Gość: niewazne
IP: *.wlfdle1.on.wave.home.com
01.10.01, 19:38
Felieton;
Krzysztof Teodor Toeplitz
Dwie klepsydry
W chwili, kiedy to piszę, sytuacja powyborcza jest na pozór mocno zagmatwana,
równocześnie zaś krystalicznie przejrzysta. Zagmatwana, ponieważ nie wiadomo,
jak zwycięska koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy poradzi sobie
z niedoborem mandatów brakujących jej do samodzielnego i pewnego rządzenia. A
przejrzysta dlatego, ponieważ wybory te oznaczają, po pierwsze, zdenerwowanie,
żeby nie powiedzieć - rozwścieczenie społeczeństwa czteroletnimi rządami AWS i
Unii Wolności, po drugie zaś, odrzucenie - mniej lub bardziej świadome - opcji
liberalnej, która dominowała w naszej polityce przez ostatnich 12 lat.
Liberałowie zebrali w tych wyborach tylko tyle, ile Platforma Obywatelska, a
więc plus minus 12%, a także tyle, ile przechowało się ich w samym SLD, chociaż
vox populi twierdzi, że gdyby na przykład prof. Belka nie przemówił w telewizji
głosem Bauca i Balcerowicza, to koalicja SLD-UP nie miałaby dzisiaj tych
kłopotów, które ma. Natomiast wszystkie inne partie, które weszły do Sejmu,
nawet te mało sympatyczne, jak np. nacjonalistyczna Liga Rodzin Polskich czy
domagające się rządów silnej ręki Prawo i Sprawiedliwość, nie mówiąc o
Samoobronie, są w swoich programach społecznych antyliberalne, domagające się
interwencji państwa i prospołecznej polityki gospodarczej. Takie są fakty.
Warto je zauważyć, choć nie zawsze trzeba się z nich cieszyć. W końcu bowiem
faszyści też głosili hasła brzmiące "prospołecznie" i nic dobrego z tego nie
wynikło. Obawiam się, że będziemy jeszcze nieraz o tym mówić przez najbliższe
cztery lata.
Tymczasem jednak chciałbym wypisać dwie klepsydry dla dwóch partii, które
zeszły ze sceny parlamentarnej. Pierwszą z nich jest oczywiście Unia Wolności.
Dobry obyczaj nakazuje, aby o odchodzących nie mówić źle. Nie będę więc
powtarzał, że Unię zgubiła jej arogancja, jej "etos", na który uroiła sobie
monopol, jej pycha. Moim zdaniem zresztą, decydujący cios Unii zadał jej własny
były przewodniczący, który nie mogąc do końca przerobić UW na radosną partię
łapczywego biznesu, opuścił jej szeregi, dając tym sygnał do powstania
Platformy Obywatelskiej.
Ale wypadek Unii Wolności jest ciekawszy, ponieważ stanowi on kolejną
porażkę "partii inteligenckiej". Przed kilkoma laty, dokładnie zaś w roku 1994,
prof. Lidia Nałęcz wydała książkę "Sen o władzy - inteligencja wobec
niepodległości". Jest to analiza dziejów różnych polskich ugrupowań
inteligenckich w okresie pomiędzy odzyskaniem niepodległości w roku 1918 a
zamachem majowym. Książkę tę można by uznać za proroczą, gdyby nie pokazywała
ona po prostu historycznej prawidłowości, że tradycyjne polskie ugrupowania
inteligenckie, które w czasach ucisku i zniewolenia potrafią pełnić rolę
przywódcy narodu, nie umieją jej utrzymać w okresach wolności. Autorka
pisze: "Niezastąpieni w chwilach, gdy liczyły się ofiarność i posłannictwo,
stracili na znaczeniu w warunkach wolności, demokracji i parlamentaryzmu". A
także: "Oczekiwano, iż ofiary poniesione w walce o wyzwolenie, a także
wykształcenie i kwalifikacje, przysporzą społecznego uznania, które znajdzie
wyraz w poparciu w wyborach parlamentarnych. Słowem, liczono na udział we
władzy". Ale ten udział jest niemożliwy poza autentycznym związkiem z
interesami wielkich grup społecznych. Unia uroiła sobie jako tę grupę "klasę
średnią", ale co to jest u nas "klasa średnia"? Drobni przedsiębiorcy, których -
przy błogosławieństwie Unii - wypierają z rynku ci wielcy, krajowi i
zagraniczni? Sfera budżetowa, która za rządów Unii brała najsroższe cięgi, a i
teraz ona głównie zapłaci za "dziurę budżetową"?
Po porażce Unii Wolności słyszy się głosy o upadku inteligencji jako warstwy i
podeptaniu jej wartości. Gdyby tak miało być naprawdę, byłaby to rzeczywiście
dramatyczna strata. Ale poza wyodrębnionymi "partiami inteligenckimi" istnieją
tysięczne przykłady wiodącej roli inteligencji w wielkich ruchach społecznych,
bez której ruchy te nie byłyby w stanie osiągać swoich celów. Przykładem tego
jest choćby socjaldemokracja niemiecka. "Etos" w wydaniu Unii Wolności,
ograniczony do własnego kręgu, budził sprzeciw i ironię. Ale etos bez
cudzysłowu, wyprowadzony również z inteligenckiego poczucia misji społecznej,
kulturalnej i cywilizacyjnej, jest niezbędnym składnikiem polityki. Myślę więc,
że zwłaszcza SLD stoi dzisiaj przed arcyważnym zadaniem, aby po usunięciu na
margines UW z jej bagażem politycznym przejąć jej zainteresowania kulturalne,
jej europejską perspektywę, jej uniwersalizm. Bez tego bowiem rzeczywiście może
się okazać, że polskie życie społeczne straci jakąś wartość, bez której stanie
się uboższe, a inteligencja zejdzie na psy. Tak stać się nie musi, chociaż
może, jeśli zwycięzców zawiedzie wyobraźnia.
Druga klepsydra należy się partii, której zejście ze sceny wydaje się jeszcze
bardziej definitywne. Nie chodzi mi tu wcale o AWS, ten koślawy twór
zakulisowych komeraży Mariana Krzaklewskiego. Myślę natomiast o PPS, malutkiej
partyjce, która nie potrafiła unieść swego wielkiego imienia. Z narastającą
zgrozą patrzyłem na samobójstwo tej partii, która jeszcze przed kilkoma laty
budziła moją sympatię. A była to jedyna partia, która ośmielała się nazwać
antykapitalistyczną, nie wstydziła się też języka analizy klasowej, który choć
zdolny wyjaśnić niejedno, stał się dziwnie niemodny także na lewicy. PPS także
zgromadził wokół siebie krąg niegłupiej młodzieży, podobnej do tej, z jakiej na
świecie wykluwa się dzisiaj ruch antyglobalizacyjny, którego przyszłość dopiero
nadchodzi. Zamiast jednak pielęgnować te cechy, o których poczytać można choćby
w piśmie "Lewą nogą", PPS rzucił się w awanturę wyborczą, w której zabrakło tej
mądrości, że w dzisiejszej Polsce jest miejsce dla wielu barw lewicy, lecz nie
ma miejsca dla wielu partii lewicy konkurujących ze sobą w wyborach.
Zajadłość? Doktrynerstwo? Głupota?
Nie wiem. Ale szkoda mi tej najstarszej partii lewicy, której niedługo pewnie
nie będzie już w ogóle.
http://www.przeglad-tygodnik.pl/