Gość: ewta-de
IP: *.dip.t-dialin.net
02.10.02, 23:57
UWAGA NADCHODZI!
Na dużej amerykańskiej farmie, która dostarcza mięsa koncernom
żywnościowym, jest od... 100 tysięcy do ćwierć miliona świń – mówi Agnes van
Volkenburgeh, lekarz weterynarii i konsultant Instytutu Ochrony Zwierząt w
Waszyngtonie. Stoją w ciasnych, betonowych, kilkunastopiętrowych klatkach.
Chodzi o to, by się nie ruszały i nie traciły na wadze...
Gigantyczne farmy zajmują tysiące hektarów. Ponieważ rzeźne zwierzęta
zamiast podłóg mają ruszty, więc fekalia rzeką płyną po okolicy. Jeśli
myślicie, że w tak nowoczesnym i stawianym nam wiecznie za wzór kraju jak
USA, ktoś dba o ochronę środowiska, to się grubo mylicie. Producenci mają
taką kasę, że potrafią każdemu zamknąć dziób. Odpady przedostają się więc do
pobliskich rzek i jezior oraz wód podskórnych. Wokół ferm tworzą się laguny
kału i moczu. Niektóre są tak wielkie, że aby zobaczyć całość trzeba
samolotu. Wszystkiemu, zwłaszcza latem, towarzyszy potworny odór. Jednym
słowem: amerykański syf.
CIAŁO ODPADA
W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od takich farm chorują nie tylko
zwierzęta, ale i ludzie. Coraz pospolitsza jest fisteria. Ta paskudna choroba
w końcowym stadium objawia się... odpadaniem kawałków ciała żywego
zwierzęcia. Choróbsko jest też groźne dla człowieka. Oczywiście, koncerny
dbają, by cena świń była jak najniższa, konkurencyjna, a zysk pewny. Lecą
więc po kosztach i faszerują tuczniki antybiotykami. Zwierzęta wprawdzie
rzadziej chorują, ale za to konsumentom hamburgerów coraz częściej na gębach
pojawiają się wypryski. A to tylko początek zagrożenia, bo nadużywanie
antybiotyków może doprowadzić nawet do zgonu.
Na amerykańskiej farmie ubój odbywa się mechanicznie, przeciętnie w ciągu
godziny trzeba zabić 1200 świń – kontynuuje A. van Volkenburgh. Na zabicie
jednej jest więc sześć sekund. W tak krótkim czasie nie zawsze udaje się
uśmiercić zwierzę. Do oparzalni część z nich trafia więc jeszcze za życia.
W takim kombinacie możliwości kontroli weterynaryjnej są ograniczone. W
praktyce inspektor ma godzinę, by skontrolować, czy 1500 świń nadaje się do
przerobu na żywność. Koncerny dysponują olbrzymimi pieniędzmi , dzięki czemu
nikt się ich zbytnio nie czepia, a ewentualne kary za trucie środowiska
dostają symboliczne.
LICZY SIĘ KASA
Amerykańskich farmerów, którzy nie produkują dla koncernów, spotkał już
taki los, jaki wkrótce czeka polskich rolników. Nie idzie bowiem o to, by
żywność była zdrowa, ale tania. Nie musi być też smaczna, wystarczy, by było
jej dużo. Liczy się kasa, nie zaś gust i zdrowie konsumenta.
Jestem jednym z niewielu indywidualnych farmerów w Karolinie pźłnocnej,
który świnie jeszcze hoduje – mówi czarnoskóry Jeff Wilkins z broniącej
farmerów organizacji „FARM”. Pozostali zbankrutowali, bo wielkie koncerny
sprzedają mięso po dużo niższej cenie.
Aby hodowla była opłacalna, Jeff z każdej sprzedanej świni musi mieć 10 –
12 dolarów zysku. Tymczasem wielkie koncerny zadowalają się zyskiem... 50
centów na sztuce. Nie sprzedają, jak Wilkins, kilkudziesięciu świń rocznie,
ale setki tysięcy. Dyktują ceny wykańczają amerykańskich farmerów. Jeff, aby
nie zbankrutować, musi dorabiać w szkole jako nauczyciel.
Ale bogaci jankesi (także ci, którzy zarabiają kokosy na truciu innych
ludzi) dobrze wiedzą, co jest grane. Nastała moda na jadanie w drogich,
ekskluzywnych restauracjach, w których podaje się jedynie wyselekcjonowaną,
ekologiczną żywność. Ci, których stać, chcą płacić dużo, byle mieć pewność,
że jedzą zdrowo. Tę szansę usiłują wykorzystać niektórzy bankrutujący
farmerzy, jak np. rodzina Depuis.
Moi rodzice nie załamali się agresją pseudo rolniczych gigantów – opowiada
Brian Depuis, 20 – letni student... filozofii. Produkują ekologiczną żywność,
a ja po skończeniu studiów także zajmę się prowadzeniem farmy. Moim marzeniem
jest, by gospodarstwa w USA wyglądały tak jak w Polsce...
KUCHENNYMI DRZWIAMI
Amerykańskie koncerny nie mogą wejść z większością swoich towarów na rynki
Unii Europejskiej, bo nie przestrzegają wyznaczonych przez nie norm –
kontynuuje A. van
Volkenburgh – ale obiektem ich zainteresowania staje się Polska, bo to
szansa na wejście do Unii Kuchennymi drzwiami. Uważajcie na nich!
W naszym kraju już wkrótce zapewne zaczną powstawać gigantyczne, groźne dla
otoczenia farmy. Zawsze przecież można dać w łapę, komu trzeba. Jeśli nawet
jankesi będą musieli płacić nasze kary za trucie środowiska, to dla nich
pestka. Zysk przewyższy ich wartość tysiące razy. Chłop zaś ze swoją bez
antybiotykową świnią co najwyżej będzie ozdobą turystycznych folderów o
Polsce. I wtedy będzie tak, jak marzy sobie pospołu polska prawica i lewica:
staniemy się takim samym krajem jak USA. Tylko cola i
Hamburgery. Żeby coś zjeść, to chyba trzeba będzie jechać do Rosji. No tak,
tyle tylko, że jankesi i tam już dotarli.
R. Krawiecki
Przygotował: ewta-de,smacznego
PS. Kiedy odwiedzałem w ubiegłym roku Polskę, w sklepach tzw. hiper-super -
marketach od jasnej cholery widziałem towarów spożywczych made in usa.
Co Państwo na to?