymienionych już punktów. I tak, jeśli powyższe pięć przypadków to
      przebiegłe "gryzonie", to Unia Europejska jest jednym wielkim "gadem", który
      trawi coraz bardziej wolności i swobody jednostki. Każdy wolnorynkowiec będzie
      przeciwko wstąpieniu Polski do UE, bo taka jest definicja wolnorynkowca per se.
      Uzasadnienie jest oczywiste - bo jest to instytucja niemoralna. Tak - w
      przeciwieństwie do ekonomicznych kalkulatorów spierających się w mediach,
      opowiadam się przeciwko UE z samej definicji: bo jest to nieetyczne i wysoce
      niemoralne przedsięwzięcie.
      Co mam na myśli? Skupmy się skrótowo i hasłowo na najważniejszych kwestiach.
      Pierwsza kwestia to wspaniałe osławione fundusze, które rzekomo mają pomagać
      Polsce. Pominę już niesympatyczną dla władzy niespodziankę, że Polska
      prawdopodobnie będzie płatnikiem netto, o czym nie raczyła nas poinformować
      żadna prounijna gazeta. Te fundusze oczywiście budują korupcjogenne warunki,
      które przyczynią się do większego pogrążenia Polski w socjaldemokratycznym
      sosie.

      Następna korzyść z UE to rzekomo "wolny handel". Ponoć UE prowadzi do wolnego
      handlu... Nazwij cokolwiek "wolnym rynkiem", a wolnorynkowe naiwniaki łykną
      równo wszyściutko, co się im na tacy poda, mawiał Murray Rothbard. Weźmy sobie
      pierwszy przykład z brzegu - banany, o których pisałem w innym artykule.
      Niedługo Polska przestanie importować tanie, dobre, lepsze, zdrowsze banany z
      Kostaryki, bo jakieś tam lobby wywalczyło sobie wyłączność na rynku i banany,
      jakie są na unijnym rynku, pochodzą z byłych kolonii. Gorsze, droższe, etc. Ale
      co ważniejsze - odbiera się wolny wybór. "Wolny wybór" -
      najwyraźniej "wolnorynkowcy" opowi
    • Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD- posady w ubezpieczeniach IP: *.AlfaOmega.pl 14.10.02, 12:30
      Apetyt na rady

      Ubezpieczenia

      Rząd chciałby kolejnych stanowisk do rozdawania. Tym razem w towarzystwach
      ubezpieczeniowych.


      Prace nad nowym prawem ubezpieczeniowym stały się dla rządu pretekstem do
      rozszerzania strefy wpływów w prywatnym biznesie i zdobywania nowych stanowisk
      dla swoich ludzi. Rząd chce, by podległa mu Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i
      Funduszy Emerytalnych (KNUiFE) mogła wydawać zalecenia zarządom firm
      ubezpieczeniowych. Zignorowanie zaleceń miałoby grozić utratą licencji lub karą
      finansową. KNUiFE ma też zatwierdzać skład zarządów firm - obecnie zakłady mają
      jedynie obowiązek powiadomienia komisji o zmianach w zarządzie. Nie koniec
      jednak na tym. KNUiFE rękami posłów starała się wprowadzać kolejne poprawki w
      sejmowej podkomisji zajmującej się nowym prawem. Anna Filek z SLD zgłosiła
      pomysł, by KNUiFE mogła obsadzać jedną trzecią miejsc w radach nadzorczych firm
      ubezpieczeniowych.
      Rzecz jasna, plany ręcznego sterowania prywatnym biznesem nie podobają się
      ubezpieczycielom. - Ingerowanie przez rządową administrację w skład rad byłoby
      precedensem w Europie - oburza się Jerzy Wysocki, prezes Polskiej Izby
      Ubezpieczeń. Na jego wniosek sejmowa podkomisja odrzuciła w ubiegłym tygodniu
      poprawkę o obsadzaniu miejsc w radach, ale to nie znacza, że pomysł nie
      powróci. - Na komisji albo na posiedzeniu Sejmu wszystko może się zdarzyć -
      twierdzi Grzegorz Woźny (SLD) z ubezpieczeniowej podkomisji.
      Pomysły KNUiFE mają aprobatę Ministerstwa Finansów. - Nadzór nad firmami
      ubezpieczeniowymi powinien być zwiększony. Za delegowaniem do rad nadzorczych
      przemawia wiele racji, trudno więc oceniać, co zgłoszą posłowie - kwituje
      wiceminister finansów Jan Czekaj. Zdaniem autorów poprawki rozbudowany nadzór
      nad towarzystwami pozwoli kontrolować wypłacalność firm i lepiej dbać o interes
      ubezpieczonych.
      "Newsweek" dotarł do kolejnej, już przygotowanej poprawki, która leży w
      szufladach KNUiFE. Jeśli wejdzie w życie, wszyscy właściciele mieszkań będą
      musieli obowiązkowo ubezpieczyć swoje lokale m.in. od katastrof i terroryzmu.
      To co najmniej podwoi zyski towarzystw ubezpieczeniowych z polis
      mieszkaniowych. - Za pomocą tej marchewki władza chce skłonić ubezpieczycieli
      do zgody na ingerencję rządu w rynek ubezpieczeń - tłumaczy Kazimierz
      Marcinkiewicz, poseł PiS, członek podkomisji ubezpieczeniowej. Projekt zakłada,
      że każdy właściciel mieszkania będzie musiał wykupić co roku polisę od ognia,
      huraganu, śniegu, trzęsień ziemi itp. Podobne rozwiązanie obowiązuje w kilku
      niemieckich landach. - Taka ustawa zapewniłaby nam rzeszę klientów - przyznaje
      Tomasz Fill, rzecznik PZU. Dziś z jedenastu milionów gospodarstw domowych
      ubezpieczone są zaledwie trzy miliony - 90 proc. w PZU. Według Jana
      Monkiewicza, przewodniczącego KNUiFE, nowa polisa miałaby kosztować od 50 do
      100 zł.
      - Obowiązkowe ubezpieczenie byłoby formą ochrony właścicieli mieszkań i domów
      przed skutkami ich niefrasobliwości - tłumaczy Robert Tkaczyk z AIG Polska.
      Byłoby również korzystne dla budżetu państwa, gdyż w przypadku np. powodzi rząd
      uniknąłby wydatków na pomoc poszkodowanym. - Obowiązkowa polisa podwoiłaby
      przychody firm ubezpieczeniowych ze składek na ubezpieczenia mieszkań - uważa
      Zygmunt Kostkiewicz, były prezes PZU SA. Lwią część tych pieniędzy zgarnęłoby
      PZU należące w większości do skarbu państwa. W zamian za to rządzący chcieliby
      dostać do dyspozycji ok. 200 lukratywnych posad w radach nadzorczych. Bez
      kosztów własnych.

      Grzegorz Indulski
    • Gość: z Re: 'wybitni fachowcy' z SLD !!! IP: proxy / *.cpe.net.cable.rogers.com 14.10.02, 20:01
    • Gość: Skrzypek Włocławek- silni, zwarci IP: *.AlfaOmega.pl 15.10.02, 14:32
      Poseł Chodynicki bez SLD

      Kolejne zawirowania wyborcze w SLD. Członkiem partii nie jest już poseł Ryszard
      Chodynicki, a lada dzień może też zostać wydalony z Klubu Parlamentarnego.
      Został usunięty z szeregów partyjnych za kandydowanie na prezydenta Włocławka z
      ramienia komitetu wyborczego Front dla Włocławka, podczas gdy koalicyjny
      komitet SLD - UP popiera na to stanowisko Stanisława Wawrzonkoskiego - obecnego
      prezydenta miasta. Usunięcie z Sojuszu grozi we Włocławku także kilku innym
      działaczom, którzy aktywnie wspierają listę Frontu.
    • Gość: Skrzypek Policja a czerwoni fachowcy IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 10:40
      Komendanci policji z opiniami czy bez?
      Posłowie SLD chcą pozbawić samorządowców i wojewodów prawa do opiniowania
      kandydatów na komendantów

      Udział burmistrzów, prezydentów miast oraz wojewodów w obsadzaniu stanowisk
      komendantów od początku budził wiele kontrowersji. Jeszcze przed wprowadzeniem
      takiego rozwiązania pojawiały się głosy, że doprowadzi to do upolitycznienia
      policji.
      Do 1999 r. obsada stanowisk komendantów była wewnętrzną sprawą policji. Po
      reformie wprowadzono wymóg organizacji konkursów oraz opiniowania lub
      zatwierdzania kandydata przez samorządowców i wojewodów. Przymierzający się do
      stanowisk komendantów powiatowych muszą być opiniowani przez samorząd, a
      przyszli komendanci wojewódzcy i komendant stołeczny - zatwierdzani przez
      wojewodów.
      Teraz posłowie SLD chcą powrócić do dawnego systemu i odejść od opiniowania
      oraz zatwierdzania kandydatów przez samorządowców i wojewodów. Przygotowanym
      przez nich poselskim projektem zmian w ustawie o policji zajmie się sejmowa
      Komisja Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nasze informacje potwierdził poseł
      Jerzy Dziewulski, członek komisji.
      Policjanci z którymi rozmawialiśmy, wskazują na wiele nieprawidłowości, które
      są wynikiem udziału samorządowców w obsadzie stanowisk.
      - Samorządowcy to politycy. Jeżeli zatwierdzają kandydata, chcą wpływów - mówi
      jeden z komendantów proszący o zachowanie anonimowości. - Mówią otwarcie: "my
      cię postawiliśmy i my cię możemy zdjąć". Dochodzi do tego, że komendanci stają
      się zakładnikami lokalnych układów politycznych.
      Marek Kamiński, burmistrz warszawskiej gminy Targówek nie zgadza się z taką
      opinią.
      - Uważam, że opiniowanie kandydatów to dobry model. Mamy lepsze kontakty z
      policją, lepiej się rozumiemy - mówi Kamiński. Dodaje, że w jego gminie nigdy
      poza opinią nie dochodziło do żadnych nacisków na komendanta, a decyzje
      ostateczne co do obsady pozostawiano zwierzchnikowi, czyli komendantowi
      stołecznemu.
      Poseł Dziewulski wskazuje na nieprawidłowości, do których dochodzi podczas
      konkursów w samej policji. - Startują koledzy z tej samej jednostki i zaczyna
      się niezdrowa rywalizacja - mówi poseł.
      - Jest podkopywanie, przekazywanie prasie "haków" na kontrkandydata albo układy
      typu "wycofaj się, a ja cię później zrobię naczelnikiem wydziału" - opowiada
      jeden z komendantów. - I jak później razem pracować?
      Policjanci opowiadają, że samorządowcy próbują także wpływać na pracę policji.
      W jednym z miast wojewódzkich samorządowcy chcieli ingerować w metody pracy
      operacyjnej, w innej jednostce wyznaczali komendantowi rejony miasta, które
      trzeba szczególnie patrolować - chodziło o osiedle, gdzie mieszka wielu
      lokalnych prominentów.
      Odejścia od konkursów i opiniowania chce także poseł Konstanty Miodowicz (PO).
      - Powinniśmy budować silną, scentralizowaną policję. Udział polityków w
      obsadzie dowódców policji wyklucza taką możliwość - - uważa Miodowicz.

      Magdalena Rubaj
    • Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD- zlikwidują senat !!! IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 16:16
      SLD zmierza do likwidacji Senatu PAP 2002-03-20 (20:31)

      W parlamencie powstanie Komisja Konstytucyjna, która zajmie się zmianami w
      ustawie zasadniczej zmierzającymi m.in. do likwidacji Senatu. Szefem Komisji ma
      zostać Ryszard Kalisz (SLD). To ustalenia środowego spotkania senatorów SLD z
      premierem Leszkiem Millerem.

      Premier powiedział po spotkaniu, że głosy w sprawie likwidacji Senatu są
      zróżnicowane. Bardzo wyraźnie widać podział opinii. Dla jednych jest to
      oczywiste, dla drugich mniej oczywiste: uważają że Senat ma swoje walory -
      mówił.

      Miller dodał, że komisja konstytucyjna, której będzie przewodniczył Ryszard
      Kalisz zajmie się nie tylko kwestią Senatu. Inną sprawą może być wprowadzenie
      przepisu, który sankcjonowałby wiosenny termin wyborów parlamentarnych.

      W lutym za likwidacją Senatu opowiedziała się Krajowa Konwencja Sojuszu.
      Delegaci zwrócili się do Klubu SLD o podjęcie działań legislacyjnych, by
      przyszłe wybory wyłoniły już jednoizbowy parlament, a także o przygotowanie
      projektu ustawy, która na stałe wprowadzi wiosenny termin wyborów
      parlamentarnych i samorządowych.
    • Gość: Skrzypek 'wybitni fachowcy' z SLD nie zlikwidują senatu!!! IP: *.AlfaOmega.pl 18.10.02, 16:18
      Senatorowie SLD-UP już nie chcą likwidować Senatu PAP 2002-06-14 (17:25)

      Senatorowie SLD-UP zgodzili się z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, że
      obecnie nie jest dobry czas na rozpoczynanie procesu zmian w konstytucji, w tym
      na likwidację Senatu.

      Pan prezydent uważa, że dziś nie jest dobra pora, ani czas na "otwarcie"
      konstytucji, ponieważ rozwiązanie tego konstytucyjnego worka mogłoby spowodować
      kłopoty z jego zamknięciem - relacjonował piątkowe spotkanie senatorów SLD-UP z
      Aleksandrem Kwaśniewskim wicemarszałek Senatu Ryszard Jarzembowski.

      Szczególnie w tych warunkach społecznych i gospodarczych, w sytuacji napięć
      politycznych jakie mamy obecnie, pan prezydent jest ostatnim, który byłby
      skłonny na to się zgodzić - dodał.

      Jarzembowski podkreślił, że żaden z 15 senatorów zabierających głos nie wyraził
      opinii przeciwnej niż prezydent.
    • Gość: Skrzypek Film o wybitnym fachowcu Millerze IP: *.AlfaOmega.pl 19.10.02, 13:11
      Na 25 października, tuż przed ciszą wyborczą, telewizja publiczna zaplanowała
      emisję filmu o Leszku Millerze. To jeden z przykładów, kiedy w mediach
      publicznych szczególnymi względami cieszy się Sojusz Lewicy Demokratycznej, a
      nie jest to bez znaczenia zwłaszcza przed wyborami.
    • Gość: Skrzypek Balicki-równiejszy wśród równych IP: *.AlfaOmega.pl 21.10.02, 13:50
      Kampania na wszystkich frontach
      Marek Balicki - równiejszy spośród równych

      Balicki u Danuty Ryszkowskiej jako senator i przewodniczący Senackiej Komisji
      Polityki Społecznej i Zdrowia ("Rozmowa dnia", TVP3, 10 października, godz.
      16.45, powtórka godz. 19.45)
      Kto i co pomaga kandydatowi SLD na prezydenta Warszawy osiągać coraz lepsze
      wyniki w sondażach? Premier, który z Balickim spotyka się i jeździ po Polsce,
      sieć z książkami i płytami Empik czy telewizja publiczna?
      Premier Leszek Miller odwiedził wczoraj po południu Szkołę Główną Gospodarstwa
      Wiejskiego. Na spotkanie ze studentami zabrał ze sobą Marka Balickiego,
      kandydata SLD - UP na prezydenta Warszawy. Nie pierwszy raz i zapewne nie
      ostatni szef rządu zaangażował się w promocję kandydata lewicy w tych wyborach.
      Balicki w talk-show jako lekarz i ojciec syna studiującego za granicą: "Czy
      warto zatrzymywać młodych ludzi w Polsce? Warto" ("Między nami" TVP1, 12
      października, godz. 15.50)
      10 października senator Marek Balicki poprosił premiera "o pilne spotkanie" -
      poinformowało Centrum Informacyjne Rządu. Po spotkaniu przewidziano wypowiedzi
      dla prasy. Media dowiedziały się, że Balicki (choć sam jest parlamentarzystą!)
      poprosił premiera o wstrzymanie prac parlamentarnych nad nowelą ustawy o
      dodatkach mieszkaniowych. Balicki poprosił też premiera o apel do szefów klubów
      parlamentarnych, by w budżecie zwiększono sumy na dodatki mieszkaniowe. Leszek
      Miller zaapelował.

      16 października premier udał się z wizytą do Zakładów Ursus. Towarzyszył mu
      m.in. minister skarbu Wiesław Kaczmarek i Marek Balicki. W programie były m.in.
      prezentacja ciągników i pokaz poszczególnych etapów ich produkcji.

      W ostatni piątek Balicki pojawił się na spotkaniu zorganizowanym przez sieć
      Empik. Jak wykryła "Gazeta Wyborcza" pięćdziesięciu pierwszych uczestników
      spotkania miało otrzymać 50 proc. rabatu na zakupy w tym sklepie. - Wycofaliśmy
      się z tego, bo rabat budził wiele kontrowersji i dyskusję w Państwowej Komisji
      Wyborczej - mówi rzeczniczka Empiku Beata Woszczyńska. Zdaniem jednego z
      ekspertów PKW niedopuszczalne jest fundowanie bonusów za aktywny udział w
      spotkaniu wyborczym. Na ulotce z Balickim sieć zapewnia, że "następni kandydaci
      wkrótce". Kto i kiedy? - Czekamy na odpowiedź ze sztabów wyborczych - mówi
      Woszczyńska.




      Balicki u Piotra Gembarowskiego jako senator: "W całej Polsce powinny być
      jednakowe stawki za usługi medyczne" ("Gość Jedynki", TVP1, 12 października,
      godz. 17.25
      Nie zasypia gruszek w popiele także telewizja publiczna, która już od kilku lat
      oskarżana jest przez centroprawicę o wspieranie lewej strony sceny politycznej.
      W lipcu tego roku zareagowała nawet Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji
      zaniepokojona "występującą w programach informacyjnych i publicystycznych
      telewizji publicznej dysproporcją czasu wystąpień przedstawicieli rządu i
      ugrupowań opozycyjnych". KRRiTV w swym stanowisku stwierdziła, że
      oczekuje "podjęcia działań zmierzających do usunięcia istniejących dysproporcji
      oraz gwarantujących realizację ustawowych obowiązków". Nie wygląda na to, by
      władze TVP wzięły sobie te oczekiwania do serca. I w tej kampanii publiczna
      telewizja najszerzej otworzyła drzwi dla kandydata lewicy. Marek Balicki
      pojawił się nie tylko w "Forum" (8 października), programie z udziałem
      przedstawicieli partii politycznych, ale miał też okazję udzielić wywiadów: 10
      października w TVP3 w "Rozmowie dnia", a 12 października w TVP1 w "Gościu
      Jedynki", najpopularniejszym programie publicystycznym. Balicki wystąpił tu
      wyłącznie jako "senator i przewodniczący Senackiej Komisji Polityki Społecznej
      i Zdrowia". Prowadzący Piotr Gembarowski tylko na tym skupił swe wszystkie
      pytania: "O zdrowiu chciałbym właśnie... " - zaczął i tego planu przez całą
      rozmowę się trzymał.
      Dokładnie tego samego dnia (12 października) kandydat SLD - UP wystąpił w
      popołudniowym talk-show "Między nami" TVP1 o polskiej emigracji. Balicki
      wystąpił tam m.in. obok aktorki, która wiele lat przebywała w USA,
      anestezjologa, który mieszkał w Holandii i konsula generalnego ambasady
      amerykańskiej w Polsce. "Sporo ludzi po pobycie za granicą wraca do Polski i
      wnosi do naszej codzienności wiele cennych wartości" - mówił kandydat na
      prezydenta stolicy. W programie przedstawiono go tylko: "Marek Balicki.
      Lekarz". - Zaprosiliśmy go, bo jego syn studiował medycynę w Oxfordzie -
      tłumaczy producent Andrzej Kruk. Ale do kolejnego programu o polskich
      kierowcach, wyemitowanego w minioną sobotę, żadnych polityków już nie
      zaproszono.

      Przeciwnicy Balickiego mogą tylko o takich występach pomarzyć, choć mają wyższe
      notowania w sondażach. Andrzej Olechowski ostatni raz występował tuż po
      wakacjach w porannej rozmowie o niewielkiej oglądalności pt. "Woronicza 17".
      Innych występów jego sztab nie pamięta. A Lech Kaczyński? - Niech pani nie
      żartuje. Przecież ja od wielu miesięcy nie jestem zapraszany do takich
      programów - odpowiada.

      Luiza Zalewska
    • Gość: Skrzypek Ustka-SLD woli biznes niż motłoch z Unii Pracy IP: *.AlfaOmega.pl 22.10.02, 12:01
      SLD w Ustce woli od socjalistycznego motłochu z UP kolesi z grubym portfelem.

      Ustka: Rozwód SLD i UP
      SLD i UP przyzwyczaiły już Polaków wspólnego działania. Partie razem rządzą i
      razem też idą do wyborów samorządowych, ale są miejsca gdzie ta polityczna
      miłość zamieniła się w nienawiść. W Ustce na listach SLD-UP nie ma ani jednego
      członka Unii Pracy.

      Obrażeni unici domagają się w sądzie wykreślenia nazwy swojej partii z nazwy
      komitetu rywali.

      Dla koalicjantów z Unii Pracy nie starczyło miejsc, ponieważ usteckie SLD
      porozumiało się z lokalnymi biznesmenami i to oni znaleźli się na listach
      lewicy. SLD twierdzi, że unici wcale o takie miejsca nie prosili, ale UO
      odpowiada, że to kłamstwo.

      Skoro nazwa komitetu SLD-UP jest fikcją, to unici żądają wykreślenia nazwy
      swojej partii. Sąd odrzucił jednak ten wniosek. UP w ciągu doby zamierza się
      odwołać od tego postanowienia.

      Kłótnia lokalnych działaczy trwa i chyba już nic nie pogodzi tej pary, tym
      bardziej, że rozstaje się ona w sądzie, a nie w zaciszu gabinetów.(PAP)
Pełna wersja