hasz0
29.04.07, 08:48
Refleksy
Krzysztof Gottesman, komentując odmowę Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy
dowiedział się, że przepytywać go będzie Tomasz Sakiewicz, ostro skrytykował
byłego prezydenta. Otóż w tej sprawie zgadzam się z A. Kwaśniewskim (co
oznacza, że koniec świata musi być już blisko).
Nie można akceptować chorego zwyczaju, że polityk to przesłuchiwany, a
dziennikarz to medialny czekista. Nie mam pretensji do Kwaśniewskiego - mam
pretensje do polityków-patriotów, że przyjmują zaproszenia od Olejnik, Lisa
czy Żakowskiego. W Hiszpanii politycy prawicy postanowili bojkotować media
lewicowe, w tym osławiony "El Pais". Nikt z sympatyzujących z nimi
dziennikarzy nie ma do nich z tego powodu pretensji.
Dziennikarze podlegają tym samym ocenom co inni ludzie. Skoro czuję pogardę
dla kogoś, to nie widzę powodu, by z nim rozmawiać. A jeśli już z wyższych
powodów decyduję się na to - to nie ma powodu, by tolerować jego chamstwo.
Ale politycy drżą przed nimi. Dziennikarzy się nie wybiera, pisze K.
Gottesman - jakby byli oni wysłannikami bogów z Olimpu lub może nimi samymi.
Na szczęście to bzdura. Wybieram jako nabywca gazety czy odbiorca mediów
elektronicznych, choćby dzięki największemu wynalazkowi XX wieku, jakim jest
wyłącznik odbiornika. Ale mam pełne prawo wybrać także jako uczestnik audycji
informacyjnej lub innej. Nie istnieje żadna moralna powinność rozmawiania z
kimś, kim się gardzi.
Czwarta władza staje się w ten sposób pierwszą, a dziennikarze jakimiś
kapłanami, których prawa dotyczące innych śmiertelników nie dotyczą. Marek
Jurek nie zdobył się swego czasu, by odpowiedzieć jak należy K. Ziemcowi z
Polskiego Radia, gdy ten ostro skrytykował drwiącą odpowiedź Powiernictwa
Polskiego na żądania protegowanych Eriki Steinbach. Antoni Macierewicz
przyjął zaproszenie do RMF, choć winien się spodziewać, że zostanie obrzucony
błotem, bez możności odpowiedzi w ramach tej konwencji. A złamać ją politycy
się boją, bo rzekomo nikt nie wygrał wojny z mediami. Jak to one same
powtarzają.
To na szczęście kłamstwo. Wygrali ją Reagan i Thatcher, a w dużym stopniu
także Jan Paweł II.
Nasuwa się tu przypomnienie wydanej dwa lata temu książki nestora
brytyjskiego dziennikarstwa Anthony'ego Simpsona. Jest to opis, jak ją
nazwał, "klasy medialnej" - w nawiązaniu do francuskiego pojęcia "klasy
politycznej". Stwierdza w niej, że stanowi ona rodzaj nowoczesnej
arystokracji, która wyznacza normy moralne i formy obyczajowe, sama nie
podlegając żadnej demokratycznej procedurze. W 1990 r. ostatnia z gazet
brytyjskich, która relacjonowała obrady Izby Gmin, czyli "The Times",
zaprzestała publikacji tych sprawozdań. W rezultacie poglądy posłów stały się
rzadko dostępnym materiałem w mediach. (...) Ich miejsce zajęły programy i
audycje komentatorów - i politycy częściej zaczęli cytować najbardziej
znanych z tych dziennikarzy, niż odwrotnie. W głównych debatach XXI wieku to
politycy zdają się obserwować z czcią i obawą osądy publicystów. Czwarta
władza okazuje się pierwszą.
Simpson zgadza się, że ten "kommentariat" (jak go ochrzcił od dyrektoriatu z
czasów rewolucji francuskiej) wytworzył własną mentalność i obraca się we
własnym środowisku, stopniowo zatracając więzi z rzeczywistością.
Dziennikarze prasowi, twierdzi, utrzymują, że tylko opisują rzeczywistość,
ale w istocie są niezwykle aktywni w jej kształtowaniu.
Ich nieodpowiedzialna przed nikim władza - cytuje na koniec Petera
Mandelsohna - nie daje się pogodzić z regułami nowoczesnej demokracji.
Gubernatorem stanu Massachusetts - czy też Ludowej Republiki Massachusetts,
jak republikanie nazywają ten tradycyjnie demokratyczny stan - jest od paru
lat konserwatysta George Romney, obecnie kandydat na prezydenta. W czasie
jednej z konferencji prasowej odmówił odpowiedzi na szczególnie agresywne
pytanie dziennikarza z lewicowego "Boston Globe". Dziennikarz nie dał za
wygraną i zganił gubernatora, mówiąc, że ignoruje głos reprezentanta ludzi...
używając słowa people, które znaczy też lud. Gubernator zawiesił na nim
wzrok - i odparł: - Reprezentuje pan tylko swoją gazetę. To ja reprezentuję
lud.
I to zdanie winno przyświecać wszystkim politykom, którzy zdobyli zaufanie
wyborców.
W III RP Adam Michnik był ważniejszy od Kwaśniewskiego, Monika Olejnik od
Suchockiej, a wszyscy dziennikarze od Jerzego Buzka. Normalność oznacza
zakończenie tej chorej sytuacji.
Piotr Skórzyński