qwardian
30.04.07, 08:16
Pruszków i gangster "Masa"
"Obawiam się powrotu do władzy polityków związanych kiedyś z mafią"
- Po pierwsze, rzeczywiście byliśmy najsilniejszą i najliczniejszą grupą w
Polsce, po drugie - nigdy nie zarobilibyśmy takiej forsy, gdyby nie prasa.
- Dziennikarze wam pomogli?
- Nieświadomie nas reklamowali. To przecierało drogę do zbierania haraczy i
zastraszania. Po co mieliśmy jeździć po kraju i demonstrować siłę, skoro
wszyscy i tak się nas bali? Pamiętam, jak w 1996 roku pojechałem z kumplem do
Konina i Leszna, żeby spacyfikować tamtejsze "zagłębie przemytnicze".
Zażądaliśmy najpierw 25 procent z zysków, a w przyszłości - połowę utargów,
gdyby potrzebowali naszej ochrony.
- Przestraszyli się was.
- Nie zrobiliśmy nic. Siedzieliśmy w knajpie, a oni w reklamówkach znosili
nam kasę. Mało tego, byli dumni, że ich "wspieramy"! Wszystkim się chwalili,
że wielki "Pruszków" do nich zawitał.
- Biznesmenom też imponowaliście?
- Sami zgłaszali się do nas po wsparcie. Dawali udział w zyskach w zamian za
ochronę. Zapraszali nas do rad nadzorczych, na rauty, na których piliśmy
wódeczkę i paliliśmy głupa.
- W radach zasiadaliście oficjalnie?
- W papierach nas nie było. Pojawialiśmy się na posiedzeniach. To był
wystarczający sygnał. Demonstracja siły. W tamtych czasach w pięć dni
zarabiałem na mercedesa klasy "S". W urzędach też mieliśmy chody, na przykład
w ambasadzie amerykańskiej. Kiedy ludzie miesiącami czekali na wizy, ja ją
dostałem od ręki - sprawę załatwiał "Słowik" za trzy tysiące dolarów.
- Może się przechwalał?
- Stałem pod ambasadą. On wszedł do środka i po godzinie wyszedł z wizą.
- Wzorowaliście się na włoskiej mafii?
- "Starzy" z zarządu oglądali filmy o chłopcach z ferajny i ojcach
chrzestnych. Zawsze przy kieliszku wpajali mi pseudosycylijskie
zasady: "Pamiętaj, Jarek, ty będziesz znany, na świeczniku, a my będziemy
sobie siedzieć na zapleczu, jeść pizzę i decydować o losach całej Polski".
- Brataliście się z policją?
- Wiedzieliśmy o wszystkich ruchach policji z Pruszkowa: "Kiełbacha" i ja.
- Skąd? Od kogo?
- Od znajomych (śmiech)... Już nie zliczę, z iloma policjantami byliśmy na
ty, bo piliśmy razem wódkę. Pomocni byli, nie powiem. Nieraz, gdy wypiłem za
dużo i nie chciałem jechać do Warszawy swoim autem, szedłem na komisariat,
dwa razy kopałem w drzwi dyżurki i zamawiałem kurs do Polonii. Kiedy w nocy
wyruszał z Pruszkowa radiowóz na sygnale, to wszyscy wiedzieli, że
wiozą "Masę".
- Poza Pruszkowem było podobnie?
- No, przecież na bramce w mojej dyskotece Planeta stali warszawscy
antyterroryści! Ale to żadna korupcja, bo chłopaki po prostu dorabiali do
kiepskich pensji. Za to policję miała w kieszeni grupa Bryndziaków ze
Żbikowa - najokrutniejsi ludzie "Pruszkowa". Kiedyś pożyczonym ode mnie BMW
zabili na drodze rowerzystę. Chwalili się zresztą, że to już trzeci na ich
koncie. Żadnej sprawy nie mieli, bo drogówka tak namieszała w kwitach, że
śladu po zdarzeniu nie było. Do dziś nie ma dowodów ich winy.
- Kupowaliście też gliniarzy zwalczających mafię?
- Mieliśmy do nich dojścia przez firmę ochroniarską "Wydział" Mieczysława
Zapióra ps. Pancernik - nieżyjącego już antyterrorysty. Zatrudniali się u
niego po godzinach. Dzięki tym koneksjom załatwiłem nalot policji na dom
Henryka Niewiadomskiego, czyli "Dziada" z Ząbek, który kazał porwać jednego z
moich ludzi z Anina.
- Ludzie "Pancernika" pracowali dla "Pruszkowa"?
- Pod koniec 1999 roku spotkałem zastępcę Mieczysława Zapióra. Zaproponował
mi, że jego policjanci mogą odpalić "starych" z zarządu "Pruszkowa".
- Odpalić, czyli zabić?
- Tak. Chcieli za to 50 tys. zł od głowy. Pytam go, niby jak chcą to zrobić?
On na to: "Wymyślimy wojnę. Punktem zapalnym będzie dyskoteka Spartakus,
wywalimy ją w powietrze". Wiary w taki scenariusz nie dawałem. Tymczasem w
drugi dzień świąt usłyszałem w telewizji, że w Spartakusie wybuchła bomba!
Jestem w stu procentach przekonany, że zrobiła to policja.
- Zatrzymanie szefów "Pruszkowa" zrehabilitowało policję?
- Skompromitowało, bo akcję spartaczono! W 2000 roku policja jednej nocy
miała zatrzymać wszystkich bossów grupy. Ale "Malizna", "Słowik" i Ryszard
Szwarc wymknęli się z obławy!
- Do akcji ściągnięto najlepszych policjantów...
- Którzy złapali tylko trzech członków zarządu. Dlaczego? Bo "Pruszków"
został ostrzeżony! O czwartej nad ranem "Malizna" dostał telefon, że ma
uciekać z domu. Wszyscy pruszkowscy byli wtedy po suto zakrapianej imprezie.
Wpadli ci, którzy byli bardziej pijani, a trzeźwiejsi wyfrunęli. Wierzycie,
że na kacu człowiek, ot tak, wychodzi sobie o piątej rano z domu? Akcja
policji była tajna, wiec przeciek musiał nastąpić z samej góry. Do dziś nie
wiadomo, kto ostrzegł "Maliznę".
- Bał się pan wtedy?
- Oczywiście. Zagrażał mi przede wszystkim "Słowik", ale też "Malizna",
Bogucki i Bryndziaki. Wiedziałem o powiązaniach grupy z politykami i
służbami. Już jako koronny, kiedy chciałem do kogoś zatelefonować, jechałem
do miasta oddalonego co najmniej 100 km, żeby mnie nie namierzono.
- Dzisiaj to zagrożenie minęło.
- Ale pojawiły się inne.
- Jakie?
- W każdej chwili mogę zostać zdekonspirowany.
- Zdarzyło się to już kiedyś?
- Tak. Raz przy kontroli drogowej, ale najgoręcej było kilka miesięcy temu w
Koninie. Byłem z kolegą w restauracji, jedliśmy kolację, rozmawialiśmy.
Lokalny watażka, który hucznie biesiadował obok, zaczął ubliżać mojemu
kumplowi. Poprosiłem barmankę, żeby zadzwoniła po policję. Wychodzimy z
lokalu, a tu zjeżdża się banda z bejsbolami. Pobili mojego przyjaciela.
Podjeżdża radiowóz, ale policjanci, zamiast łapać tamtych, nas zgarniają do
środka i wiozą na komisariat. Z watażką serdecznie poklepali się po plecach.
- Co działo się na komisariacie?
- Musiałem pokazać dokumenty, czyli zdekonspirować się. Krótko potem pod
oknami komisariatu zebrali się lokalni przestępcy. Z opresji wyciągnęli mnie
dopiero oficerowie z programu ochrony świadka.
- Czego dziś były gangster "Masa" boi się najbardziej?
- Polityków powiązanych z mafią pruszkowską. Gdyby znów doszli do władzy,
wtedy nie ochroniliby mnie nawet policjanci, którzy dziś skutecznie mnie
pilnują.
- Kim dziś jest najsłynniejszy w Polsce świadek koronny?
- Człowiekiem bez przeszłości i przyszłości: bez nowej tożsamości, twarzy,
dokumentów. Bez gwarancji na dalszą ochronę.
- Ale "odwróconym"?
- Tego jestem pewien.