Dodaj do ulubionych

__Scan sądzi innych po sobie.Trochę wredny? No nie

23.07.07, 10:34
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=66277912&a=66277948
Obserwuj wątek
    • haszszachmat Heidfeld też twierdzi, ze Kubica tylnym kołem go t 23.07.07, 11:00
      rącił jadąc przed nim do przodu.

      Niektórzy Helmuci z Davidami tak mają...

      a innych o to obwiniają.
      Dlatego wyrok IPN w sprawie Jedwabnego nie uwzględnił dokumentów takich jak
      - Dziennik działań bojowych nr 1 221 Dywizji Zaopatrzenia,

      działającej w rejonie Łomży po 22 czerwca do połowy lipca 1941 r.
      i współdziałającej z oddziałami operacyjnymi Policji Bezpieczeństwa i Służby
      Bezpieczeństwa.
      - Trzech zbiorów dokumentów dotyczących grup operacyjnych Policji
      Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa po 22 czerwca 1941 roku.
      Pierwszy z nich obejmuje 195 meldunków szefa Policji i SB
      z wydarzeń w ZSRS za okres od 23 czerwca 1941 r. do 24 kwietnia 1942 r. Druga
      grupa materiałów zawiera 55 meldunków z okupowanych terenów wschodnich,
      wydawanych przez szefa Policji Bezpieczeństwa i SB za okres od maja 1941 r. do
      maja 1943 r.
      Trzeci zbiór stanowi 11 zbiorczych sprawozdań z działalności i
      sytuacji grup operacyjnych Policji Bezpieczeństwa i Służb Bezpieczeństwa ZSRS
      za okres od 22 czerwca 1941 r. do 31 marca 1942 roku.

      Jeden z tych dokumentów był dowodem w Procesie Norymberskim, podczas którego
      sądzono zbrodniarzy niemieckich. Pokazywał on mechanizm mordowania Żydów przez
      oddziały niemieckie po 22 czerwca 1941 r. na terenie Białostocczyzny.

      Równie niewiele można się było dowiedzieć o ekshumacji zwłok osób
      zamordowanych. Warto przypomnieć, że rozpoczęte w maju ubiegłego roku prace
      ekshumacyjne trwały tylko pięć dni. Zakończono je po protestach ze strony
      żydowskiej, ze względu na - jak to określano - "wrażliwość religijną"
      choć wyniki ekshumacji mogły mieć kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia
      całej sprawy.

      przerwanie ekshumacji było sprzeczne z prawem polskim i międzynarodowym.

      Nie wspomniano o grupie ludzi zmuszanych biciem do wyciągania Żydów, którzy
      mieliby czyścić bruk. Żadna z tych kategorii ludzi nie była
      powiadomiona, że ma dojść do egzekucji. Niemcy nie potrzebowali żadnych
      polskich zgód na nic. Niemcy przeprowadzali systematyczną, dobrze zaplanowaną z
      ich punktu widzenia egzekucję, do której dostarczyli około 400 litrów benzyny.
      To nie jest poważny sposób prowadzenia śledztwa. Śledztwo trzeba zacząć od
      tego, żeby zrobić inwentarz wszystkich pozostałości materialnych w obydwu
      grobach, ustalić liczbę ludzi i ustalić powody śmierci każdego z nich.

      Brak słów na Waszą przewrotność... i oskarżanie

      wskazujących na KARYGODNE maniplanstwo!
      • haszszachmat Re: Heidfeld też twierdzi, ze Kubica tylnym kołem 23.07.07, 11:12
        Zeznania świadków pochodzące ze sprawy z 1949 roku w Łomży, na których oparł
        się Jan Gross, pisząc książkę "Sąsiedzi", wskazują na bezpośredni udział
        Niemców w mordzie Żydów w Jedwabnem - uważa historyk profesor Tomasz
        Strzembosz.

        - W dokumentach tych występują bezpośrednio, wielokrotnie Niemcy:
        funkcjonariusze gestapo i żandarmerii. Są oni czynni zarówno podczas
        wyłapywania Żydów na terenie miasteczka, podczas pilnowania ich na rynku w
        Jedwabnem, jak również podczas eskortowania ich do stodoły Bronisława
        Śleszyńskiego, w której zostali spaleni - powiedział profesor Strzembosz.

        Profesor powołuje się na zeznania świadków składane zarówno podczas śledztwa,
        jak i przed prokuratorem oraz akta ze sprawy sądowej, która odbyła się 16 i 17
        maja 1949 roku w Łomży.

        Zdaniem Strzembosza zeznania tak świadków, jak i oskarżonych w tej sprawie
        wskazują na to, że Niemcy zmuszali mieszkańców Jedwabnego do udziału w akcji,
        przede wszystkim do pilnowania Żydów na terenie rynku.

        - W dokumentach są odnotowane wypadki, że pod groźbą użycia siły czy przez samą
        obecność niemieckich żandarmów ludzie zmuszani są do wzięcia udziału w akcji.
        Niektórzy, gdy Niemcy odchodzili, uciekali i ukrywali się. Ujawniony jest m.in.
        przypadek uderzenia kolbą w głowę kogoś, kto odmawiał pilnowania Żydów.
        Świadkowie widzieli go później pokrwawionego na ulicy - powiedział Strzembosz.
        Jego zdaniem jest oczywiste, że obecność Niemców i bezpośredni przymus z ich
        strony były istotnym czynnikiem tego zdarzenia.

        Jako zaskakujące i gorszące określił Strzembosz to, że "profesor Gross, który
        opierał się na tych dokumentach, pisząc swoją książkę, nie odnotował faktu
        uczestnictwa Niemców w tym wydarzeniu, tylko przedstawia mord Żydów w Jedwabnem
        jako samoistne, dobrowolne działanie społeczności polskiej".

        Strzembosz uważa też, że wspomniane akta nie są wystarczającą podstawą do
        określenia, kto ze strony polskiej był sprawcą mordu na Żydach. Zaznacza
        jednak, że "pozwalają one określić grupę ludzi wówczas oskarżonych i
        osądzonych, jak i tych, którzy już wtedy nie żyli albo ukrywali się, na poniżej
        50 osób".

        Nawet komunistyczny sąd w Łomży w 1949 roku, kiedy sądownictwo było mocno
        osadzone w żydowskich rękach nie poszedł tak daleko, aby Polakom zarzucać winę
        za te morderstwo.

        Wtedy był zarzut współudziału, a wyrok śmierci, którego zresztą nie wykonano,
        został wydany tylko w jednym przypadku. Dla przypomnienia w tychże czasach
        choćby sam sędzia Stefan Michnik wydał znacznie więcej wyroków śmierci w
        sprawach, które od początku do końca były naciągane

        Także w sfingowanej sprawie prowokacji kieleckiej zapadło 12 wyroków śmierci
        na przypadkowo wyłapanych widzów tejże UB-ecko-syjonistycznej prowokacji. Jeśli
        więc w sprawach, w których nie było jakichkolwiek dowodów wydawano wyroki
        śmierci, to tym bardziej gdyby istniały w sprawie Jedwabnego rzeczywiste dowody
        winy oskarżonych, to już wtedy w 1949 roku po kilku dniach procesu zapadłyby i
        zostałyby wykonane wyroki śmierci.

        Co myśleć o osobach wygłaszających opinie bez dowodowego pokrycia?

        Czy można tu mówić o odpowiedzialnych wypowiedziach odpowiedzialnych ludzi?

        O wielomiesięcznej kampanii zniesławiania i znieważania Jana Kobylańskiego,
        którą największe media rozpoczęły w 2004 roku, wypadałoby napisać grubą książkę.

        “Bestia”, “zbrodniarz”, “szmalcownik”, “denuncjator”, “fałszerz”, “bandyta”, “w
        atażka”, “oszust”, “morderca”, “hitlerowski kolaborant”, “dr Jekyll” – takie
        słowa wielokrotnie powtarzano w prasie, radio i telewizji pod adresem ponad 80-
        letniego prezesa Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej
        (USOPAŁ). Przypisywano mu czyny i cechy tak straszne, że gdyby tylko niewielka
        część tych zarzutów miała coś wspólnego z prawdą, to określenie go
        mianem “zbrodniarza” wcale nie byłoby zbyt surowe. Tyle, że zarzuty były
        nieprawdziwe. Powtarzający je autorzy przez ponad rok współuczestniczyli w tej
        zniesławiającej kampanii medialnej, uciekając się do bogatego zestawu mniej lub
        bardziej niegodziwych metod i środków.

        Nie była to salonowa pykanina z damskich pistolecików trzeciorzędnych
        pomówień. “Gazeta Wyborcza” i “Rzeczpospolita” (a w ślad za nimi, powtarzając
        ich kalumnie, “Polityka”, “Newsweek”, TVP, PR, Radio Zet i inne) użyły
        najcięższej artylerii najgrubszych kłamstw.

        Dwa spośród najpopularniejszych dzienników, dwa z najczęściej kupowanych
        opiniotwórczych tygodników i dwie z najważniejszych stacji radiowych przez
        wiele miesięcy dość często (a w Wielkim Tygodniu 2005 roku niemal codziennie)
        zniesławiały i znieważały twórcę i prezesa USOPAŁ, obrzucając go najbardziej
        obelżywymi słowami. W kampanię zaangażowali się też, lub pozwolili się w niej
        użyć, ludzie pełniący ważne funkcje państwowe, niekiedy także osoby cieszące
        się pewnym moralnym autorytetem. Kto z nich czynił to świadomie, a kto w
        charakterze “pożytecznego idioty”, tego ocenić nie potrafię.

        Prowadzenie skutecznej obrony przed tak zmasowanym atakiem nie było łatwe.
        Masowe powtarzanie zniesławiających kłamstw niemal zawsze zostawia brudne ślady
        na opinii zniesławianego. Trudno było spodziewać się, że czytelnicy “Wyborczej”
        i “Rzeczpospolitej” odrzucą tezy przedstawiane przez ich ulubione gazety (i
        powtarzane przez ich ulubione stacje radiowe i telewizyjne) a uwierzą w to, co
        o swej własnej przeszłości mówi ten, którego dziennikarze i byli dyplomaci
        zgodnie nazywali “mrocznym” “zbrodniarzem-milionerem”, “denuncjatorem
        Żydów”, “geszefciarzem”, “hochsztaplerem” i “kacykiem”.

        W oczernianie Jana Kobylańskiego zaangażowano imponujące środki i godną
        uznania – gdyby jej użyć w dobrej sprawie – energię. Tyle, że efektem tej
        reportersko-publicystycznej akcji było podanie do publicznej wiadomości
        informacji z gruntu nieprawdziwych, dezawuując przy tym dorobek pracy
        polonijnej bohatera artykułów. Reporterzy pomijali milczeniem wiele, jeśli
        wręcz nie wszystkie dowody, wskazujące na nieprawdziwość lub absurdalność
        stawianych Janowi Kobylańskiemu zarzutów. Czy w działaniach reporterów i
        redakcji więcej było leniwej niesumienności, czy umyślnego manipulowania
        zebranymi materiałami i wymyślonymi interpretacjami – to rzecz niełatwa do
        ustalenia.
        Mikołaj Lizut z “Gazety Wyborczej” był w latach 2004-2005 autorem lub
        współautorem największej liczby artykułów na temat Jana Kobylańskiego
        A potem okazłao się to fałśzem!

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka