absztyfikant
20.01.03, 16:02
W epoce po aferze Rywina, kiedy zaufanie do dziennikarzy zostało wystawione
na trudny test, kiedy niemożliwe stało się możliwe, a irracjonalne zaczęło
być racjonalne, uznaliśmy, że naszym obowiązkiem bardziej niż kiedykolwiek
jest demaskować fałsz. Jesteśmy przekonani, że jeżeli media wdadzą się na
swoich łamach w grę głupawych aluzji, domniemań i podszczypywania, czeka nas,
dziennikarzy, ta sama kara, jaka spotkała polityków, czyli brak zaufania i
społeczne obrzydzenie.
Z ostatnich badań angielskich psychologów Anny Marriott i Robin Dunbar, które
nagrywały rozmowy badanych (za ich wiedzą), wynika, że aż 65 proc. tego, o
czym rozmawiamy, to powtarzanie plotek. W Polsce takich badań nie prowadzono.
Ale do Marcina Perzyny, menedżera Edyty Górniak, zadzwoniło w zeszłym
tygodniu prawie stu dziennikarzy. Żaden nie pytał o nową płytę piosenkarki.
Interesowało ich tylko jedno: czy jest w ciąży i z kim. - To jakieś
szaleństwo. W tej plotce nie ma nawet ziarnka prawdy -
powiedział "Newsweekowi" Perzyna.
Teresa Grabczyńska, szefowa Biura Informacji i Komunikacji Społecznej
Kancelarii Prezydenta RP, w przesłanym do "Newsweeka" faksie
odpowiada: "Powtarzane plotki są całkowicie nieprawdziwe..." i dodaje: "...
anatomię plotki i sposób jej przekazywania najlepiej znają sami dziennikarze,
więc nie ma powodów, by odpowiedzi [prosiliśmy o refleksję, skąd takie plotki
się biorą - przyp. red.] szukali gdzie indziej".
- Jest coś niezdrowego w atmosferze wokół tej sprawy. Te mniej lub bardziej
absurdalne plotki mają sugerować wojnę na górze między prezydentem a
premierem - mówi rzecznik prasowy rządu Michał Tober. Tak czy inaczej, plotka
ta była szeroko komentowana, nawet w ostatni czwartek na obiedzie redaktorów
naczelnych największych mediów z ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem
Cimoszewiczem.
Przepis na dobrą plotkę jest prosty: trzeba wziąć dwa sławne nazwiska,
najlepiej żeńskie i męskie, dodać egzotyczną scenerię, przyprawić odrobiną
erotyki. I podać ją w odpowiedniej chwili. Plotka, która do dziś elektryzuje
dziennikarzy i polityków, spełnia wszystkie wymogi gatunku. Jest tajemnicza,
romantyczna, skandaliczna i polityczna. Jak dobra powieść szpiegowska. Łączy
dwoje ludzi z "Polish dream", polskiej bajki z happy endem. Ludzi, którzy w
powszechnej świadomości dotarli na sam szczyt. I do tego pojawia się tuż po
wybuchu gigantycznej afery łapówkarskiej z Lwem Rywinem w roli głównej oraz
premierem i redaktorem naczelnym największego dziennika w tle.
Plotka nabiera rozgłosu w momencie kryzysowym. Niskiego zaufania do elit
rządzących. - W sytuacji niepewności, kiedy każda wiadomość, nawet mało
prawdopodobna, trafia na podatny grunt - mówi prof. Dionizjusz Czubala z
Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej, który od lat zajmuje się
badaniem mechanizmu plotki. Ludzie są wtedy gotowi uwierzyć we wszystko.
Łączą przypadkowe fakty, osoby i miejsca, byle tylko zachować poczucie, że
należą do kręgu dobrze poinformowanych, znających "prawdziwe", choć ukryte
mechanizmy, rządzące otaczającym ich światem. Z tych samych powodów w
ponurych latach stanu wojennego Polskę elektryzowała plotka o potajemnym
ślubie piosenkarki Hanny Banaszak i premiera Mieczysława Rakowskiego.
Każdą plotkę, także i tę najnowszą, napędza głód wiadomości. Maciej
Wiśniowski, publicysta tygodnika "NIE", napisał długi artykuł na temat afery
Rywina i tylko trzy zdania poświęcił plotce o romansie, nie przytaczając
nazwisk bohaterów. - Ale wszystkie tygodniki podchwyciły właśnie te zdania -
żali się Wiśniowski. Tyle że u słuchającego tego żalu natychmiast rodzi się
pytanie, po co w ogóle te trzy zdania o rzekomym romansie znalazły się w
tekście o autentycznej aferze?
Bo praktyka życia publicznego III RP pokazuje, że w mnogości plotek
powstających na temat naszych polityków jak w bagnie toną afery i skandale
najzupełniej prawdziwe. Kiedy w ostatni czwartek na ekranach telewizji TVN24
Justyna Pochanke powtarzała sakramentalne - cały kraj żyje aferą Rywingate, w
studio za jej plecami dziennikarze i goście w rzeczywistości
żyli "rewelacjami" o romansie. Zwykła hipokryzja? A może doskonała metoda na
odwrócenie uwagi od przesłuchań komisji sejmowej w sprawie Rywina?
Najbardziej bodaj oplotkowywanym politykiem III Rzeczpospolitej był zausznik
Lecha Wałęsy Mieczysław Wachowski, o którym pisano m.in., że współpracował z
bezpieką i porywał dzieci. Ale paradoksalnie - im tych plotek było więcej i
im bardziej były absurdalne, tym trudniejsze okazało się wyjaśnienie jego
przeszłości i tajemnicy kariery politycznej. Stanisława Tymińskiego oskarżano
o współpracę z KGB, międzynarodówką terrorystyczną i mafią kokainową - ale do
dziś nie wiemy, kim był kandydat na prezydenta i skąd się wziął na polskiej
scenie politycznej.
Każdy plotkarz czuje się trochę jak detektyw. Opukuje tajemnicę z każdej
strony, rozpytuje znajomych, czy już słyszeli. To przyjemne uczucie. -
Uchodzi za wtajemniczonego. A to budzi zazdrość i respekt - mówi Piotr
Gajdziński, autor książki "Imperium plotki, czyli amerykańskie śniadanie z
niemowląt". Im wyżej plotkarz sięga, tym jego samopoczucie lepsze. Dlatego
ludzie z pierwszych stron gazet są na topie plotkarskich list.
Maciej Orłoś, prezenter telewizyjny, słyszał więc o sobie, że jest
homoseksualistą, a Lech Wałęsa, że dorobił się majątku na sprzedaży makaronu
(bo jedna z malborskich fabryk nosi imię jego żony Danuty). Z tego też powodu
hitem czytelniczym roku 1992 były erotyczne przygody z parlamentarzystami
Małgorzaty Domaros vel Anastazji P., która opisała je w książce "Erotyczne
immunitety".
Specyficznie polskim wariantem plotki, mogącej liczyć na popularność,
są "absolutnie pewne" informacje o "prawdziwych nazwiskach" publicznie
znanych osób. Mają dowodzić ich niepolskiego (najczęściej: żydowskiego)
pochodzenia i zarazem skrywania czegoś z własnej przeszłości. Za czasów PRL
powszechnie uważano, że plotki te rozpuszcza bezpieka, która odwołując się do
ludowego lęku przed "obcymi", chce zniechęcić społeczeństwo do działaczy
opozycyjnych i niepokornych intelektualistów. W stanie wojennym o Stefanie
Bratkowskim, liderze opozycyjnego środowiska dziennikarskiego, plotkowano, że
to Żyd. Ale na terenach Polski północno-zachodnej, gdzie żywe były
antagonizmy polsko-ukraińskie (po wojnie w ramach akcji "Wisła" przesiedlono
tam wielu Ukraińców), o tym samym dziennikarzu rozpowiadano, że to
syn "ukraińskiego nacjonalisty" o nazwisku Bratko. I oczywiście nie miało
znaczenia, że w istocie bohater plotki to syn przedwojennego polskiego
dyplomaty o szlacheckich korzeniach.
Anna Moczulska, Piotr Bratkowski
Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 04/03 na stronie 82