xiazeluka
06.11.02, 11:08
W moje ręce przypadkiem dostała się poufna teczka (niestety niekompletna)
jednego z urzędasów MinFinu. Znajdował się w niej taki oto dokument:
"Życiorys magistra nauk medyczno-biurokratycznych Debiliusza Dokumendy
Urodziłem się w holenderskiej rodzinie imigrantów z Meksyku, pielęgnującej
nową świecką tradycję łaszenia się do mądrzejszych i/lub bogatszych. Od
dzieciństwa byłem tak paskudny z twarzy, że rodzice wieszali mi na szyi
sznurek z kawałkiem spleśniałego sera, aby przynajmniej szczury chciały się
ze mna bawić. Nie powiem, trudne dzieciństwo w okresie PRL umocniło moją wolę
unoszenia się na powierzchni szamba za wszelką cenę; stąd się właśnie bierze
moje niebanalne poczucie humoru, którym epatuję wszystkich, nawet jeśli tego
nie pragną. W latach młodzieńczych pojąłem również trudną sztukę
prestidigitatorską, polegającą na wyciąganiu przechodniom portfeli z kieszeni
marynarek lub torebek, co pozwoliło mi w przyszłości robić karierę na
odpowiednim stanowisku. Ale po kolei.
Ciemne czasy PRL rozjaśniało tylko jedno słoneczko - unoszącą się nade mną
twarz Towarzysza Balcerowicza. Już wtedy wiedziałem, że tylko On, ten geniusz
ekonomiczny, może pomóc Polsce. Do PZPR jednak nie wstąpiłem, ponieważ
wiązało się to z pewnymi obowiązkami, a ja nie lubię się przepracowywać. W
zasadzie nic nie robię poza podlizywaniem się komu trzeba. Aha, lubię także
szpanować wobec tych, których się nie boję, bo jestem poza ich zasięgiem.
W okresie szkoły podstawowej przeżyłem nieprzyjemną przygodę. Zostałem
pewnego wieczoru, kiedy bawiłem się na cmentarzu w odkopywanie grobów i
okradanie zwłok, napadnięty przez księdza i wykorzystany seksualnie. Ów
zboczony klecha opuścił mi spodnie i uderzył dłonią w mój nagi pośladek!
Zapamiętałem sobie wtedy, że ta zboczona polskojęzyczna czarna zaraza gorsza
jest od wszystkiego na świecie, nawet komunistów.
Po ukończeniu z wyróżnieniem liceum (wyróżnienie dostałem od Pani Dyrektor za
donoszenie na kolegów i cotygodniowe chwalenie jej 65-letnich wdzięków w
zaciszu jej gabinetu) udało mi się zadekować na Uniwersytecie Warszawskim. Na
egzamin wysłałem podobnego do mnie kolegę, ja natomiast zająłem się
myszkowaniem w bagażach piszących pracę wstępną; połów był na tyle udany, że
po opłaceniu trudu kolegi zostało mi nawet na kilka tubek wazeliny.
Na studiach od razu wyczułem skąd wieje wiatr i zostałem współzałożycielem
NZS (ponieważ jednak jeszcze rządziła ta wstrętna komuna, decyzję tę
uzgodniłem z moim oficerem prowadzącym z SB). Niestety, bezduszni
profesorowie nie poznali się do końca na mnie i wyrzucili na zbity pysk z
Uniwerka. Do dziś nie mogę zrozumieć jak to się stało - przecież śliniłem się
do nich jak trzeba, chwaliłem i podziwiałem ich publicznie, wiernie patrzyłem
w oczy... Dlaczego mimo to pytali mnie o rzeczy, które trzebaby było wyczytać
w grubych książkach?
Trudno - poszedłem na inną uczelnię. Akurat w Akademii Medycznej były wakaty
na kierunku weterynaryjnym o specjalności "anatomia ptaków kiwi", więc
przyjmowali bez egzaminów. Dowiedziałem się przy okazji, że "kiwi" to nie
tylko pasta do butów, ale także taki dziwny kurczak z długim dziobem,
zamieszkujący jakiś kraj na końcu świata. Pracy nie było dużo - szczególnie
dla mnie, jak na jedno z pierwszych zajęć przyniosłem zakupione na bazarze
kiwi, ale nie to, o które chodziło prowadzącemu; ów homo sovieticus
powiedział mi, że nie chce mnie widzieć na oczy, zazdrośnik jeden - więc
zacząłem czytać książki grubsze nawet od "Trybuny Ludu". Szczególnie
zafascynowały mnie publikacje o azteckich duchach i holenderskich sukcesach
gospodarczych w XVII wieku. Po przeczytaniu tych dwóch książek zostałem
wybitnym specjalistą od obu tematów.
Po 1989 r. porzuciłem te nudne studia, zostawiając sobie tylko
tytuł "doktora" wzorem innego mojego idola, magistra Kwaśniewskiego i
postanowiłem przysłużyć się ojczyźnie. Dzięki wrodzonemu talentowi do brania
w dupę załatwiłem sobie wygodną synekurę w Ministerstwie Finansów, aby być
bliżej towarz..., to jest, ministra Balcerowicza, geniusza ekonomii. Szybko
okazało się, że jestem wprost bezcenny dla społeczeństwa! Zatrudniając się na
okres nieokreślony zwalczałem tym samym bezrobocie, wisząc całymi dniami na
internecie wspierałem polskiego operatora telekomunikacyjnego, a pierdząc w
stołek z nudów dawałem pracę wytwórniom wentylatorów."
Tutaj tekst się urywa. Może dokumenda zechce dokończyć swoją biografię?