Gość: Polak-wolnynajmita
IP: *.stmnca.adelphia.net
12.01.03, 21:41
4 kadencja, 38 posiedzenie, 4 dzień (20.12.2002)
38 punkt porządku dziennego:
Informacja rządu w sprawie wyników szczytu Unii Europejskiej w Kopenhadze
(druk nr 1213).
Poseł Jan Łopuszański:
Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Zabierając głos jako poseł Porozumienia
Polskiego, chciałbym przez chwilę skupić się na zagadnieniu: w jakim stopniu
Unia Europejska, do której jesteśmy prowadzeni, realizuje tradycję
europejską, a w jakim stopniu tej tradycji zaprzecza. Mówię o tym z takim
dużym osobistym zaangażowaniem, ponieważ Europa jest moim domem. Ja z tego
domu nigdy nie wychodziłem, w związku z tym wchodzić do niego nie muszę.
(Oklaski) Nigdy też nie wysługiwałem się Moskwie, w związku z tym służba
Brukseli nie jest dla mnie przedmiotem jakichkolwiek ambicji.
Europa to nie jest Azja. Tutaj w Europie jeszcze panuje - jeszcze panuje -
świadomość, że ludzie mają swoje naturalne prawa, które powinny być szanowane
przez wszystkie społeczności, i że społeczności ludzkie, te naturalne, jak
rodziny, i te historyczne, jak narody, też mają swoje prawa, równoległe do
praw naturalnych osób ludzkich. Ponieważ istnienie tych społeczności jest
niezbędne dla osiągania rzeczywistego dobra ludzi, z których te społeczności
się składają, nikt nie powinien niszczyć tych dóbr, tych społeczności i ich
praw, bo to szkodzi ludziom. To przekonanie jest dziedzictwem Europy i to
jest podstawą dobrego ładu międzynarodowego. I to dziedzictwo Europy jest
dziś niszczone przez Unię Europejską w imię obłędnego przekonania, że narody,
realizujące swoje prawa w ramach swoich suwerennych państw, są przeszkodą w
budowaniu sprawiedliwego ładu na kontynencie europejskim i przeszkodą w
rozwoju. To jest próba cofnięcia Europy do Azji i do totalitarnych imperiów.
Podobno - tak nam mówią - Unia Europejska ma być instytucją pomocniczą w
stosunku do europejskich narodów i ich państw. Zasadę pomocniczości
propagandyści unijni odmieniają przez wszystkie możliwe przypadki, na użytek
tych, którzy, dążąc do Unii, nie czytają jej dokumentów.
Unia dąży do objęcia coraz szerszego zakresu zagadnień swoją wyłączną
kompetencją. Oprócz tego, co już dzisiaj zostało z tej trybuny przypomniane,
chciałem przypomnieć ostatnią wypowiedź pana Romano Prodiego,
przewodniczącego Komisji Europejskiej. Według niego Unia miałaby przejąć
wyłączne kompetencje w dziedzinach sprawiedliwości, bezpieczeństwa, rynku i
konkurencji, polityki gospodarczej i walutowej, rolnictwa, rybołówstwa,
transportu, wykorzystania energii jądrowej. Poza takim zakresem działalności
pozostaje folklor, oczywiście jeżeli nie zostanie objęty pracami tzw.
czwartego filaru, które się rozpoczęły.
W obszarach, które w ten sposób nie zostały objęte wyłącznością Unii, Unia
łaskawa jest stosować zasadę pomocniczości, która w wydaniu Unii polega na
tym, że wspólnota (i tutaj cytuję dokumenty, art. 2 in fine traktatu Unii
Europejskiej w związku z art. 3b traktatu o Wspólnocie Europejskiej)
podejmuje działania w zakresie, w jakim cele proponowanych działań nie mogą
być realizowane przez państwa członkowskie. Powstaje w związku z tym pytanie:
Co jest realizowanym celem i kto ten cel proponuje? Mamy tutaj do czynienia z
taką zmianą znaczenia słowa ˝pomocniczość˝, które stanowi jego oczywiste
zaprzeczenie. Tę konstatację, to stwierdzenie dedykuję zwłaszcza tym
wszystkim, którzy w przekonaniu o słuszności zasady pomocniczości, nie
czytając, nie rozumiejąc dokumentów unijnych, opowiadają kompromitujące
bzdury, że Unia tę zasadę realizuje.
To do takiej Unii, totalitaryzującej Unii, pchana jest Polska przez różne
grupy, które we współczesnej rzeczywistości podejmują niesławne dziedzictwo
Targowicy. Zadano mi niedawno pytanie w jakiejś debacie telewizyjnej: Czy nie
za ostro? Odpowiedziałem tak: Jest taki były urzędnik Unii Europejskiej,
Niemiec, pan Karol Beddermann, który został wyrzucony na bruk za to, że
wcześniej pracując w Polsce i oglądając rzeczywistość unijną i przystosowań
powiedział Polakom: To się wam nie opłaca. Opowiadał mi on, że jako
niemieckie dziecko w niemieckiej szkole uczony był, że rozbiory Polski
dokonane zostały z inicjatywy polskich przywódców, i on nie mógł w to
uwierzyć. Dopiero jak teraz przyjechał, to uwierzył. (Oklaski)
Ta Unia, do której jesteśmy pchani w sposób oczywisty, nie jest i nie będzie
silnym związkiem państw narodowych, o czym marzyć raczył Sejm
Rzeczypospolitej w swojej uchwale z poprzedniego posiedzenia. Pchani jesteśmy
do Unii, w której na podstawie orzecznictwa Europejskiego Trybunału
Sprawiedliwości od dawna uznaje się zasadę likwidacji suwerenności państw
członkowskich na rzecz wspólnoty, czemu uprzejmi są zaprzeczać niektórzy
posłowie z tej Izby, którzy nie czytają dokumentów. W związku z tym ja cytuję
jeden z wyroków Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, tym razem z 1977 r.,
w którym uznaje się, że jeżeli norma prawa krajowego w danej sprawie jest
niezgodna z normą prawa wspólnotowego - i uważajcie państwo! - to sąd krajowy
ma obowiązek niestosowania prawa krajowego i zastosowania w to miejsce prawa
wspólnotowego. Pchają nas do stworu ponadnarodowego, w którym państwo polskie
może przykładowo za zgodą Unii dopłacić rolnikom polskim nieco więcej niż
Unia sama da ze swojej kasy, ale nie więcej niż Unia pozwoli, bo gdybyśmy
samowolnie dopłacili polskim rolnikom do poziomu 100% dopłat unijnych, to tym
samym naruszalibyśmy zasadę art. 87, 88, 89 traktatu o Wspólnocie
Europejskiej.
Negocjatorzy z panem premierem na czele wracają z Kopenhagi, by ogłosić
rzekomy triumf. Ślepi czy udają, że nie widzą, że Unia domaga się działań
skutkujących wydawaniem w obce ręce polskiej własności i całych rynków? Ślepi
czy udają, że nie widzą, że Unia utrzymuje uparcie dyskryminację polskiego
rolnictwa, że domaga się działań skutkujących likwidacją hut, kopalń,
przemysłu stoczniowego? Że podejmuje działania skutkujące gigantycznym
bezrobociem, że nie stwarza ani gwarancji, ani perspektywy wzrostu dochodów
ludności Polski, na co tak wielu Polakom pomaga się bezpodstawnie liczyć? I
tak dalej, i dalej.
Mam w związku z tym pytanie natury poglądowej, najchętniej bym skierował je
do pana premiera, który niestety w tym momencie jest nieobecny. Pan premier
gościł u siebie niedawno państwa Schröderów. A gdyby tak państwo Schröderowie
zapragnęli podzielić się z panem premierem jego własnym domem. Tu nie chodzi
oczywiście o pokazywanie tego w świetle jupiterów, ale tak naprawdę i na
zawsze. Warunki byłyby mniej więcej takie: najlepsze pokoje dla nich, z
kuchni i łazienki korzystać będą Millerowie, kiedy już Schröderowie
skorzystają. Klucze trzymają oni, płacą Millerowie. Co państwo na to?
(Oklaski)
(Poseł Bogdan Pęk: Mogłoby tak być.))
Gdyby pod jakąś niegodziwą presją z czyjejkolwiek strony takiej propozycji
państwo Millerowie ulegli i utracili zdolność decydowania o swoim domu, to
można by to przyrównać do utraty niepodległości przez naród i państwo, czyli
do utraty faktycznej możliwości decydowania o swoim domu. Gdyby państwo
Millerowie upadli na głowę i zawarli z kimś prawnie wiążącą umowę o
możliwości korzystania przez innych z ich mieszkania, to można by to
przyrównać do utraty suwerenności, czyli prawa samodzielnego stanowienia o
swoich sprawach przez naród i państwo.
Sądzę, że pan Miller w sprawie swojego własnego domu nie ulegnie nikomu, kto
chciałby mu wejść na głowę. Mam jednak w związku z tym pytanie. Dlaczego
godzi się na to samo w sprawie naszego wspólnego domu, którym jest Polska?
Czy nasz polski dom jest dla niego gorszy od jego osobistego? Czy polski dom
nie został powierzony jego szczególnej trosce jako premiera? I dlaczego
kolejny krok na drodze pozbycia się prawnej możliwości samodzielnego
polskiego władania polskim domem, dokonany w Kopenhadze, ogłasza wielkim
sukcesem i jeszcze głosi, że d