historia Izraela

22.06.03, 02:23
Nic dziwnego, że ludzie tacy, stając w konflikcie bliskowschodnim po stronie
Izraela, będą szukać uzasadnień polityki tego kraju pasujących do ich
własnej, ukształtowanej w opisany pokrótce sposób mentalności. Stąd nieważne
dla nich, że na ziemiach, na które "powrócili" Żydzi, ktoś już mieszkał,
nieważne nawet, że obecna polityka Izraela stoi w jaskrawej sprzeczności z
intencjami tych, którzy do powstania tego państwa doprowadzili.

Deklaracja Arthura Balfoura z 2 listopada 1917 r. brzmiała przecież
następująco: "Rząd Jego Królewskiej Mości przychylnie ustosunkowuje się do
założenia w Palestynie narodowej siedziby dla narodu żydowskiego i dołoży
wszelkich starań, aby ułatwić osiągnięcie tego celu, przy czym jest rzeczą
całkowicie zrozumiałą, że nie uczyni się niczego, co mogłoby naruszyć prawa
obywatelskie i religijne nieżydowskich społeczności w Palestynie lub też
prawa i polityczny status, z których Żydzi korzystają w jakimkolwiek innym
kraju". Nawet Chaim Weizmann, pierwszy prezydent Izraela (1949-52), który,
jak pisał na tym forum Znawca, był autorem cynicznego stwierdzenia, że na
miejscu wysiedlonych 500000 Arabów można osiedlić 2000000 Żydów, pisał w
swych "Narodzinach Izraela": "Jestem pewien, że świat będzie oceniał
żydowskie Państwo wedle jego stanowiska wobec Arabów".

To się jednak dla zajadłych zwolenników Izraela nie liczy. Obojętne też im
jest, że zarówno dla Leo Pinśkera (1821-91), autora "Samowyzwolenia", jak i
Teodora Herzla (1860-1904), autora "Judenstaat", głównych ideologów
syjonizmu, głoszących konieczność stworzenia przez Żydów własnego państwa ze
względu na rzekomą organiczną niemożność asymilacji oraz rzeczywiście
narastający podówczas antysemityzm (Pinśker doszedł do takich wniosków po
pogromach Żydów w Rosji, Herzl obserwując proces Dreyfusa), bez znaczenia
było, gdzie owo państwo powstanie. Wybór padł na Palestynę dzięki
nieprzejednanej postawie Żydów rosyjskich.

Plemienny sposób myślenia jest tu nie na miejscu z jeszcze jednego powodu:
nie wiadomo, na ile współcześni Żydzi są potomkami starożytnych Hebrajczyków
(przyznaje to m.in. izraelska autorka Doris Bensimon). Przecież od klęski
powstania Bar Kochby (Syna Gwiazdy) w 135 r. po Chr., którego skutkiem było
niemal całkowite rozproszenie Żydów w diasporze (choć już wcześniej większość
z nich mieszkała poza Palestyną), ci, choć stanowili i często stanowią po
dziś dzień społeczność dość hermetyczną, nieraz się jednak asymilowali, jak
również asymilowali innych (np. judaizacja Chazarów w VIII w. po Chr.). Warto
przypomnieć, że w okresie II wojny światowej niektórzy Żydzi prezentowali
bardziej nordycki typ od eksterminujących ich Niemców (jak bzdurne
są "rasowe" kryteria oceny ludzi, świadczy oparty na autentycznej historii
film Agnieszki Holland "Europa, Europa", którego główny bohater, młody Żyd,
dzięki konformizmowi, odrobinie sprytu i wielkiej dozie szczęścia przetrwał
wśród Niemców, skrywając swe pochodzenie; w jednej ze scen nauczyciel
antropologii bada mu czaszkę i stwierdza, że choć nie jest najdoskonalszym z
typów rasowych - Nordykiem, to jednak prezentuje sobą przynajmniej typ
wschodniobałtycki, więc może być dumny, że jest Aryjczykiem).

Myślenie nie tyle już plemienne, co wręcz klanowe, jest zresztą przyczyną
pęknięć wewnątrz społeczeństwa izraelskiego. I nie chodzi tu tylko o stosunek
Żydów do izraelskich Arabów (60% chciałoby nakłonienia ich do wyjazdu, a 80%
uważa ich za potencjalne zarzewie powstania), określających się często
notabene jako izraelscy Palestyńczycy. Powoduje ono konflikty także między
samymi Żydami - i to nie tylko między ortodoksami a nieortodoksami. Warto tu
przypomnieć choćby o tym, że Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy w latach 50. i
60. posuwali się nieraz do traktowania Żydów orientalnych azotoxem.

Jedynie wspomnę o fakcie, że wielu ludzi czujących się Żydami nie może zostać
obywatelami Izraela z przyczyn religijnych. Żydowskości odmawia się np.
członkom grupy religijnej Żydzi - Wyznawcy Mesjasza, poniekąd czczących
Chrystusa, lecz nie uważających się za chrześcijan (żydowskość jest zresztą
czymś bardzo względnym: w USA np. egzystuje grupka czarnoskórych ortodoksów,
którzy uważając się za jedynych prawdziwych Żydów, tak nienawidzą
pozostałych "uzurpatorów", że wychwalają nazistowskie Niemcy!).

Inkryminowany typ myślenia służy też lżeniu ludzi, którzy mieszkają na tych
ziemiach nieprzerwanie od VII w. po Chr., gdy zdobył je kalif 'Umar. Określa
się ich jako intruzów, nieproszonych gości, którzy rozpychają się i sami nie
wiedzą, czego jeszcze chcą, nadużywając gościnności jakże szczodrobliwego
Izraela. Są - w oczach co agresywniejszych proizraelskich propagandystów -
nieucywilizowanym motłochem, hordą, dziczą, bezimiennym zagrożeniem, masą,
której elementów nie sposób traktować jednostkowo. Ich jednostkowości,
indywidualności, naturalnym ludzkim pragnieniom, dążeniom, aspiracjom należy
usilnie zaprzeczać (zastanówmy się, czy ci, którzy to czynią, sami są silnymi
indywidualnościami ). Ich jednostkowość nie może być zauważona, nie ma prawa
wyłonić się z mroku dzikiej hordy, są bowiem dialektycznym, z góry
zdefiniowanym wrogiem (takiego wroga tworzą sobie notabene ideologie
totalitarne). Nie tylko Izraela, lecz całego "wolnego świata", którego
Państwo Żydowskie jest forpocztą.

I nie są wrogami, lecz wrogiem. Wróg bowiem traci swe ludzkie cechy, musi je
tracić, bo taki jego obraz jest po prostu intelektualnie wygodny.

Są to więc zapewne żarłoczne mrówki, które oblazły zdrowe ciało Izraela. Nic
to, że Palestyńczycy mieszkają tam od co najmniej 638 r. po Chr. Nic to, że
część z nich musi być potomkami zarabizowanych Żydów (znów przypomina
się "Europa, Europa", ukazująca absurd myślenia plemiennego), gdyż ci przez
1900 lat chrystianizowali się bądź islamizowali - te procesy musiały zatem
dotknąć nie tylko Żydów z diaspory, lecz i społeczność jiszuwu. Dla co
zajadlejszych apologetów Izraela Palestyńczycy wciąż pozostają barbarzyńskimi
Saracenami, czy też - takie określenie pojawiło się na tym forum -
Filistynami.

Nic to, że Filistyni, należący do "ludów morza", byli Indoeuropejczykami
(Aryjczykami), a więc ludźmi, których język ma swe źródła w sanskrycie, w
przeciwieństwie do semickich Żydów, Arabów, Koptów, Asyryjczyków etc.
Antypalestyńscy uczestnicy forum używają i tego określenia, przyznając
zresztą, że nie dbają o to, czy Palestyńczycy istotnie są potomkami
Filistynów, czy nie (autentyczne stwierdzenie: "Filistyni to nie
Filistyni").

Genealogia tak Palestyńczyków, jak i Izraelczyków jest zresztą raczej trudna
do ustalenia. Prawdopodobnie więc tych pierwszych przyrównuje się do
Filistynów dlatego, że ci funkcjonują w kulturze europejskiej jako archetyp
nieobliczalnego barbarzyńcy i dzikusa.

Dzięki temu łatwiej jest podważyć narodową tożsamość Palestyńczyków,
redukując ich do poziomu prymitywnej, przepojonej żądzą krwi i zemsty,
zdehumanizowanej hordy czy roju szarańczy, fenomenu złowieszczego tym
bardziej, że jakoby zagraża the very essence of existence narodu, którego
wkład w kulturę światową jest (istotnie) porównywalny z niewieloma innymi.

Doris Bensimon - jak już wspominałem - pisze, że niewane, czy współcześni
Izraelczycy są potomkami starożytnych Hebrajczyków. Ważne, że nimi się czują.
Żydowska autorka odcina się więc od jaskiniowej mentalności etnicznego "to je
moje".

Również ja za nic mam tak pojęty ethnos - dlatego też uznaję prawo Izraela do
istnienia. Transfer Żydów oznaczałby bowiem czystkę etniczną, jakiej nie
znały Bałkany w ubiegłej dekadzie, z kolei hipotetyczne pozostawienie ich pod
arabskimi rządami przeczyłoby prawu tego narodu do samostanowienia. Z tych
samych jednak przyczyn uznaję prawo do narodowej samoswiadomości i
samostanowienia Palestyńczyków, uznaję je za prawo fudamentalne,
    • maniekxxx Re: historia Izraela 2 22.06.03, 02:25
      Doris Bensimon - jak już wspominałem - pisze, że niewane, czy współcześni
      Izraelczycy są potomkami starożytnych Hebrajczyków. Ważne, że nimi się czują.
      Żydowska autorka odcina się więc od jaskiniowej mentalności etnicznego "to je
      moje".

      Również ja za nic mam tak pojęty ethnos - dlatego też uznaję prawo Izraela do
      istnienia. Transfer Żydów oznaczałby bowiem czystkę etniczną, jakiej nie znały
      Bałkany w ubiegłej dekadzie, z kolei hipotetyczne pozostawienie ich pod
      arabskimi rządami przeczyłoby prawu tego narodu do samostanowienia. Z tych
      samych jednak przyczyn uznaję prawo do narodowej samoswiadomości i
      samostanowienia Palestyńczyków, uznaję je za prawo fudamentalne, pryncypialne,
      niezależne od okoliczności historycznych (z których można wysnuwać dowolne,
      choćby przeciwstawne, wnioski) czy tym bardziej takiej czy innej geopolitycznej
      koniunktury i globalnych gier interesów. Oczywiście jego realizacja zależy od
      tych czynników, jeśli jednak te jej nie sprzyjają, należy uznać je za czynniki
      patogenne.

      Kwestionowanie narodowej odrębności Palestyńczyków, w jakimś stopniu scheda po
      Goldzie Meir (premier Izraela 1969-74), opiera się przede wszystkim na
      akcentowaniu świeżości ich świadomości bycia odrębną grupą (na początku
      stulecia zwykle uważali się za Syryjczyków). Wysuwa się tezę, że są
      oni "wytworem sowieckiej propagandy" (nawet w dobie klonowania nie wyobrażam
      sobie, jak człowiek może być "wytworem propagandy"). Na moje stwierdzenie, że
      palestyńska świadomość narodowa zaczęła się tworzyć jako opozycja do zjawiska
      syjonistycznego osadnictwa, jeden z mych adwersarzy zareagował agresją,
      przyrównując mnie do Goebbelsa i oznajmiając, że Arabowie palestyńscy zaczęli
      używać wobec siebie określenia Palestyńczycy w latach 50. ubiegłego stulecia.

      Jakby to, czy zaczęli go używać w latach 20., 30., 50. czy 80., było
      najważniejsze! Przecież nawet instytucja państwa narodowego jest czymś nowym,
      efektem finalnym zaniku feudalnych, wybitnie kastowych stosunków społecznych!
      Większość świadomości narodowych w obecnym kształcie ukształtowała się
      niedawno, często dopiero w ubiegłym stuleciu. I tak jeszcze na początku XX w.
      mieszkańcy Azji Mniejszej określenie Turek uznawali za pejoratywne,
      identyfikację grupową zawdzięczając nie świadomości narodowej, lecz islamowi, a
      także byciu poddanymi sułtana. Dopiero inspirowany myślą europejską ruch
      młodoturecki (początkowo młodoosmański) oraz autorytarne rządy Mustafy Kemala
      Atatürka (1881-1938), od 1923 r. do śmierci pierwszego prezydenta Turcji,
      doprowadziły do ukształtowania się nowoczesnej, sekularnej świadomości
      narodowej Turków.

      (Inżynieria społeczna, jaką stosował Atatürk, była zresztą nieraz bardzo
      brutalna: wprowadzono np. karę śmierci dla mężczyzn nakładających fez,
      kilkudzisięciu powieszono. Pamiętam, jak ładnych parę lat temu rozmawiałem z
      przemiłą młodą Turczynką, która zapytana o turbany odparła: "Nie, to Arabowie",
      może nawet nie mając pojęcia, że jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej nosili je
      również Turcy, czy właściwie "poddani osmańscy"; pomińmy już to, że np.
      Palestyńczycy turbanów nie noszą.)

      Czy więc pojęcie narodu - przez niektórych w ogóle kwestionowane jako
      bezprzedmiotowe - należy oprzeć na mistycznej wspólnocie krwi i ziemi, czy też
      lepiej uznać naród za grupę ludzi, której istnienie determinuje świadomość
      wchodzących w jej skład jednostek, bez specjalnego wnikania w to, jak ta grupa
      powstała? Czy poszlaką przemawiającą na rzecz tej drugiej optyki nie jest
      poniekąd to, że na tym forum pojawił się dyskutant nazywający Palestyńczyków
      Filistynami, a nie trafił się nikt, kto by nazywał Izraelczyków Chazarami (choć
      byłoby to i tak bardziej zasadne niż ci nieszczęśni "Filistyni")?

      W Brazylii żyją czarnoskórzy uważający się za Polaków. Dla mnie są Polakami,
      tak jak czarnoskórzy Falasze są dla mnie Żydami, bo czują się Żydami. Dlatego
      też nie rozumiem stwierdzeń w rodzaju "Żyd chrześcijanin przestaje być Żydem" -
      jeśli chrześcijanin czuje się Żydem, jest Żydem, czy to się reszcie Żydów
      podoba, czy nie. Tak samo czarnoskóry czujący się Polakiem jest Polakiem, czy
      to się reszcie Polaków podoba, czy nie.

      Poparcie - przynajmniej bezkrytyczne i absolutne - dla Izraela oznacza dziś
      uznanie za właściwy klanowo-plemienny model stosunków społecznych. Opowiedzenie
      się za aktualną polityką tego państwa implikuje bowiem - czego dowiodła
      dyskusja na forum - konieczność odwołania się do archaicznego sposobu myślenia,
      myslenia prowadzącego do etnicznej czystki, legitymowania dominacji jednej
      nacji nad drugą, odmawiania milionom ich praw z racji pochodzenia. To zaś na
      pewno nie poszerzy obszaru wolności, ani też - co warte podkreślenia - nie
      poszerzy swobód tych, którzy kierując się rzekomą alternatywą "być strażnikiem
      lub więźniem" uważają, że rozdają karty. Przeciwnie, oni też - na równi z tymi,
      którym odmówią praw - tak samo zostaną sprowadzeni do parteru i upodleni. A
      jeśli nawet nie, sami się do tego poziomu sprowadzą.

      Takiej samej plemiennej mentalności hołdują zresztą ci, którzy kwestionują
      prawo Izraela do istnienia, nie dbając - tak samo, jak zwolennicy transferu
      Palestyńczyków - o konsekwencje "wyproszenia niechcianych gości", którymi wedle
      ich optyki są z kolei Izraelczycy. Za uczestników rzeczywistej debaty nt.
      Bliskiego Wschodu należy zatem uznać wyłącznie tych, którzy pryncypialnie
      uznają tak zrealizowane obecnie prawo do samostanowienia Izraelczyków, jak i
      dotąd niezrealizowane prawo do istnienia Palestyńczyków, bez względu na to,
      której ze stron przyznają w obecnym konflikcie więcej racji. Propozycję
      utworzenia państwa dwunarodowego należy odrzucić jako utopijną. Propozycje
      transferu czy to Palestyńczyków, czy to Izraelczyków, bądź nawet ograniczenia -
      szczególnie trwałego - samostanowienia którejkolwiek z tych nacji do li tylko
      samorządu (autonomii) czy też marionetkowego państewka na wzór bantustanów w
      RPA należy odrzucić jako ekstremistyczne.
      • Gość: Mosze Nie krec... IP: *.red.bezeqint.net 22.06.03, 06:24
        maniekxxx napisał:

        >
        > W Brazylii żyją czarnoskórzy uważający się za Polaków. Dla mnie są Polakami,
        > tak jak czarnoskórzy Falasze są dla mnie Żydami, bo czują się Żydami. Dlatego
        > też nie rozumiem stwierdzeń w rodzaju "Żyd chrześcijanin przestaje być
        Żydem" -
        >
        > jeśli chrześcijanin czuje się Żydem, jest Żydem, czy to się reszcie Żydów
        > podoba, czy nie. Tak samo czarnoskóry czujący się Polakiem jest Polakiem, czy
        > to się reszcie Polaków podoba, czy nie.
        >

        Kolor skory czy obywatelstwo to nie wiara...
        Jak moze Chrzescijanin byc Zydem, lub Muzulmanen czy Budhista. Moim rozumem to
        nie miesci sie. Wiara to wiara.
        Tak to prawoslawny nie moze byc katolikiem, czy protestantem...

        Jaki przyklady podajesz....!
        • d_nutka Re: Nie krec...maniek 22.06.03, 09:21
          słyszałam o jednym izraelskim 20-to latku, który ma wygląd Japończyka co jest
          skutkiem tego, że jego matka jest autentyczną Japonką o autentycznym japońskim
          imieniu, a który aktualnie broni BYT Izraela narażając swoje 20-letnie życie
          mając możliwość mieszkania na drugim krańcu świata. Czy on broni swojego
          Żydostwa? A może coś więcej właśnie?
          A jego imię?
          Najbardziej międzynarodowe ze wszystkich imion na świecie.

    • maniekxxx Re: historia Izraela 22.06.03, 21:53
      tu mielismy przyklad zyda-ktory w zyciu doroslym przeszedl na
      wiare chrzescijanska.Po smierci jego zas zydzi niezgodzili sie
      azeby pochowano go na cmentarzu zydowskim!
    • maniekxxx Re: historia Izraela 22.06.03, 22:26
      www.rense.com/general38/trrism.htm
Pełna wersja