Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
26.10.02, 23:21
Tygodnik Powszechny" zachowuje nadal tchórzliwe milczenie, nie chce się
przyznać swoim czytelnikom do kompromitującej wpadki z wydrukowaniem w
piśmie, mieniącym się katolickim, ataku na katolickie media, pióra zajadłego
publicysty antykościelnego, stałego współpracownika fanatycznie
antyreligijnego periodyku "Bez Dogmatu" - Jana Woleńskiego.
Zamiast merytorycznej polemiki wydrukowano dwa personalne ataki na mnie:
jakiegoś "smutnego Żyda" z Gliwic, fałszującego przebieg spotkania ze mną w
Gliwicach, i tekst Woleńskiego, pełny oszczerczych kalumnii na temat mojej
biografii (Do sprawy tych oszczerstw jeszcze powrócę).
"Tygodnik Powszechny" kontynuuje również - zamiast uczciwej dyskusji - pełne
zakłamań i epitetów ataki na katolickie media: Radio Maryja i "Nasz
Dziennik". Świeżo zrobiono to w najnowszym numerze z 27 października piórem
znanego z fanatyzmu w tropieniu rzekomych antysemitów Sergiusza Kowalskiego
ze Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita". Posunął się on do porównania
Radia Maryja i "Naszego Dziennika" z "Nie", sugerując, że są one dużo
niebezpieczniejsze (!) niż szmatławiec Urbana. Takich to autorów i takich
metod używa redakcja "Tygodnika Powszechnego" w swej nieprzebierającej w
środkach kampanii wobec katolickich mediów. Przypomnijmy więc dalsze fakty
ilustrujące, skąd wynikają źródła tych zacietrzewień w redakcji
nieprzypadkowo coraz częściej nazywanej "Obłudnikiem Powszechnym".
Na początek podaję uzupełnienie tekstu z poprzedniego numeru na temat roli
zastępcy redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" i ministra spraw
wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.
Krzysztof Kozłowski jako wybielacz esbeków
"Gołębie serce" Krzysztofa Kozłowskiego wobec dawnych SB, MSW, a nawet ich
szefów, skrajnie poirytowało niegdyś słynnego publicystę emigracyjnego
Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Oto, co napisał m.in. na ten temat
w "Dzienniku pisanym nocą" pod datą 25 maja 1995 roku:
"W Tygodniku Powszechnym ukazała się w połowie maja nota pod groźnym
tytułem 'Insynuacja'. Napisał ją senator Krzysztof Kozłowski (...). Celowo
nie wnikałem głębiej w meritum owej 'Insynuacji'; wspominałem za to jej
autora - gdy rok temu w Krakowie, na proszonej kolacji, usiłował biesiadników
przekonać, tokując bez przerwy, że powinni zmienić zdanie o generale
Kiszczaku, jeśli jest ono 'przypadkiem niezbyt pochlebne'. (...)
Dziś przyszedł list z Warszawy od mojego przyjaciela, którego bardzo cenię; i
do którego mam zaufanie. Pisze (...): 'W 'Insynuacji' Kozłowskiego
odnajdziesz w stanie krystalicznym mentalność i moralność twórców Grubej
Kreski. Kozłowski określa tajnych współpracowników SB jako 'mających luźny
związek ze sprawą (Pyjasa)'. Ten luźny związek dwadzieścia lat temu polegał
na zamordowaniu Pyjasa, a dzisiaj z kolei polega na niemożności ujawnienia
nazwisk morderców i ich mocodawców [podkr. - J.R.N.]. Wielka szkoda, że nie
nagrałem na kasecie rozmowy prof. Strzembosza i mec. Bednarkiewicza, którzy
mówią o przyczynach nieukarania nikogo za zbrodnie popełnione w PRL, m.in. o
bezwstydnym przewlekaniu tych spraw przez niektórych sędziów, np. w przypadku
zabitych górników w kopalni Wujek. Ale Kozłowski jak lew broni ich dobrego
imienia'.
'Nie na tym koniec - ciągnie mój korespondent. - Kto został szefem zespołu
doradców Oleksego? Major SB Andrzej Anklewicz, który w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych miał wielkie i nadzwyczajne sukcesy w
inwigilowaniu i tropieniu opozycji. Co na to senator Kozłowski? Będę go
zawsze bronił (mówi o majorze), to wspaniały fachowiec, zweryfikowaliśmy go
pozytywnie (czyli zostawiliśmy w SB po 1989) ze względu na jego zasługi?
Zasługi dla kogo?'
Może już czas, żeby się nad tym zastanowić, zamiast połykać jak głupia gęś
tuczna coraz to nowe kluski ze znakiem Grubej Kreski. Nawet jeśli 'ludzie
mający luźny związek ze sprawą Pyjasa' oraz im podobni staną w końcu przed
sądem, szkoda została już dokonana (...) I pomyśleć: Krzysztof Kozłowski,
autor 'Obrazu Tygodnia', drugiej obok felietonu Kisiela kolumny 'Tygodnika
Powszechnego'" (G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, Warszawa 1998,
s. 392-393).
Dlaczego K. Kozłowski tak bronił i wybielał byłych esbeków? Pytanie to
pozostaje bez odpowiedzi. Czyżby aż tak miłe wrażenia odniósł z rozmów z
nimi, gdy jemu, właśnie jemu "z urzędu podlegały redakcyjne kontakty ze
Służbą Bezpieczeństwa" (por. J. Żakowski, Pół wieku pod włos, "Gazeta
Wyborcza", 26 maja 1995 r.).
Doprawdy niełatwo zrozumieć podjętą przez Kozłowskiego rozpaczliwą szarżę dla
ratowania Lesława Maleszki, przez lata agenta bezpieki, później jednego z
filarów antypatriotycznej i antykościelnej publicystyki "Gazety Wyborczej",
czasem zasilającego również "Tygodnik Powszechny". Ponad pół roku temu doszło
do iście groteskowego, acz wielce pouczającego wydarzenia. Jak wiadomo,
Maleszka został po latach zdemaskowany dzięki "naukowym" aspiracjom
prowadzącego go podoficera bezpieki. Zapragnął on napisać magisterkę, a w
pracy swej nazbyt szczegółowo opisał (choć bez nazwisk) osoby prowadzonych
przez niego w Krakowie konfidentów bezpieki. Opozycjoniści z dawnego ruchu
studenckiego bez trudu rozpoznali w jednym z tych agentów bezpieki,
opatrzonym ksywą "Ketman", swego byłego kolegę i przyjaciela Maleszkę,
redaktora "Gazety Wyborczej". Ponad dwudziestu członków byłej opozycji
studenckiej z Krakowa napisało w tej sprawie demaskatorski list
do "Rzeczpospolitej". Najbardziej chyba oburzyło ich to, że ich domniemany
przyjaciel L. Maleszka współpracował z bezpieką nawet po zamordowaniu przez
nią przyjaciela studenta Stanisława Pyjasa. I nagle, niespodziewanie, jak lew
zagrzmiał w obronie byłego agenta Krzysztof Kozłowski na łamach "Gazety
Krakowskiej". Demaskatorski list na temat agenta Maleszki określił
jako "donos" (!), akcentując przy tym, że w taki sposób można tylko
skrzywdzić niewinnego, nie mając dowodów jego winy. Kozłowski miał jednak
strasznego pecha ze swym wystąpieniem obrończym. Nie zsynchronizował go z
Maleszką. A ten właśnie akurat w dniu żałosnej publikacji obrończej
Kozłowskiego w "Gazecie Krakowskiej" przyznał się do całego swego szpiclostwa
na łamach "Rzeczpospolitej". I tak wyszła straszliwa, kompromitująca
siurpryza dla p. Kozłowskiego.
Warto przy okazji przypomnieć, że brat Krzysztofa Kozłowskiego - Maciej
Kozłowski, b. wiceminister spraw zagranicznych, a obecnie ambasador RP w
Izraelu, miał stanąć przed Sądem Lustracyjnym. (zob. Lustracja
ambasadora, "Życie", 23 grudnia 1999 r.). Sprawy nie doprowadzono jednak do
końca, bo nagle stwierdzono, że lustracja nie dotyczy już M. Kozłowskiego. W
momencie podniesienia zarzutów o "kłamstwo lustracyjne" nie był już bowiem
wiceministrem, a tylko ambasadorem w Izraelu. Ambasadorów zaś lustracja nie
dotyczy - tak to "ładnie" wymyślono!
Wśród szczególnych "zasług" Krzysztofa Kozłowskiego w czasie pełnienia przez
niego kierowniczej funkcji w MSW znalazło się m.in. wpuszczenie do archiwów
MSW dość szczególnej komisji Michnika w składzie: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy
Holzer, Adam Michnik i Bogdan Kroll. Komisja ta przez parę miesięcy (od 12
kwietnia do 27 czerwca 1990 r.) działała na terenie MSW, mając dostęp do
najtajniejszych materiałów. Ze swego ponaddwumiesięcznego pobytu zostawiła
liczące zaledwie dwie strony sprawozdanie. Jak podkreślał M. Grocki w
książce "Konfidenci są wśród nas" (Warszawa, 1992 r.): korzystanie przez tę
komisję z dokumentów "odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi
w MSW" (cyt. za listem otwartym prof. dr. hab. Stanisława Borkackiego, Czego
szukała tzw. komisja Michnika?, drukowanym w "Naszym Dzienniku" z 31 sierpnia
2000 r.). Nie wiemy dotąd, jakie były efekty "pracy" tak bezprawnie
wpuszczonej do MSW "komisji Michnika", kogo z polityków czy redaktorów uznała
ona za szczególnie zagrożonych ujawnieniem akt. Fakt, że Adam Michnik po
z