sanatorium_psychiatryczne
11.12.06, 02:01
Popatrzcie: książki redaktora naczelnego wciąż największej i najbardziej
opiniotwórczej polskiej gazety, człowieka, którego nazwisko przywoływane jest
w mediach nieustannie, mającego na skinienie dziesiątki klakierów gotowych w
każdej chwili wysmarować dowolnych rozmiarów panegiryk, cieszącego się taką
sympatią wpływowych mediów, że każdy z tych panegiryków natychmiast zostanie
wydrukowany w ogromnym nakładzie, odczytany w radiu i telewizji - książki
kogoś tak sławnego i chwalonego od kilku lat ukazują się z adnotacją
"zrealizowano ze środków Ministerstwa Kultury"! Cała ta gigantyczna maszyna
promocyjna, jaką ma Michnik do dyspozycji, nie jest w stanie zachęcić do kupna
jego dzieł grupy ludzi na tyle licznej, aby ich sprzedaż była opłacalna choćby
na minimalnym poziomie. Przeciwnicy Michnika, których rzeszy dorobił się
równie licznej, jak zwolenników, nie kupują jego książek ze względów
oczywistych. Ale zwolennicy? Oni również ani myślą. Owszem, ze szczerym ogniem
odprawią rytualne pokłony i potwierdzą, że Michnik jest wielkim mędrcem, ale
sami na wczytywanie się w jego mądrości nie mają najmniejszej ochoty. Nie
potrzebują w najmniejszym stopniu wgłębiać się w jego rozwlekłe wywody o
jakobinach czy "polskim piekle". Po co? Przecież i bez tego wiedzą, że są one
arcymądre i wspaniałe.
Nie mogło być inaczej. Takimi metodami, po które Michnik sięgnął, metodami
zakrzykiwania i zamilczania, etycznego szantażu, moralnego terroru,
arbitralnego wyrokowania, co podłe, a co szlachetne, wykluczającego wszelkie
wątpliwości, wszelką dyskusję - nie można sobie wychować zwolenników innych,
niż bezmyślni potakiwacze. To oczywisty skutek pójścia na skróty, postawienia
na argument siły, zamiast na siłę argumentów.
A przecież nie jest to jeszcze najgorsze. Najgorsza, tak sądzę, musi być dla
niego świadomość - choć nie wiem, czy już ją posiadł - iż klęskę tę zadał
sobie sam. Rys autentycznego tragizmu Michnikowi nadaje fakt, że
Michnika-intelektualistę zabił nikt inny, tylko Michnik - polityk. Jest coś
odrażająco fascynującego, gdy wczytując się w publicystykę Michnika z
ostatnich kilku dziesięcioleci (a tę lekcję przerobiłem, i jest ona jednym z
istotnych powodów powstania niniejszej książki), obserwujemy, jak staje się
ona coraz płytsza, jak potrzeba doraźnego przykopania nakłada kaganiec myślom,
jak intelektualista sam się ochoczo kastruje, by osiągnąć maksymalną ostrość
zderzenia czerni i bieli. Jak finezja ustępuje miejsca łopatologii, a analiza
zanika na rzecz żonglerki faktami, osobami i cytatami, choćby najbardziej
karkołomnej, byle tylko pozwalała każdego pisarza, każdą postać historyczną i
każdy autorytet zaprząc do bieżących kampanii prowadzonych akurat przez
Michnika-polityka.
Znowu - nie byłby ten upadek tak głęboki, gdyby nie otoczenie się klaką,
zawsze zachwyconą, zawsze sypiącą komplementami, usłużną. Gotową przyjąć
wiwatami każdy pomysł szefa, nawet najbardziej bezsensowny i szkodliwy dla
niego samego.
www.literatura.gildia.pl/tworcy/rafal_ziemkiewicz/michnikowszczyzna/fragment