Kaziu i Jarek pod dywanem.

05.08.06, 09:32
marcinkiewicz musiał odejść

Towarzystwo z Ubezpieczeń


Nagłe ustąpienie Kazimierza Marcinkiewicza z funkcji premiera wprawiło w
osłupienie całą Polskę. „Jarosław Kaczyński musiał w jakiś sposób zastraszyć
Marcinkiewicza” – spekulował o dymisji, tuż po jej ogłoszeniu, znany
publicysta Jacek Żakowski. Miał nosa...



Co wyjął z rękawa Jarosław Kaczyński, żeby bijącego rekordy popularności
Kazimierza Marcinkiewicza zmusić do dymisji? Nim zajmiemy się odpowiedzią na
to pytanie, przypomnijmy kalendarium ostatnich dni byłego premiera:
6 lipca (czwartek) – „W Sopocie odbyło się spotkanie premiera Kazimierza
Marcinkiewicza i szefa Platformy Obywatelskiej Donalda Tuska. Tematem rozmowy
była polityka zagraniczna i finansowa” – podały wieczorem agencje
informacyjne;
7 lipca – „Pan premier nie sprawiał wrażenia człowieka przygnębionego, choć
nie ukrywał, że jego sytuacja w obozie rządzącym komplikuje się” – ujawnił w
południe Tusk podczas konferencji prasowej.
Marcinkiewicz spotkał się tego dnia z J. Kaczyńskim, następnie odwołał swoją
oficjalną wizytę w Chorwacji i stawił na posiedzeniu Komitetu Politycznego
PiS, który – jak ogłoszono późnym wieczorem – „przyjął do wiadomości
informację premiera o zamiarze podania się do dymisji” i „jednogłośnie
zarekomendował Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko prezesa Rady Ministrów”.
8 lipca – na zamkniętej dla mediów Radzie Politycznej PiS Kaczyński zapewnił
przybyłych z kraju delegatów, że jedynym powodem dymisji Marcinkiewicza jest
potrzeba wygrania wyborów samorządowych w Warszawie. Podczas wspólnej obu
panów konferencji prasowej szef partii podziękował premierowi, że zgodził się
objąć funkcję komisarza stolicy, a w przyszłości kandydować na funkcję jej
prezydenta. „Jestem dumny, iż tak utalentowany polityk zasila szeregi Prawa i
Sprawiedliwości” – powiedział Kaczyński. Blady i wyraźnie wstrząśnięty
Marcinkiewicz zapewnił, że dokładał najwyższych starań, by dobrze pracować na
stanowisku szefa rządu, lecz „zmieniła się sytuacja polityczna”. Przekonywał,
że PiS pozostaje jednolitym i silnym ugrupowaniem: „Wielokrotnie mówiłem, że
nie da się wbić klina pomiędzy mnie a PiS, pomiędzy mnie a prezesa
Kaczyńskiego. I tak, zgodnie z obietnicą – nie pierwszą i nie ostatnią – jest
również dzisiaj” – podkreślił;
9 lipca – podczas oficjalnego pożegnania z najbliższymi współpracownikami
Marcinkiewicz powiedział: „Przekazuję ster władzy, bo zawsze uważałem za
naturalne, że premierem rządu jest prezes zwycięskiej partii”;
10 lipca (poniedziałek) – przed południem, podczas 40-minutowej prywatnej
rozmowy z prezydentem, Marcinkiewicz złożył dymisję na ręce Lecha
Kaczyńskiego. Po spotkaniu prezydent powiedział, że była to przyjazna
rozmowa, podczas której podziękował Marcinkiewiczowi za bardzo dobre wyniki w
rządzeniu. Były premier nie wyszedł do dziennikarzy.
Przez cały dzień Jarosław Kaczyński intensywnie pracował nad uformowaniem
składu swojego gabinetu, a wieczorem prezydent powierzył bratu misję
tworzenia nowego rządu.



------------------------------------------------------------------------------
--


W ten niezwykły i prawdopodobnie najważniejszy w dotychczasowym życiu
Jarosława Kaczyńskiego poniedziałek znalazł on czas, żeby osobiście zapewnić
pewnego obywatela, iż znaną im obu „sprawę” (o której ów obywatel 5 lipca
poinformował prezesa PiS) skierował „według kompetencji, do Pana Kazimierza
Marcinkiewicza, Prezesa Rady Ministrów, oraz do wiadomości Pana Ludwika
Dorna, Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Spraw Wewnętrznych i
Administracji”, o czym czytamy w liście noszącym datę 10 lipca 2006 r. i
podpisanym przez
J. Kaczyńskiego, a adresowanym do „Szanownego Pana Ryszarda M(...)” z
Warszawy.
– Prezes tak szybko odpisał na list człowieka nie będącego wybitnym mężem
stanu? Własnoręcznie podpisał? Niemożliwe, nigdy tego sam nie robi. Takimi
sprawami zajmuje się w niższy personel biura – upierał się w rozmowie z „FiM”
jeden ze współpracowników szefa PiS-u.
I byłby nas przekonał, gdybyśmy nie dotarli do sedna wspomnianej „sprawy”,
czyli kilkunastostronicowego dokumentu o zagadkowym tytule „Czy mafia
szantażuje Premiera Marcinkiewicza? Notatka na temat najważniejszych powiązań
Sieci Monkiewicza”, który Kaczyński znalazł na swoim biurku 5 lipca i – jak
już wiemy – przeczytał na tyle dokładnie, by wiedzieć komu „według
kompetencji”, tudzież do czyjej „wiadomości” przekazać...



------------------------------------------------------------------------------
--


„Sieć Monkiewicza” to popularne w prasie finansowej (por. „Puls Biznesu” z 25
maja 2006 r.) określenie grupy osób uzależnionych służbowo lub powiązanych
towarzysko z 57-letnim prof. Janem Monkiewiczem – od kwietnia 2002 r.
przewodniczącym Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych
(centralny organ administracji rządowej, do którego kompetencji należy m.in.
nadzór nad zakładami ubezpieczeń, pośrednikami ubezpieczeniowymi, funduszami
i towarzystwami emerytalnymi itp.). Wcześniej był m.in.:
* podsekretarzem i sekretarzem stanu w Urzędzie Rady Ministrów (lata 1994–
1996, czyli w okresie „późnego” Waldemara Pawlaka i przez pełną kadencję
Józefa Oleksego na stanowisku premiera);
* prezesem zarządu PZU SA oraz przewodniczącym Rady Nadzorczej PZU Życie SA
(1996–1997). Stracił posadę, gdy wyszły na jaw dwa skandale: przekazanie
niemieckiej firmie bazy danych PZU o ubezpieczeniach komunikacyjnych, wydanie
prezesowi PZU Życie Władysławowi Jamrożemu polecenia wykupienia prawie całego
nakładu „Strategii dla Polski” – książki autorstwa wicepremiera Grzegorza
Kołodki (SLD), którego Monkiewicz był doradcą i przyjacielem;
* prezesem zarządu Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie „Polisa Życie” SA (1998–
2002), należącego do właściciela Polsatu Zygmunta Solorza-Żaka.



------------------------------------------------------------------------------
--


Domyślać się wolno, że Kaczyński z wypiekami na twarzy przeczytał notatkę
o „Sieci”. Znajdujemy bowiem w tych papierach argumentację dotyczącą jej
istnienia, opartą na specyfikacji okoliczności, z którymi autor dokumentu –
Ryszard M. (prawnik, właściciel agencji ubezpieczeniowej i... założyciel
szkoły sztuki walk wschodu), dosyć ostro skonfliktowany z czołowymi
postaciami „Sieci” – zetknął się osobiście.
Oto fragment notatki dotyczący byłego już premiera:
„Najważniejszą jednak obecnie kwestią jest pytanie, czy z mafijną »Siecią
Monkiewicza« faktycznie powiązany jest premier Kazimierz Marcinkiewicz? (…wink.
Faktem jest bowiem jedynie to, że członkowie »Sieci«
(w oryginale nazwiska w pełnym brzmieniu z uwzględnieniem kierowniczych
funkcji sprawowanych w znanych firmach ubezpieczeniowych – dop. red.)
powoływali się na skorumpowanie dla nich Marcinkiewicza przez Zbigniewa
Pusza”, który „zaprzedał się działaczom SLD i Stowarzyszeniu Ordynacka (…wink.
Niemożliwym jest chyba, aby Marcinkiewicz nie znał powiązań swojego bliskiego
kolegi”.
Czy używanie tak mocnych sformułowań jest usprawiedliwione? Ufamy, że nie,
aczkolwiek przed kilkoma dniami prokuratura uznała, że są na tyle
intrygujące, aby wyjaśnić je poprzez śledztwo...



------------------------------------------------------------------------------
--


Zbigniew Pusz – w latach 1991–1993 senator z listy Wyborczej Akcji
Katolickiej, od stycznia 1992 r. do czerwca 1995 r. wojewoda gorz
    • wikul Kaziu i Jarek walczą z układami ... 05.08.06, 21:12
      ...chyba własnymi.
    • gh10 Re: Kaziu i Jarek pod dywanem. Ciag dalszy. 08.08.06, 17:38
      Zbigniew Pusz – w latach 1991–1993 senator z listy Wyborczej Akcji Katolickiej,
      od stycznia 1992 r. do czerwca 1995 r. wojewoda gorzowski, który jako jedyny
      człowiek prawicy przetrwał na tym stanowisku, po objęciu w 1993 r. władzy przez
      koalicję SLD-PSL. „Przyjaciel rodziny” Marcinkiewicza i jego kolega partyjny z
      gorzowskiego ZChN-u, a następnie PiS-u. Swoje członkostwo w partii braci
      Kaczyńskich zawiesił w październiku 2004 r. W branży ubezpieczeniowej był już
      m.in.: prezesem Otwartego Funduszu Emerytalnego „Rodzina”, który zasłynął m.in.
      po wypłaceniu Marcinkiewiczowi 36 tys. zł za „doradztwo” (zatajonych przez
      niego w poselskim oświadczeniu majątkowym za 2001 r.), i szefem oddziału
      Compensy w Gorzowie. Od połowy 2003 roku zajmował Pusz stanowisko wicedyrektora
      warszawskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ubezpieczeń, zaś obecnie jest
      prezesem aż dwóch firm ubezpieczeniowych:
      * Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych należącego do Poczty Polskiej
      (dostał to stanowisko, gdy kierownictwo Poczty uchodziło za bastion SLD, a np.
      jej dyrektorem pionu zarządzania był Mieczysław Chabowski, niegdyś sekretarz KW
      PZPR na Wybrzeżu). „Posadą Zbigniewa Pusza w firmie ubezpieczeniowej Poczty był
      zaskoczony Kazimierz Marcinkiewicz, jeden z liderów PiS. – Pusz w »czerwonej«
      Poczcie? Nic mi o tym nie mówił – dziwił się Marcinkiewicz” – napisała w lutym
      2005 r. „Gazeta Wyborcza”;
      * Universum-Życie (kontrolowane przez firmę AICE Polska, znaną ze sprzedaży w
      przeszłości aut w tzw. systemie argentyńskim).



      Objęcie wyobraźnią sieci (przez małe „s”wink wzajemnych i ponadpartyjnych powiązań
      personalnych w branży ubezpieczeniowej, rozrysowanej Kaczyńskiemu w dokumencie
      opracowanym przez Ryszarda M., jest dla laika zadaniem ponad siły. Niemniej
      jednak musiał zwrócić uwagę prezesa PiS-u akapit, który kontynuuje cytowaną
      wyżej relację dotyczącą urzędującego premiera:
      „Przechwalali się (tu nazwiska – dop. red.), że poprzez – związanego z Grażyną
      B. – Pusza, skorumpowali Marcinkiewicza (dosłownie stwierdzali: »kupiliśmy
      Marcinkiewicza«wink, gdy był jeszcze posłem, poprzez wręczanie mu za pośrednictwem
      Pusza poważnych kwot finansowych, jako »wynagrodzenie« za
      fikcyjne »doradzanie«. Za owo »doradzanie« mieli wypłacić Marcinkiewiczowi
      następujące kwoty: kilkadziesiąt tysięcy złotych – to według Grażyny B. w
      rozmowie ze mną 27 lutego 2006 r. w Zarządzie PTU (…wink, 150 tys. zł – to według
      Mirosława F. i Henryka C. w kilkakrotnych ze mną rozmowach w Oddziale PTU…”.
      Wielce w tym wszystkim znamienny jest fakt, że 30 i 31 maja 2006 r. Zbigniew
      Pusz został poinformowany przez Ryszarda M. o powoływaniu się na niego przez
      grupę osób z ubezpieczeniowego „świecznika”, utrzymujących, że zdołały w
      przeszłości skorumpować jego przyjaciela Kazimierza Marcinkiewicza. Ba,
      pieniądze miały trafiać do urzędującego premiera za jego – osobistym Pusza –
      pośrednictwem. Co uczynił? Czy może pobiegł w te pędy do prokuratury, żeby
      przyjrzała się sprawie? Nie zrobił tego, choć jako były senator, wojewoda etc.
      doskonale znał swoją obywatelską powinność zawiadomienia stosownych organów o
      przestępstwie ściganym z urzędu.
      Także i ta okoliczność została Jarosławowi Kaczyńskiemu dokładnie wyłuszczona w
      notatce o „Sieci”...
      Mówi Zbigniew Pusz:
      – Pismo Ryszarda M. pokazałem przewodniczącemu Rady Nadzorczej, który
      zasugerował mi, żeby nic z tymi papierami nie robić i dać sobie spokój.
      Podobnego zdania była moja kancelaria prawna.
      W bezpośredniej rozmowie z Ryszardem M., toczonej w obecności dwóch moich
      świadków, powiedziałem, że zapoznałem się z przekazanym mi dokumentem i
      wyciągnę odpowiednie wnioski. Na tym nasze spotkanie się zakończyło. Jakie
      wnioski wyciągnąłem? Uprzedziłem o sprawie kolegów z Kancelarii Premiera.
      Kazimierzowi Marcinkiewiczowi nie zaprzątałem głowy. Trudno żeby bawił się
      takimi bredniami. Dopiero gdy kilkanaście dni później pojawiła się w mediach
      nieprawdziwa informacja, jakobym przekazywał jakieś pieniądze panu premierowi,
      złożyłem doniesienie o przestępczym pomówieniu mnie przez Ryszarda M.



      Dla dobra wymiaru sprawiedliwości powstrzymamy się w tym miejscu od
      prezentowania dalszych szczegółów, kto z kim i o jakich pieniądzach
      nieostrożnie rozmawiał w przytomności skrupulatnego kronikarza Ryszarda M.
      Sprawa jest już przedmiotem śledztwa (sygn. akt V Ds. 205/06) Prokuratury
      Okręgowej w Warszawie, więc byłoby z naszej strony grubym nietaktem udzielanie
      zainteresowanym pomocy w uzgodnieniu zeznań. Dla uniknięcia nieporozumień
      podkreślmy jedynie, że w cytowanej notatce nie ma jednoznacznej odpowiedzi na
      tytułowe pytanie: „Czy mafia szantażuje Premiera Marcinkiewicza?”.
      Zastanówmy się natomiast, czy kwity o „Sieci” w ręku Jarosława Kaczyńskiego,
      przy niekwestionowanych związkach Marcinkiewicza z bardzo ważnym jej „węzłem”,
      czyli Puszem, wpłynęły w jakiś sposób na dymisję premiera. Przecież zbieżność
      dat wysłania przez Jarosława Kaczyńskiego pisma do Ryszarda M. i dymisji
      premiera Marcinkiewicza jest porażająca.
      – Mogły wpłynąć, ale bardziej skłaniałbym się do przypuszczenia, że Kaczyński
      zagrał nimi, aby zneutralizować groźbę rozłamu w partii. Wszak wiadomo, iż od
      pewnego czasu podejrzewał Marcinkiewicza i kilkunastu związanych z nim posłów
      wywodzących się z ZChN o spiskowanie z Platformą Obywatelską. Ten list do
      Ryszarda M(…wink jest równie krótki, jak treściwy. Pytanie: dlaczego 10 lipca
      Kaczyński napisał, że skierował sprawę „według kompetencji” do premiera
      Marcinkiewicza, skoro ten już praktycznie nie urzędował? Myślę, że nie po to,
      iżby Ryszard M(...) miał pamiątkę do oprawienia w ramki, lecz aby Kaczyński
      mógł posłać Marcinkiewiczowi czytelny sygnał: „Wiem, znam sprawę, nie próbuj
      kombinować z Platformą”. Zupełnie natomiast nie rozumiem, dlaczego udostępnił
      dokumenty Dornowi nie „do załatwienia”, tylko „do wiadomości”, co należy
      czytać: „Ja wiem, ty wiesz, ale masz się tego nie dotykać” – mówi zbliżony do
      PiS ekspert od politycznych niuansów i niedomówień.
      Rąbka tych ostatnich uchylimy już za tydzień, kiedy nieco rozplączemy „Sieć” i
      pokażemy, jak wielką rolę w życiu prominentów politycznych odgrywa dobre
      towarzystwo. Ubezpieczeniowe...

      ANNA TARCZYŃSKA
      Tomasz ŻELEŹNY
Pełna wersja