Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
02.06.03, 14:17
Patrick Bonazza w "Le Point" (cyt. za "Forum nr 23/2003) opisuje stale
pogarszającą się sytuację gospodarczą Francji. Ten kraj, obok ledwie
dychających Niemiec i zastopowanej (głównie na skutek olbrzymich wydatków
wojennych) Wielkiej Brytanii miał być lokomotywą Unii Europejskiej. Wygląda
na to, że to stara ciuchcia:
Stoimy w obliczu załamania wzrostu gospodarczego na skalę, jakiej nie
znaliśmy w najnowszej historii naszego kraju. Premier Francji Jean-Pierre
Raffarin, wypowiadając te słowa przy okazji jednej z gospodarskich wizyt na
prowincji (31 marca w fabryce Michelin w Clermont-Ferrand), ujawnił wreszcie
wielką tajemnicę. Jednak szczerze mówiąc, deklaracja szefa rządu dla nikogo
nie była zaskoczeniem. [...]
Każdy Francuz miał sposobność osobiście przekonać się, że rzeczywisty wzrost
gospodarczy jest znacznie słabszy, niż wynikałoby to z zapowiedzi rządu. Na
dole dostrzega się takie fakty, jak postępujący wzrost liczby bezrobotnych
(w lutym o blisko 20 tys. osób) czy mnożące się we wszystkich częściach
kraju restrukturyzacje. Na północy Francji - Metalgroup, na wschodzie -
Daewoo, na południu - Pechiney, w centrum kraju - Air Lib. Mówiąc w skrócie -
dziś Francuzi unikają posiłków w restauracji, kupują mniej samochodów i
starają się coraz więcej oszczędzać. [...]
Wszyscy eksperci doskonale wiedzieli, że rząd wykorzysta rozpoczęcie
kampanii militarnej w Iraku, aby oficjalnie ogłosić rewizję własnych
przewidywań dotyczących wzrostu PKB. Tylko sam Francis Mer, minister
gospodarki i finansów, nie połapał się w tej grze. Wyraził opinię, że kryzys
iracki nam nie zagraża. Oto gafa - jedna z wielu, które poniewczasie szef
resortu musiał odkręcać. A Jean-Pierre Raffarin, bardziej niż kiedykolwiek,
czuł się zmuszony wkroczyć do ogródka swojego podwładnego. Krótko potem, jak
pierwsze bomby spadły na Bagdad, premier przyznał osobiście, że tegoroczny
wskaźnik wzrostu gospodarczego nie przekroczy 1,3 procent.
31 marca w Clermont-Ferrand szef rządu nie podał już żadnych liczb,
zadowalając się konstatacją stanu załamania. Dzień później w wystąpieniu
przed Zgromadzeniem Narodowym Francis Mer był już bardziej precyzyjny,
mówiąc o wzroście wynoszącym 1 procent. W ciągu sześciu miesięcy cel rządu
na rok 2003 został zredukowany ponad dwukrotnie.
Jeśli chodzi o finanse państwa to prawdziwa katastrofa. - Rząd nie panuje
nad deficytem i roztrwonił wszystkie środki umożliwiające mu wpływanie na
wzrost gospodarczy - mówi Dider Migaud, deputowany z ramienia Partii
Socjalistycznej. Według ostatnich danych deficyt budżetowy osiągnie poziom
3,4 proc. PKB, dużo więcej niż 3 proc., na które pozwala europejski Pakt
Stabilizacji i Rozwoju. Tylko jeśli chodzi o wydatki na ubezpieczenia
społeczne, deficyt ma wynieść 13 mld euro - coś takiego nie zdarzyło się we
Francji od kilkudziesięciu lat. [...]
Jeśli dojdzie do utraty kontroli nad budżetem, jej odzyskanie może okazać
się niemożliwe. A reformy - zmiany w przepisach emerytalnych, w dziedzinie
polityki socjalnej oraz decentralizacja państwa - będzie na pewno dużo
trudniej zrealizować, jeśli państwowa kasa będzie świecić pustkami. Komisja
Europejska nie ma zamiaru niczego owijać w bawełnę, jeśli chodzi o ocenę
francuskiej polityki gospodarczej. W raporcie Komisji opublikowanym 2
kwietnia, niezależnie od trudności wynikających z osłabienia koniunktury,
surowo napiętnowano Paryż za przekroczenie dopuszczalnego deficytu. Komisja
przewiduje, że w 2003 roku francuski deficyt budżetowy wyniesie 3,7 proc.
PKB, czyli więcej niż zapowiada rząd (3,4 proc.). W 2004 roku nie należy
oczekiwać znaczącej poprawy (deficyt ma sięgnąć 3,6 proc.). Co gorsza, w
opinii Brukseli Francja "przełamie" dopuszczalny poziom zadłużenia
publicznego (60 proc. PKB według postanowień paktu stabilizacyjnego).
W istocie rząd Raffarina wyczerpał już najprostsze sposoby wpływania na
sytuację. W pierwszych miesiącach urzędowania ministrowie podjęli
najłatwiejsze decyzje: złagodzenie rygorów dotyczących 35-godzinnego
tygodnia pracy, zmniejszenie obciążeń socjalnych, ujednolicenie podatku od
posiadanego majątku, czy obniżenie podatku dochodowego. Teraz pozostaje już
jedynie ograniczanie wydatków państwowych. A co się okazuje? W 2002 roku
wydatki publiczne wzrosły w stosunku do roku poprzedniego, a w roku bieżącym
na pewno nie należy spodziewać się ich zmniejszenia. Rząd wspomina tylko o
jednym sposobie ich redukowania - i to w dodatku takim, który nie rzuca się
w oczy: gdyby zrezygnować z zastępowania urzędników odchodzących na
emeryturę nowymi pracownikami, można by zaoszczędzić cenne fundusze. Jest
tylko jeden problem - choć w długim okresie taka polityka może przynieść
korzyści, to na krótką metę są to działania zdecydowanie niewystarczające
(np. w 2004 roku można by zaoszczędzić zaledwie 700 mln euro). Cudowne
remedium nie sprosta oczekiwaniom. Prędzej czy później przyjdzie taki
moment, kiedy trzeba będzie naciąć "żywe ciało" albo podnieść podatki." [...]
Francja jest dużym, bogatym krajem z nowoczesną gospodarką i infrastrukturą.
Jej sytuacja daje nam jednak do myślenia: jak zrealizujemy cele
eurofederastów, którzy wrzeszczą o szybkim wzroście gospodarczym i
likwidacji bezrobocia po naszym wstąpieniu do UE, jeśli kraje "starej" UE
ledwo dyszą i potrzebują świeżej krwi (którą to z nas przecież mają
wytoczyć).
(opr. zel)